Maczeta i motocykle

Długo nie było tekstów, ale o tym dlaczego później. Ten powstał, bo muszę się czymś zająć, by zregenerować się po wczorajszym dyżurze. Paskudna migrena, męczący jetlag wynikający z braku snu mocno zawęża zakres rzeczy, które mogę robić. Mam nadzieję, że czytanie, będzie dla Ciebie równie ciekawe co dla mnie pisanie.

Od ponad roku pracuję w centrum urazowym. Bardzo chciałem wyszkolić się w leczeniu ofiar wypadków, ale intensywność tego szkolenia przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wystarczy kilka dyżurów, a czujesz się jakbyś przepracował 100 lat i przeżył 1000.

Motocykliści:

Tradycyjnie duża grupa pacjentów urazowych w sezonie. Sprawiają, że ze szczerą nienawiścią patrzysz na tych bez dobrego kasku, bez dobrej zbroi. Widząc ich w krótkich spodenkach, myślisz o tym, w jaki sposób asfalt, piach i żwir łączy się z ludzkim organizmem, tworząc wyjątkowo paskudny tatuaż.

Współczuję im, są całkowicie bezbronni podczas kolizji z samochodami. Bardzo często są niewinni, a do tragedii dochodzi w skutek nieuwagi kierowców. Podziwiam konsekwencje motocyklistów.

-Skasowałeś dwa motocykle i drugi raz jesteś w szpitalu, czy będziesz dalej jeździć?
-Na razie nie
-To dobrze, wiesz być może uniwersum chce Ci coś powiedzieć…
-Muszę szybko zarobić na trzeci motor

Niesamowicie zmęczony podczas dyżuru, koncentrując się na tym by zapewnić chorym jak najlepszą opiekę staram się znaleźć jakiś punkt odniesienia. Najlepszy jest taki kontekst kulturowy, który pozwala osadzić Twoje zmagania w szerszej rzeczywistości, w świecie sztuki, literatury. Dzięki temu można zyskać energię i siły do dalszej pracy.

W takich chwilach myślę o Mad Maxie. Producent, scenarzysta i reżyser filmu był australijskim lekarzem pracującym na intensywnej terapii. Napatrzył się na ofiary wypadków, z poświęceniem leczył ciężkie urazy, a w jego głowie powstawał pomysł na świetny film drogi.

Pierwszy Mad Max miał niewielki budżet, ale imponował realizmem. Gangsterów motocyklowych grali gangsterzy motocyklowi. George Miller odkładał pieniądze na film, bez przerwy dyżurując.

Wzbogacony o tak piękne punkty odniesienia, niczym trener na ostatniej odprawie przedmeczowej w szatni, staram się motywować zespół:

-Szybko zoperujemy kolejnego motocyklistę i jak dobrze pójdzie, to już o 5 rano będziemy mogli odpocząć. Czy wiecie, jak powstał Mad Max, najlepszy film akcji wszech czasów? Może za jakiś czas my też będziemy mieć wkład w rozwój światowej kultury?

Machete kills

Dokonała się niepokojąca zmiana w zachowaniu narkomanów – smutnym głosem informuje nas na wykładzie profesor toksykologii. Kiedy zaczynałem pracę zawodową, kiedy byłem małym Misiewiczem i nosiłem teczkę za innym profesorem, ludzie brali narkotyki żeby poszerzać horyzonty, żeby uciec od szarej rzeczywistości, żeby się zrelaksować i rozluźnić, teraz biorą tylko i wyłącznie stymulanty. Chcą być cały czas pobudzeni, naładowani energią. Być może jest to kwestia kulturowa, niemniej jednak fakt, że sięgają po dopalacze, które są o wiele bardziej niebezpieczne niż tradycyjne narkotyki, sprawia, że nasza praca jest coraz trudniejsza. Niestety zawsze pewna część społeczeństwa będzie sięgać po substancje niedozwolone.

Niezwykle pasjonującą częścią pracy lekarza jest możliwej szczerej rozmowy z pacjentami, takiej w której ludzie Ci ufają i są w stanie bez ogródek opowiadać historie: (historię zostały trochę zmienione)

1) rany cięte rąk
Siedzieliśmy i piliśmy, taki dobry wieczór, aż przyszli ONI. Pokłóciliśmy się, ale nie wiem o co. Ucieszyliśmy się, że sobie idą, ale niestety wrócili z nożami. Jeden zdołaliśmy zabrać, drugiego już nie...

2) rany cięte rąk i nóg, późniejszy niedowład ręki ze względu na przecięcie nerwu
Poskładane z relacji różnych osób i poszkodowanego:
Byłem na imprezie, w pewnym momencie postanowiłem wyjść na miasto. Coś tam brałem, oprócz tego piłem alkohol. Po powrocie jakoś tak się śpieszyłem, albo byłem po prostu zły, że nie chciało mi się otwierać szklanych drzwi, tylko przez nie przeszłem.

3) prawie amputowana głowa – niewiarygodne jak można sobie przeciąć szyję, by nie uszkodzić dużych naczyń, dowód na istnienie opatrzności – facet wyszedł bez szwanku

Być może w wieku 70 lat nie powinienem sięgać po piłę motorową, zwłaszcza, że nie robiłem tego od wielu lat, ale poczułem nagłą potrzebę cięcia drewna. Niestety nie wyszło mi to za dobrze.

Jakiś czas temu ukazała się genialna książka „Porąb i Spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”. Przypadek? Nie sądzę.

4) rany cięte nóg

Powiem szczerze, nie wiem za co zostałem pocięty. Coś tam piłem, kogoś tam spotkałem, pewnie odpyskowałem i tak się skończyło.

Co można zrobić?

Często może dojść do konfliktów. Nigdy nie wiadomo, kto jest akurat pod wpływem dopalaczy, kto ma w kieszeni nóż. Napisałem więc wzór wypowiedzi, który może pozwolić Ci uniknąć hospitalizacji, a mi może zaoszczędzić trochę ciężkiej pracy:

Przepraszam wcale nie chciałem się krzywo spojrzeć, to tylko dlatego, że mam zeza. Czy pozwolisz że wesprę Cię finansowo zawartością swojego portfela i użyczę Ci swojego telefonu? Jestem pewien, że zrobisz z nich dobry użytek. Lub: Pozwól, że w ramach przeprosin, za to że niechcący Cię potrąciłem, (tylko dlatego, że jestem taki duży) postawię kolejkę Tobie i Twoim przyjaciołom?

Brzmi frajersko prawda? Kiedyś też tak myślałem, to wszystko co widziałem zmienia jednak punkt widzenia. Szybko dochodzi do złych zdarzeń i jestem pewien, że sprawcy też chcieliby cofnąć czas.

Optyka się potrafi solidnie zmieniać.

Niestety mam prawny obowiązek poinformować Panią o tym, że znieczulenie wiąże się z ryzykiem. Nie lubię tego robić, bo z jednej strony jako dorosły człowiek powinna Pani znać możliwe konsekwencje, z drugiej strony większość pacjentów wcale nie chce słuchać o tym, że coś może pójść nie tak i chce wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Więc tak, to ryzyko nie jest specjalnie duże, mamy wiedzę, pasję, zaangażowanie, umiejętności, wykonywaliśmy te procedury tysiące razy. W porównaniu z tym co robiłem Pani operacja to nie jest specjalnie trudna sprawa. Widzi Pani to jak lot samolotem, przecież wszyscy nimi latamy, ale niestety od czasu do czasu dzieję się coś złego, tak samo jest ze znieczuleniem.

Jakiś czas temu siedząc w samolocie przeklinałem siebie w duchu, myśląc o tym, jak bardzo niedoskonała jest ta przemowa. Wcale nie pomagała mi świadomość, że lot samolotem jest jak znieczulenie.

Znieczulenie jest jak lot w kosmos?

 

 

Comments

comments

Najlepszy chleb w Łodzi

Zjesz w Montagu na Piotrkowskiej. Świetne miejsce. Mała piekarnia, w której można również wypić kawę i zjeść rogalika. Możesz się poczuć jak prawdziwy obywatel dużego miasta, zwłaszcza jeśli podobnie jak ja podjedziesz tam rowerem. Nie ma nic lepszego po ciężkim dyżurze niż zapach pieczonego chleba, kilka stolików, sympatyczna atmosfera. Polecam chleb razowy z czarnuszką. Cena to 10 złotych, ale zapewniam, że warto.

Jem bardzo niewiele pieczywa, głównie dlatego, że większość produktów oferowanych w sklepach nie ma wiele wspólnego z prawdziwym chlebem. Najgorsze są gotowe kanapki oferowane u mnie w pracy, zawierają 200% glutenu i są z jakiegoś takiego dziwnego nadmuchanego, niesmacznego ciasta.

Jak zaczęła się moja miłość do Montagu? Któregoś dnia w dyżurce karetek pojawił się chleb, którym poczęstował mnie kolega. Był zjawiskowo smaczny. Równie dobra była historia.

Młody człowiek miał do zrobienia projekt na wczoraj. Niestety dobił go ten cały ASAP i dedlajn i postanowił się trochę wspomóc pewnymi substancjami. Jak to często bywa, przyśpieszył trochę za bardzo i się przestraszył. Istnieje pewne ryzyko związane z braniem narkotyków, ryzyko tego, że zwyczajnie zrobisz sobie krzywdę, bądź też ciąg myśli przyśpieszy tak bardzo, że wpadniesz w psychozę.

W Wielkiej Brytanii istnieje ponoć charytatywna pomoc o nazwie „Opiekun Tripu”. Jeśli boisz się, że sprawy zaczęły przyjmować niekorzystny obrót, można poprosić o pomoc człowieka, który przyjedzie i dotrzyma towarzystwa, potrzyma za rękę etc, dopóki wszystko nie zostanie zmetabolizowane. U nas tę rolę pełnią zazwyczaj karetki i lekarze na wizytach domowych, a także oddział toksykologii. Niestety uszkodzenia związane z braniem narkotyków są w moim mieście dosyć powszechne. Swoistą statystyczną nadreprezentację mają skoki z wysokości. Łagodniejszą wersją jest coś w rodzaju gry w Prince of Persia w realu, to jest skoki z jednego balkonu na drugi. Byłem, widziałem. Chyba najmniej szkodliwą rzeczą, o której słyszałem w tym kontekście było wyjadanie cytryn z pisuaru w klubie. To wszystko nawet rozumiem, całość wyglądała bardzo ładnie, metalowa rynna wyłożona lodem, a tam pełno świeżych cytrusów. Właściciel klubu bardzo szybko przestał dokładać nowe cytrusy, widać za dużo to kosztowało.

Wróćmy jednak do naszego bohatera. Miał on głowę na karku, więc wezwał pomoc lekarską. Na miejscu mój kolega usłyszał:

„Wziąłem trochę narkotyków żeby poprawić sobie koncentrację, bo mam ważny projekt. Wygląda na to, że trochę za bardzo przyśpieszyłem, w sensie z moimi myślami i potrzebuję pomocy. Mam tu pyszny chleb. Nie, nie wyjdę dopóki nie zjecie po kanapce. Nie dajcie się prosić, zaraz Wam zrobię coś dobrego”

Chłopaki długo się nie zastanawiali, ratownik popatrzył na lekarza, lekarz na ratownika i zjedli, dla dobra pacjenta rzecz jasna. Widzicie sami jaka ofiarna jest polska służba zdrowia, dla pacjenta zrobią wszystko.

„Dobry chleb prawda? Chciałbym Wam coś dać, ale nic nie mam, to weźcie ten oto chleb na drogę i się z nim podzielcie. Wyglądacie na takich chłopaków, co to lubią sobie pojeść”

W ten oto sposób spróbowałem najlepszego chleba w Łodzi.

Comments

comments

Jest w porządku

Damianek_rozowodamian chory

Tekst został zamówiony przez jedną z bliskich mi osób. Zakończyłem leczenie we wrześniu. To nie ma znaczenia. Ważne jest to, że pół roku po wszystkim ludziom zdarza się płakać i teatralnym szeptem pytać „Czy z Damianem jest wszystko w porządku? Doszły mnie słuchy, że nie jest najlepiej. Tak bardzo go lubiłam, czy on będzie żył”?

To byłoby nawet zabawne, gdyby dotykało mnie osobiście, ale dla moich najbliższych może być krępujące. Dlatego też postanowiłem zakończyć ten stan rzeczy poprzez onkologiczny coming out i rozpoczęcie kariery jako onkocelebryta. Kolejne badania wykazały, że wszystko jest w porządku, dla świętego spokoju postanowiłem też rozszerzyć tomografię o PET.
Niestety w miarę upływu czasu mój zapał do dzielenia się jakimikolwiek informacjami zmniejszył się. Z drugiej strony mam świadomość, że dla osób dotkniętych chorób, czy też dla ich najbliższych kluczową rzeczą wydaje się być nadzieja. Świadomość tego, że można przezwyciężyć wszystkie trudności, że nie należy się poddawać. Nic w tym nie pomaga tak bardzo jak pozytywne przykłady.
Z tego powodu wrzucam dwa zdjęcia dla porównania. Jak widać z powrotem udało mi się wyhodować włosy, w bonusie dostałem nawet trochę brody. Dzisiaj będzie więc tylko pozytywnie. Żeby jednak trochę ponarzekać, to powiem, że z brodą jest trochę problemów, bo trzeba mistrza od brody rezerwować z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a sam nie umiem jej przycinać.
Od zakończenia leczenia zredukowałem masę ciała ze 105 kg do około 100 kg i jestem na dobrej drodze. Sam proces leczenia wiązał się dla mnie z dużymi niespodziankami. Czuję się teraz dobrze, praktycznie wróciłem do formy sprzed operacji. Miałem dużo szczęścia, że nie rozcinano mi klatki piersiowej, nie drutowano mostka, lecz zastosowano wideotorakoskopie. To dosyć nowoczesna metoda i bardzo korzystna dla pacjentów, która najogólniej mówiąc jest odpowiednikiem laparoskopii, tylko że wykonywanym wyżej. Dzięki temu szybko wróciłem do siebie poza zabiegu.
Generalnie pomagał mi fakt, że byłem dosyć mocno zajęty. Otrzymałem bardzo wiele wsparcia od mojej wspaniałej dziewczyny, rodziny, czy przyjaciół. Podczas pobytu w szpitalu Dominik siedział u mnie praktycznie codziennie.
Bardzo mocno moją uwagę zaprzątała chęć podszkolenia się w Fifę. Miałem dobre warunki do tego, jednoosobowa sala i telewizor, XBOXa przynosiłem z domu. Poza tym dużo czasu zajmowały mi rozmowy z dziennikarzami, udzielanie wywiadów etc. Generalnie dobrze jest być celebrytą, to pomaga. Nawiązałem dzięki temu wiele serdecznych relacji, które utrzymuje do dzisiaj.
Starania o poprawę losu lekarzy to zadanie na pełen etat, dzięki któremu nie miałem kiedy myśleć o chorobie. Poza tym niewiele osób podczas uzupełniającej chemioterapii zorganizowało dwie manifestacje. Wymyślałem sobie też różne głupie aktywności. Regularnie chodziłem się opalać, dopóki nie zauważyła tego moja Pani Onkolog (pozdrawiam Cię serdecznie ;)) i mi zabroniła, bo ponoć nie można. Na chemioterapię dojeżdżałem rowerem. Próbowałem też ćwiczyć na siłowni, ale smuciła mnie świadomość, że moje mięśnie zamiast rosnąć po prostu umierają i że ta aktywność nie ma sensu.
Tak czy owak na to też dostałem zakaz, w momencie w którym okazało się, że liczba moich białek krwinek spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu i musiałem zrobić tydzień przerwy od chemioterapii na regeneracje. Musiałem też regularnie szprycować się czynnikami wzrostu, co akurat było zabawne, bo czułem się jakbym się przygotowywał do olimpiady. Mniej wesołe było to, że pod wpływem tego lekarstwa fizycznie czułem gdzie produkowany jest szpik kostny. Bolały mnie plecy. Poza tym zaczęły mi się wyrzynać ósemki, co mi trochę próbowało przemodelować zgryz, ale uspokoił mnie dentysta mówiąc, że mam tak dużą diastemę, że nie muszę się obawiać, bo mam sporą rezerwę.
Oczywiście miałem problem z żyłami, bo chemioterapia jest jak płynący w naczyniach napalm. Z czasem było ich coraz mniej, pojawiło się też wędrujące zapalenie żył (jest naprawdę wędrujące), ale na to cudownym remedium była sauna. Żałowałem, że nie założyłem sobie portu donaczyniowego, co polecam wszystkim chorym i ich rodzinom. Sam nawet takie porty zakładałem ludziom i bardzo lubię to robić.
Zimno mi też było w głowię, jak nie masz włosów to nagle się okazuje, że strasznie wieje i że dużo ciepła się w ten sposób traci. Z drugiej strony przez długi czas nie musiałem się golić i to było sporą oszczędnością czasu. Byłby to plus gdyby nie to, że miałem aż za dużo czasu.
Wykorzystałem całkowicie limit 182 dni zwolnienia. Żałowałem, że nie dano mi więcej czasu na odpoczynek i regeneracje. Zwłaszcza tego dobrego czasu, od odebrania wyników, które mówiły że wszystko jest w porządku, a powrotem do aktywności zawodowej. Nie chciałem jednak stawać przed jakąś tam komisją i prosić o zasiłek, nie lubię papierów.
Zastanawiałem się nad tym ile rzeczy zapomniałem, jak bardzo będę musiał sobie wszystko przypominać. Nawet po tak długiej przerwie, gdy stajesz za głową pacjenta i do ręki dostajesz laryngoskop, to już wiesz, że wszystko będzie dobrze.
Mam wyostrzony węch, co jest wadą, bo czuję, że powietrze śmierdzi, a z drugiej strony wydaje mi się, że niektóre rzeczy potrafię wywąchać. Ponoć niektóre psy potrafią wyczuć zapach chorób i boję się, że idę w tym kierunku, w każdym razie ćwiczę swoje umiejętności.
To by było na tyle, jak będę miał ochotę to jeszcze coś tam napiszę w tym temacie, ale kwestia jest taka, że to czego naprawdę chcesz w trudnych momentach to powrót do normalności. W szpitalu myślałem o tym, że jeśli wychodząc do domu nie potrafisz się cieszyć, to jest to trochę bez sensu. Z drugiej strony leczyłem się w tym samym szpitalu co pracuje, przychodziłem więc do tego samego miejsca co zwykle. Przy odrobinie starania mogłem wyobrazić sobie, że wcale nie jestem tu pacjentem.

We just livin’ in the moment, making our past, losin’ our grasp through the grand parade

Comments

comments

Gołębie, wiewiórki i lód

Damian_rowerTo najwięksi wrogowie rowerzysty zimą. Dwie pierwsze kategorie to całoroczni wrogowie. Zwłaszcza gołębie, które mają duże skłonności samobójcze i zwyczajnie nie chcą latać. Chcą zostać rozjechane. Pamiętam, jak źle się czułem, kiedy potrąciłem kurę jadąc rowerem (winne było jej niezdecydowanie i to, że w ostatniej chwili zmieniła trajektorię). Niechęć do krzywdzenia istot opóźnia moją podróż o cenne sekundy. Największe skupiska gołębi są u mnie na osiedlu (dużo starych ludzi) i na Alei Politechniki (dużo studentów). Obie te grupy dzielą z gołębiami zamiłowanie do suchego, starego chleba (ech to studenckie życie, jak to fajnie że młodzi ludzie są biedni, prawda?,  czemu Ci emeryci tak zrzędzą? )

Wiewiórki są małe, zwinne i pojawiają się znikąd. To nie są te inteligentne stworzenia, które oswojone przez portiera w szpitalu na Spornej przychodzą po orzechy. Upierdliwe ADHD, które również szuka śmierci pod kołami. Przeciwny biegun ekstremum niż gołębie, tak szybkie, że zdają się poruszać bez celu. Występują w parkach.

Lód – najmniejsza przeszkoda. Łagodne zimy, ocieplenie klimatu. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że drogi rowerowe i chodniki w Łodzi są świetnie utrzymane. Dużo bardziej ślisko jest na ulicach. ( W Łodzi masa krytyczna została zawieszona i strach przed jej powrotem jest silnym bodźcem dla służb drogowych). Z lodem spotykam się więc hobbystycznie, kiedy czuję się bardziej znużony życiem niż zwykle i potrzebuję wyzwań. Podobnie jak wiewiórki znajduję go na polach i w parku. Po lodzie da się jechać, ale wymaga to pewnej koncentracji. Na razie zdołałem już zaliczyć jeden upadek, ale nie poddaje się.

Zimno, wiatr, deszcz i śnieg nie są istotnymi problemami. Jeśli to prawda, że jesteśmy owocem milionów lat ewolucji, albo też zostaliśmy stworzeni tacy doskonali, (co kto woli), to chyba jesteśmy w stanie wytrzymać pewne niedogodności. Zresztą bardziej marznę, podczas skrobania szyb, czy wsiadania do zimnego auta. Problemem jest również spacer z parkingu do szpitala, gdyż autem nie da się podjechać pod same drzwi (chciałoby się prawda?). Poza tym uważam, że zwierzęta poruszają się na pieszo, a człowiekowi to nie przystoi.

Prawdziwym wrogiem rowerzystów jest sygnalizacja świetlna, do której w ramach protestu podchodzę mocno liberalnie. (Spotyka się to z krytyką bojowników rowerowych. To są Ci sami, że jak im samochodem trochę zastawisz ścieżkę rowerową, to specjalnie zahamują, żeby uderzać ręką o maskę samochodu. Kiedyś jednego doprowadziłem do frustracji, bo po prostu za nim jechałem, przez co usłyszałem, że nie mogę korzystać z jego tunelu areodynamicznego). Sygnalizacja świetlna jest tak ustawiona, żebyś wiedział, że na pieszo to chodzą zwierzęta, a rowerami poruszają się lewaki. Znam cykle świateł i wiem, że jadąc z prędkością 25km/h od fit fabric 1 do Mickiewicza akurat załapię się na 10 sekundowe okienko, żeby wjechać do parku. W przeciwnym wypadku 5 minut czekania na światłach, spóźnienie na odprawę lub płacz, bo tego dnia wyjątkowo zabieg miał zacząć się punktualnie.

Dlaczego jeżdżę rowerem do pracy? Bo tego potrzebuje, niczym Al Pacino w Gorączce muszę utrzymać pewien poziom napięcia, żeby normalnie funkcjonować. Poranne stanie w korku mi tego nie umożliwia.

Zdjęcie zostało zrobione w Radiu Łódź. Piosenka w temacie – tutaj.

Comments

comments

Cross fit

na bloga

Przepraszam za długą przerwę w niepisaniu, działo się dużo rzeczy do których jeszcze nie zdołałem się dobrze odnieść i wystarczająco zdystansować, żeby móc w sposób właściwy opisać. Obawiam się, że straciłem dyscyplinę pisarską, więc przygotujcie się dzisiaj na dużo dygresji.

Mówiąc w skrócie, po około pół rocznym zwolnieniu lekarskim niebawem wracam do pracy i czuję się coraz lepiej. Jedyne co mi doskwiera to niewielkie objawy związane z przejściowym uszkodzeniem nerwów obwodowych. Na szczęście nie jest to najbardziej dokuczliwa dolegliwość na świecie, przestałem wykonywać gesty przypominające liczenie pieniędzy, nie czuję już rano takich szpileczek. Nie czerpię już dziwnej przyjemności wynikającej z pocierania stopami o coś szorstkiego (najlepszy był surowy beton). Potrafię rozegrać coraz więcej meczy w Fifę bez konieczności wykonywania przerwy (drętwieją mi ręce, tak że przez jakiś czas nie mogę ich wyprostować). Pracuję manualnie, więc muszę mieć pewność, że wszystko już jest w porządku i dlatego jeszcze czekam z powrotem do pracy. Dużo satysfakcji daje wykonywanie pracy rękoma, fajnie było też jak ludzie zastanawiali się jak tymi wielkimi łapami intubowałem noworodki. Odpowiedź jest prosta – przy pomocy narzędzi.

Od wpisu pod tytułem powrót do formy minęło prawie półtora miesiąca i wiem, że to nie był zmarnowany czas. Nigdy nie byłem tak słaby, zdałem sobie sprawę z tego czym prawdopodobnie jest starość, to taka sytuacja w której twoje ciało nie chce robić tego, czego życzy sobie umysł. Na szczęście to był odwracalny stan. Biegałem w śmiesznym tempie, robiłem co chwilę przerwy, ale nie poddawałem się, aż w końcu zacząłem osiągać przyzwoite rezultaty.

Sterydy i związany z nimi przyrost wagi zrobił swoje. Wbrew stereotypom podczas leczenia przytyłem, co koniec końców nie było najgorszą rzeczą na świecie, zresztą i tak było to kilka kilogramów mniej niż mentalna granica, którą sobie postawiłem. Niestety innym ludziom prawdopodobnie umknęło to, że w przerwach między zorganizowaniem trzech manifestacji, wizytą w Dzień Dobry TVN i wieloma spotkaniami, to generalnie walczyłem o życie i spędziłem prawie miesiąc leżąc pod kroplówkami. Nie udało im się również skojarzyć tak subtelnych objawów jak utrata włosów na głowie, a w końcowym etapie utrata brwi i rzęs. Ot taka ekstrawagancja. Nikt nie zastanawiał się, czemu nagle polubiłem czapki. Napiszę kiedyś więcej na ten temat.

Zaczynam myśleć, że we współczesnym świecie bycie grubym to coś bardziej stygmatyzującego niż AIDS. Część znajomych wyrażała po prostu zaskoczenie moim obecnym wyglądem i to było w porządku, ale część chyba postanowiła wykorzystać okazję do podbudowania się. Dobrym przykładem był mój kolega, z którym nie widziałem się od roku:

„Elo
Jak tam twoja aktywność fizyczna
Bo na fotach trochę się spasłeś”

Ehh, to wszystko potwierdza to o czym pisała jedna z moich ulubionych blogerek: Dziewczyny przestańcie być dla siebie takimi pizdamiTytuł jest trochę mylący, bo przecież jak widać chłopaki też potrafią być dla siebie niemili. Żeby było jasno, nie wymagam od ludzi żadnego wsparcia, nie potrzebuję go, jestem na prostej drodze do spełnienia jednej z moich ambicji, to jest bycia najtwardszym człowiekiem na ziemi. Wystarczy mi tylko, że nie będą mi wchodzić w drogę i nie będą próbowali ugrać czegoś dla siebie moim kosztem.

Niestety prawdopodobnie prowadzić to będzie do jeszcze większego ograniczenia kontaktów społecznych. Moment, w którym dostrzegasz w co bawią się inni ludzie, sprawia, że tracisz ochotę na kontakty z nimi. To jest tak, że takie sytuacje, o ile są sporadyczne nie są nawet rejestrowane, człowiek przynajmniej trochę odporny psychicznie jest w stanie sobie poradzić. Problem pojawia się wtedy, kiedy takie zachowania stają się nagminne, zbyt częste, wtedy ludzie nie rozumieją czemu reagujesz bardzo dużą agresją na niewinne ich zdaniem uwagi, które wynikają z domniemanej troski.

Oczywiście dobrze jest też nie dawać im powodów do tego, żeby mogli się do ciebie dowalić, bo nie da się zrezygnować całkowicie z aktywności społecznej. Kiedyś rozmawiałem o tym z kolegą, który zrobił dużo dobrego dla lokalnej społeczności i jest aktywnym politykiem:

Najlepiej jak nic ci nie wychodzi i tylko narzekasz, im mniej masz pieniędzy i sukcesów tym lepiej, wszyscy będą cie uwielbiać.

Tyle tytułem wstępu, teraz będzie już tylko konkretnie. Pewnie niepotrzebnie o tym wszystkim piszę, skoro tak czy owak jest to sytuacja przejściowa, bo niedługo znowu będę piękny i młody, niech no tylko odrosną mi włosy na głowie ;).

W ciągu półtora miesiąca schudłem około 2 kg, co jest rewelacyjnym wynikiem biorąc pod uwagę to, że jeszcze nie wprowadziłem diety i nie rozpocząłem regularnych dojazdów do pracy rowerem lub biegając. Poza tym na początku rozpoczęcia treningów waga często idzie do góry, ze względu na przyrost masy mięśniowej. Restrykcje żywieniowe będą wprowadzane z czasem, niejako naturalnie, bo zostaną one wymuszone przez rytm treningowy. Konieczność zachowania przerwy między treningiem, a posiłkiem w naturalny sposób wymusza pewną organizację. Poza tym jak poświęcasz naprawdę dużo czasu na wysiłek fizyczny, to nie chcesz tego psuć przez niewłaściwe żywienie. Coraz bardziej skłaniam się ku diecie pudełkowej, niestety pensja rezydencka w zasadzie ledwo pokrywa koszt takiego cateringu z dowozem dla dwóch osób.

Wczoraj byłem na pierwszym treningu cross fitu od ponad pół roku i cieszę się czując przyjemne zakwasy we wszystkich mięśniach. Już zapomniałem jak przyjemny to stan i muszę się hamować, żeby nie wejść w rytm treningowy zbyt intensywnie. Poszedłem na trening o obiecującej nazwie wprowadzenie do cross fitu/technika, ale dla mnie to było jak wprowadzenie do piekła. Ćwiczyłem niedaleko drzwi, żeby w razie czego karetka miała blisko żeby podjechać. Cieszyłem się, że przez kilka godzin przed treningiem nic nie zjadłem, bo w przeciwnym wypadku byłoby naprawdę źle.

Uwielbiam te treningi, głównie dlatego, że bardzo wiele im zawdzięczam. Mam świetnych trenerów, którzy walczą z takim drewnem jak ja i są w stanie pokonać mój brak koordynacji. Potrafią rozebrać trudne i skomplikowane ćwiczenia rozbić na czynniki pierwsze, pokazując mi poszczególne etapy. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę robił takie cuda jak np. double unders. Mój trener też się tego nie spodziewał, niemniej jednak w końcu zaczęło wychodzić. Stałem się lepszym graczem w piłkę nożną (tę prawdziwą) i byłem pod wrażeniem rzeczy, które umiem zrobić.

Regularna walka z własnymi słabościami, nauczyła mnie wytrwałości. Łatwo nie było, po pierwszym treningu przez całą noc wymiotowałem. Mój przyjaciel Dawid śmiał się ze mnie, kiedy mówiłem mu o przypadkach rabdomiolizy (gwałtowny rozpad mięśni) powiązanej z cross fitem, lecz ja wierzę w to, że jest to możliwe. Nie jest to niestety łatwy trening dla początkujących. Przez większość czasu oszukiwałem i dalej oszukuje, zawyżając liczbę powtórzeń jakie robię, żeby trenerom nie było przykro, że jestem aż tak słaby. Na początku bez cienia skrępowania walczyłem z dziewczynami o lekkie ciężarki. Najsłabszy na treningu, miałem świadomość, że jeśli chodzi o populację lekarską to jestem jedną z bardziej sprawnych fizycznie osób.

Tłumaczyłem, że ponieważ wiele ćwiczeń wykonuje się z ciężarem własnego ciała, to ja ćwiczę o wiele ciężej niż inni. Poza tym robię wszystko wolniej, bo jestem większy, jak robimy padnij, powstań to dłużej lecę na ziemię (większa wysokość), poza tym na synapsach są opóźnienia, a nawet zakłócenia.

Odnośnie zaś wspomnianych ciężarków to pokochałem kulturystykę, choć nie są to łatwe ćwiczenia. Podoba mi się to, że dzięki temu lepiej jestem w stanie czuć własne ciało, co wydaje mi się bardzo potrzebne w pracy zawodowej. Wykonywanie nowych ćwiczeń pozwala na tworzenie nowych połączeń mózgowych, zwiększa pewien rodzaj inteligencji.

Wkrótce będę na tyle sprawny, że będę w stanie robić pompki stojąc na rękach. Moim największym marzeniem jest jednak to, żeby pojeździć z dziewczynami na deskorolce. Zdjęcie tytułowe zostało zrobione wieki temu i przedstawia mnie podczas jednego z meczów rugby 7, jak widać nogi były zrobione ;).

Comments

comments

Hejterzy

Do napisania tekstu zachęciła mnie moja dziewczyna, która jest niezrównaną pomocą zarówno jeśli chodzi o bloga, jak i Porozumienie Rezydentów. Praca nad własnym ego jest bolesnym zadaniem, ale wiem że tylko w ten sposób można stworzyć coś wartościowego.

Kasia twierdzi, że ludzie lubią czytać o różnych typach osobowości, o ludzkich wadach, bo się z nimi nie identyfikują. Są przekonani, że sprawa dotyczy kogo innego.

Po roku działalności publicznej wiem już bardzo dużo na temat różnych rodzajów hejtu. Napisałem setki postów, które następnie kasowałem, albo przenosiłem do notatnika. Wiem, że pewnych wojen nie da się wygrać. Nie warto nawet próbować. Formuła działania Porozumienia Rezydentów czyni mnie szczególnie podatnym na krytykę. Najgorzej było na początku. Teraz wydaje mi się, że hejterom się znudziło i sobie poszli. W jaki sposób ich skategoryzowac? (Tekst dotyczy nie tylko hejterów internetowych)

Lakoniczni nihiliści

Zraziłem się do bezpośrednich spotkań z ludźmi. Wygłaszałem piękne przemowy. Pełne pasji jak Jerry Maguire. Co słyszałem?

-nie uda się

-no ok, ale coś więcej?

-nie uda się, szkoda gadać

Ważni ludzie

Osoby, które mają odpowiednie priorytety. Spotkanie młodych lekarzy, proponuję rozmowę o problemach środowiska. Czuję się jak osoba, która mówi o tolerancji na zlocie narodowców. Zniecierpliwienie, po chwili „musimy zrobić wszystko żeby tegoroczny festiwal nalewek był sukcesem”

Ojczyzna polszczyzna

Najbardziej oklepani. „Damian jako szef tej grupy dbaj proszę o gramatykę i o formę, jak to wygląda? Szanujmy się!!!” Osobiście najbardziej lubię fonetyczną pisownię i czekam aż uprościmy te wszystkie krzaczki, które utrudniają pisanie na telefonie. Zasad przestrzegam, bo nie chce mi się słuchać tego pieprzenia.

Mentorzy

Nikt nie wskaże Ci tyłu możliwości dotyczących rozwoju kariery, co Twoi wrogowie. Miło mi, że ludzie widzą mnie w polityce. Utalentowani w tworzeniu paranoicznych konstrukcji. Jestem miłośnikiem Partii Razem, który dla niepoznaki rozmawia z Rydzykiem, albo odwrotnie.

-Damian nie jest człowiekiem Rydzyka, spotkał się z Razem

-Trudno żeby fan Razem nie spotkał się ze swoją ukochaną partią!!!

-Nie sądzisz, że to trochę nietypowe zachowanie jak na fana partii Razem iść do Radia Maryja?

-To tylko dowodzi jak bardzo się sprzedał wszystkim po kolei, jakie ma parcie na szkło i że nie zamyka sobie żadnej ścieżki kariery.

-Ok nie mam argumentów

Hasło mówiące, że pluralizm nas uwiarygadnia nie ma tu zastosowania. Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie. W każdym razie miło, że ludzie za mnie angażują się w spory.

Na moich plecach

Próbuje się wybić szubrawiec. To nie jest ważne, że ludzie sami nic nie zrobili, ważne jest to że nie mogą pozwolić się wykorzystać, oszukać. Wiadomo, że Damian ma złe intencje, bo ja bym właśnie takie miał. Lansuje się chujek w tym garniaku i głupio uśmiecha.

Tvn Biznes

Macie świadomość tego, że walka o podwyżki nie ma sensu, bo to zje inflacja? Pomińmy fakt, że jeśli chodzi o samych rezydentów to nie ma możliwości, żeby grupa 15 000 osób miała wpływ na gospodarkę. Nawet grupa 500 000 nie będzie miała dużego, jeśli program 500 plus nie spowodował wzrostu inflacji.

Okolicznościowy bunt

Nie do przewidzenia. Osoba, która zaczyna jest niczym kiepski facet, który podrywa dziewczyny hurtowo. Próbuje nieustannie przy pomocy głupich tekstów i prędzej czy później uda mu się nawiązać konwersacje.

„Nie możemy porównywać się do innych zawodów”

„Średnia krajowa to nie jest żaden wyznacznik”

Jak sobie z tym radzić?

Należy po prostu robić swoje. Świadomość mechanizmów ułatwia sprawę. Zamiłowanie do absurdu bardzo pomaga. Zdarzało mi się prosić ludzi żeby tłumaczyli mi przysłowia, albo mówili swoimi słowami jak rozumieją pewne mądrości ludowe. Hitem była dla mnie poważna dyskusja na temat tego co znaczy wyrażenie „perły przed wieprze”

Comments

comments

Spotkanie z Ojcem Rydzykiem

spotkanie z ojcem

Przy okazji porządkowania archiwum Porozumienia Rezydentów natrafiłem na taką perełkę. W jaki sposób doszło do spotkania, które wywarło bardzo duży wpływ na nasza działalność?

Poczyniliśmy pewne założenia.  Po pierwsze chcieliśmy wszystko zrobić inaczej niż do tej pory. Zależało nam na totalnym dialogu, na próbie osiągnięcia celu poprzez merytoryczne przygotowanie, otwieranie się na jak największą liczbę środowisk. Oczywiście, że najprościej jest rozmawiać z tymi, którzy się z nami zgadzają, trudniej zaryzykować się i wyjść do ludzi, którzy są nam nie znani.

Nasza najbardziej spektakularna akcja, to jest adopcja posłów, była przejawem praktycznego podejścia do rzeczywistości. Zostało to później bardzo docenione. Poparcie opozycji, chociaż potrzebne nie może prowadzić do wprowadzenia zmian. Opozycja dochodząc do władzy często zapomina o tym, o co walczyła. Chcieliśmy porozumieć się w rządzącą partią, przekonać ją do wprowadzenia zmian w życie, mówić jej językiem, przemawiać do jej elektoratu. Oczywiście było to trudniejsze niż uzyskanie poparcia mediów nastawionych raczej opozycyjnie.

Zaczęliśmy więc szukać możliwości dotarcia do ludzi decyzyjnych poprzez kanały informacyjne, które są dla nich istotne, a dla nas były totalnie nieznane. Nasz Dziennik, Gazeta Polska, wszędzie tam spotkaliśmy się z bardzo dobrym przyjęciem, problemy zostały opisane merytorycznie i fachowo. Podjęliśmy starania o możliwość wystąpienia w Radiu Maryja i Tv Trwam. Nie jest to najłatwiejsza rzecz. Potrzebowaliśmy polecenia zaufanej osoby. Podobnie jak my nie znaliśmy toruńskiego środowiska, podobnie oni nie znali nas.

W końcu nadszedł ten dzień. W czwórkę spotkaliśmy się w dużym budynku nagraniowym. Po chwili podjechał Ojciec Grzegorz Moj, który miał dzisiaj z nami rozmawiać. (osoby prowadzące Rozmowy Niedokończone zmieniają się). Nie przypominał standardowego zakonnika, energiczny, ze słuchawką w uchu, przez którą cały czas prowadził rozmowy. Krótka rozmowa przed wejściem na antenie dała nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z przygotowanym rozmówcą.

Wydawało mi się wtedy, że jako przewodniczący powinienem brać na siebie jak najwięcej. Podobnie jak w amerykańskiej armii oficer pierwszy biegnie z plecakiem, stąd wzięło się wyśmiewane przez znajomych „pozwoli Ojciec, że ja zacznę”. Nie czułem specjalnego stresu, w studiu był jeden telewizor, który pokazywał nam co widzą ludzie przed telewizorami. Jak się później dowiedziałem, to nie było bardzo dokładne urządzenie, stąd czasem kamera pokazywała jak bujałem się na boki.

W teorii niewiele osób ogląda Tv Trwam, w praktyce duża część rodziny i znajomych z uśmiechem odnotowywała „o Damianek w telewizji” i następnie szybko przekazywała te informacje dalej. Czułem pewien dyskomfort, bo wydawało mi się, że jestem za długi, nie wiedziałem co zrobić z nogami, jako postawę ciała przybrać. Na szczęście Ojciec Moj starał się nam pomagać, nie przerywał, naprowadzał, nie atakował, był bardzo przyjazny.

W późniejszym czasie miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Ojcem Mojem. Najbardziej utkwił mi w pamięci ten fragment, kiedy rozmawialiśmy przez telefon i słyszałem jak przekonuje swoich kolegów z redakcji, żeby nagrali jakiś materiał o nas.

– To są młodzi lekarze, walczą o to, w co wierzą. Trzeba im pomóc, my też walczymy o różne rzeczy i dlatego powinniśmy to rozumieć.
-No nie wiem, nie znam ich…
-Im naprawdę warto pomóc…

Wszystkie media i redakcje działają w bardzo zbliżony sposób. Bardzo istotny jest czynnik ludzki, to jest osobiste przekonania osoby, która danego dnia ma np dyżur. To jest odpowiedź na to, dlaczego nie wszystkie nasze materiały są wysyłane dalej. My wykonaliśmy tytaniczną pracę polegającą na rozmawianiu z dziennikarzami, tłumaczeniu im na czym polega nasza sytuacja. To wszystko przyniosło efekty, teraz już jest o wiele, wiele łatwiej.

W studiu starałem się dawać szansę swoim koleżankom i kolegom, ale średnio mi to wychodziło. Spotkało się to oczywiście z łagodnymi drwinami ze strony Ojca Moja w przerwie pomiędzy nagraniem w telewizji, a nagraniem w radiu. Poza tym wolny czas przeznaczyliśmy na rozmowę i wspólny posiłek. Nic wystawnego, zwykła zapiekanka, ale bardzo smaczna. Dowiedzieliśmy się jak wygląda zarządzanie tym wszystkim od kuchni. Dużo pracy, mało czasu na sen, trochę tak jak u nas.
Wszystko odbywało się w bardzo sympatycznej, rodzinnej atmosferze, Ojciec Moj tłumaczył to w ten sposób, że jesteśmy gośćmi i że on też chciałby nas jak najlepiej poznać.

Opowiadał o swojej codzienności, która sprowadzała się do tego, że jednoosobowo pełnił rolę kierownika produkcji. Dużo, dużo, żmudnej pracy, jak jeżdżenie po Polsce i znajdowanie miejsc na maszty przekaźnikowe, nocne rozmowy z kierowcami ciężarówek na antenie radia, praca nad samym sobą. Poza tym olbrzymie poczucie misji, co pozwala zrozumieć czemu Radio Maryja ma najlepszy zasięg w Polsce. Po prostu ma silnie zmotywowanych pracowników.

Duży nacisk Ojciec Moj kładł też na coraz modniejszy patriotyzm gospodarczy. Niektóre spostrzeżenia były ciekawe, jak choćby to, że powszechnie stawiane w Polsce wiatraki nie dają nam za dużo korzyści, produkowane w Niemczech, na niemieckich patentach nie rozwijają naszej gospodarki.

Po przerwie udaliśmy się do radiowego studia. Tam było już o wiele luźniej, w radiu czuję się swobodniej. W czasie rozmowy na kartkach pisaliśmy sobie różne rzeczy, w przerwie wymienialiśmy się opiniami. Mogliśmy nawet posłuchać świetnej piosenki w wykonaniu Jadzi Zareckiej:

Czas szybko leciał, ludzie dzwonili do studia, staraliśmy się jak najgrzeczniej im odpowiadać. Pamiętam jak bardzo byłem zmęczony przed rozpoczęciem nagrania, cały dzień w pracy, szybka podróż do studia. Adrenalina robiła jednak swoje, ale przede wszystkim pomagało nam to, że czuliśmy się swobodnie, byliśmy szczerzy i autentyczni.

Zresztą sami zobaczcie, jak wypadliśmy. Zbieraliśmy się już do wyjścia, kiedy to nagle pojawił się Ojciec Rydzyk i zaprosił nas na krótką rozmowę. Od pewnego czasu ze względu na wiek Ojciec Rydzyk nie prowadzi już Rozmów Niedokończonych, które są jego oczkiem w głowie. Niemniej jednak cały czas bacznie śledzi przebieg rozmów. Powiedział, że przekonaliśmy go do siebie i że chętnie z nami chwilę porozmawia.

W gabinecie chwilę pobawiliśmy się modelem maybacha leżącym na biurku. Jaki jest Ojciec Rydzyk w bezpośrednim kontakcie? Sprawiał wrażenie pewnej siebie, inteligentnej osoby, która w pewien sposób bawi się swoim wizerunkiem, ale też ma pewną skłonność do autoironii, czego dowodzi trzymanie wspomnianej zabawki. Generalnie to ani w radiu, ani w telewizji nie widać było przepychu, wszystko urządzone było skromnie i chyba oszczędzali na ogrzewaniu, bo trochę zmarzłem. Ojciec Rydzyk pokazywał nam zgromadzone przez wiele, wiele lat rozmaite relikwie. Zadeklarował pomoc dla nas, stwierdził że nie podoba mu się to jak działa ochrona zdrowia w Polsce.

Dotrzymał słowa, poprosił polityków PISu o spotkania z nami i o pomoc dla nas. Później kilka razy dzwonił do mnie przez telefon i pytał się, czy mamy jakieś widoki na poprawę sytuacji. (nie znaczy to jednak, że mam nr telefonu do szefa toruńskich mediów, numery były zastrzeżone). Stał się naszym najbardziej nieoczekiwanym sojusznikiem. Z czasem dzięki ciężkiej pracy zyskaliśmy poparcie praktycznie wszystkich środowisk. Wtedy nie wiedzieliśmy jednak, że uda nam się przekonać tak wielu ludzi, że należy zmienić naszą sytuację.

Jaka była cena poparcia? Stosunkowo niewysoka, Ojciec Rydzyk zapytał nas czy przypadkiem nie jesteśmy lewakami, bo nie darzy szacunkiem tej ideologii. Następnego dnia po nagraniu o godzinie 9 rano Ministerstwo Zdrowia wydało pierwszy komunikat w naszej sprawie. Po raz pierwszy rządzący zaczynali rozumieć, że powinni traktować nas poważnie, choć tak naprawdę uświadomili to sobie dopiero po manifestacji. Teraz od czasu do czasu rozmawiam z agencją informacyjną Radia Maryja, podobnie jak dzieje się to z innymi stacjami.

Kiedy w zeszłym miesiącu spotkaliśmy się z Partią Razem to zasugerowałem Adrianowi Zandbergowi podjęcie starań o wizytę w Toruniu. Zostało to odebrane jako dobry żart, niemniej jednak mówiłem poważnie. Młodzi, ideowi, sympatyczni ludzie na pewno zrobiliby dobre wrażenie i pokazali, że możliwy jest dialog, który wydaje się być ekstremalny.

Nam udało się pokazać przez ostatni rok, że nic nie jest dla nas niemożliwe i że jesteśmy w stanie porozmawiać z każdym niezależnie od naszych własnych przekonań. W toku pracy nad Porozumieniem Rezydentów udało pozbyć mi się zresztą przywiązania do pewnych etykietek, jakich ludzie używają do definiowania siebie.

Ciężko pracowałem nad tym, żeby po każdej stronie starać się po prostu znajdować właściwych ludzi, widzieć w nich dobro i potencjał do wspólnej zmiany rzeczywistości. Wiem, że to wszystko może wydawać się bardzo naiwne i idealistycznie, nie mniej jednak ciągle wierze, że w ten sposób można odnieść sukces. Są tylko dwa sposoby na to żeby wygrać:

1) Robić to samo co inni, tylko mocniej, bardziej agresywnie, z większą determinacją
2) Zakwestionować dotychczasowe reguły gry i spróbować narzucić swoje, to drugie wydaje się być o wiele ciekawsze.

Na zakończenie filmik dla tych, którzy ciągle potrzebują motywacji do działania:

Comments

comments

Powrót do formy

forma

Kiedy byłem w lepszej kondycji, miałem na brzuchu sześciopak. Niestety znikał za każdym razem, kiedy zdejmowałem klubową koszulkę z wyrysowanymi mięśniami. W swojej najlepszej formie potrafiłem przebiec 17 km w 1,5h. Oto dowód. Było to oczywiście zanim powstało Porozumienie Rezydentów, trochę ponad rok temu. Wściekły na wszystko tak bardzo, że po takim biegu ciągle odczuwałem złość. Składało się na to wiele czynników. Miało to swoje dobre strony, biegałem coraz szybciej i szybciej, ćwiczyłem coraz mocniej i mocniej. Działalność w Porozumieniu Rezydentów w pewnym sensie pomogła, teraz już nie czuję frustracji związanej z rzeczywistością. Jest jak jest, ale zrobiłem wszystko co było możliwe, żeby to zmienić. Muszę akceptować, że mam ograniczony wpływ na rzeczywistość.

Bardzo lubię aktywność fizyczną i w zasadzie codziennie staram się uprawiać sport. Szacowałem, że standardowo byłem w stanie spalać około 15 000 kcal miesięcznie. Przy bardziej aktywnych miesiącach wartość ta dochodziła do 20 000 kcal. Sądzę, że są to dosyć wiarygodne szacunki. Wartości podawane przez Endomondo są o wiele zawyżone i należy brać poprawkę, że organizm szybko adaptuje się do codziennych aktywności wykonywanych przy stałym tętnie, jak np jazda rowerem do pracy. Czasem żeby się lepiej poczuć, jako rodzaj treningu wybierałem bieg na orientację, przy którym kalorie lecą jak głupie, w tempie dwu lub trzykrotnie szybszym niż przy zwykłym joggingu. Podobnie cały dzień spędzony na rowerze według Endomondo pozwalał na spalenie kilku tysięcy kcal.

Niestety Porozumienie Rezydentów ograniczyło czas, jaki mogłem poświęcić na sport. Czasem trzeba było zrezygnować z treningów. Miało to swoje konsekwencje, na szczęście niezbyt dotkliwe,  w ciągu pół roku waga wzrosła z 92 kg do 98 kg. Przy wzroście wynoszącym 190 cm ciągle jeszcze było to dla mnie akceptowalne. Obowiązków związanych z działalnością społeczną nie ubywało, zaś dodatkowo czynniki zdrowotne wykluczyły mnie ze sportu na kilka miesięcy.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Oczywiście nie ograniczyłem ilości spożywanego jedzenia i nie zmieniłem też jakości. 15 000 kcal to ilość jaka jest potrzebna, żeby spalić dwa kilogramy tłuszczu. Wiadomo było więc, że waga będzie iść w górę. Ustanowiłem nowy rekord dochodząc do 106 kg, lecz pocieszające jest to, że nie zdołałem jeszcze przekroczyć 110 kg.

Na szczęście niebawem będę mógł rozpocząć powolny powrót do formy. To o czym marzę, to dać sobie maksymalnie w kość, dojść do granicy własnej wytrzymałości i przekroczyć ją. Tak jak wtedy, kiedy w ciągu jednego dnia przejechałem rowerem Słowację.

Nie jestem w stanie zrozumieć tego, jak ludzie mogą funkcjonować bez sportu i bez wysiłku fizycznego. Moje własne priorytety są dla mnie pewnym zaskoczeniem, wysportowana sylwetka wydaje się być ważniejsza niż zarabianie pieniędzy na dyżurach.  Powrót do „ludzkiej” wagi wydaje się być dla mnie teraz kwestią kluczową. Nie lubię chodzić w opiętych ubraniach. Ciekaw jestem też tego, czy uda mi się tym razem wprowadzić jakąś sensowną dietę. Dotychczas brzydziłem się liczenia kalorii i rozwiązaniem za każdym razem wydawało mi się zwiększanie wysiłku fizycznego. Oczywiście znam minusy takiego podejścia, wiem, że można dojść w ten sposób do ściany. Bieganie do pracy wydawało się jednak być cudownym rozwiązaniem.

Razem z Maćkiem – moim przyjacielem neurochirurgiem wierzyłem i cały czas wierzę w to, że pizza na cienkim cieście to swoisty super food. Stworzyliśmy teorię wedle której ma ona ujemny bilans energetyczny, to znaczy, że w przeciwieństwie do normalnego jedzenia, kalorie te nie dodają się lecz odejmują. Warunek jest jeden, trzeba jeść szybko i powinno się popijać piwem. Niestety dotychczasowe rezultaty badań jakie prowadzimy z wielkim zapałem i czasem rozszerzając o dodatkowych badaczy wydają się nie potwierdzać naszych założeń. Pomimo tego nie zniechęcamy się i kontynuujemy eksperyment.

Próbuję to wszystko sobie w ten sposób wytłumaczyć, że mam teraz okres roztrenowania, po którym przyjdzie czas na ciężką pracę. Staram się pamiętać, że we współczesnym sporcie, czy to zawodowym czy amatorskim największym problemem jest intensywność treningu. Problemem dla ambitnych ludzi nie jest to, że ćwiczą za mało, lecz że robią to zbyt często. Znalezienie równowagi wydaje się być kluczowe, przetrenowanie sprawia, że tracimy efektu treningu. Związany z tym wysoki poziom hormonu stresu – kortyzolu sprzyja budowie tkanki tłuszczowej i rozkładowi mięśni. Zdarzyło mi się zresztą już raz mieć objawy podobne do grypy wynikające z przetrenowania się. To nic dobrego, przez kilka dni ledwo byłem w stanie się ruszyć.

Posiadanie tej całej wiedzy to jedno. Wykorzystanie jej w praktyce to drugie. Jeśli jednak chcesz być jak Rocky Balboa, to nie ma drogi na skróty. Potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość i motywacja. Wszystko to zapowiada się na fascynującą przygodę. Być może pojawią się jakieś fotorelacje z postępów jakie będę robić. Najpiękniejsze są początki, bo wtedy efekty są niemal natychmiastowe. Nie mogę doczekać się ponownego spędzania czasu z trenerami na siłowni i ich satysfakcji wynikającej z tego, że po raz kolejny udało mi się pokonać własne ograniczenia.

Comments

comments

„Teraz ze mną na solo nie wygrasz…

w aucie

Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę k… jak brzytwa.” Słowa te zostały wypowiedziane kilka lat temu i do tej pory jestem zaskoczony ich trafnością. Czytanie książek pozwala zyskać bardzo dużą przewagę nad innymi i o tym będzie ten post.

Wie o tym Prezes PIS, którego domowa biblioteka jest dosyć obszerna. Tematy po które sięga pozwoliłby mu na bezproblemową dyskusję z hipsterami z Placu Zbawiciela. Nic tak nie pasuje do sojowego latte jak Kapitał w XXI wieku Pikettego. Książka ta wywołała bardzo duży ferment intelektualny na świecie, podczas gdy u nas przeszła niemal niezauważona. Ciężka cegła, pełna wzorów i analiz (poddałem się 100 stron przed końcem) mówiąca o tym, że praca coraz mniej popłaca.

To tylko przykład, który ma pokazać skąd bierze się przewagą jednych ludzi nad drugimi. Taka, która pozornie wydawać się może nieuchwytna. Bez głębszego wejścia w problem, czyli posiadania wiedzy, trenowania inteligencji, skazujemy się na powierzchowną wizję świata. Ostatnio opowiedziano mi anegdotę, która to dobitnie potwierdza.

Podczas kampanii wyborczej partia A nie miała budżetu, lecz miała ciekawe pomysły, interesujące treści i sztab kreatywnych ludzi. Dzięki temu dosłownie wymiotła w internecie. Partia B dysponując olbrzymią ilością gotówki i wynajętą profesjonalną firmą osiągała dużo gorsze rezultaty w sieci, nie udawały się im wirale. Bardzo Droga Agencja PRowska (w skrócie BDAP) stwierdziła, że od partii A należy skopiować rozmiar publikowanych przez nich memów. Pewnie domyślacie się rezultatu.

Niesie to pocieszenie dla wszystkich, którzy myślą, że to niewłaściwy rozmiar jest przyczyną porażek. Nie, tym ludziom nie wychodzi, dlatego, że są głupi, a są głupi, dlatego, że nie czytają książek. Tyrion z Gry o Tron wie co jest najważniejsze. Staram się brać z niego przykład. Jeden z mądrzejszych lekarzy jakich poznałem uważa, że każdy doktor powinien poświęcać pół godziny dziennie na aktualizowanie swojej wiedzy. Niby nie jest to dużo, ale w praktyce wymaga to żelaznej samodyscypliny. Takie jest zresztą też uzasadnienie jedynego przywileju zawodowego lekarzy.

Nie mam żadnych mitycznych dodatków, jeśli o nich słyszycie to jest to zwyczajna manipulacja rządzących i wielki spisek. Mój dzień pracy jest o 25 minut krótszy, co znaczy, że pracuje siedem godzin i trzydzieści pięć minut. Zaoszczędzony czas powinienem przeznaczyć na doskonalenie swojej wiedzy.

Nie jest to łatwe zadanie. Pierwszą barierą są media społecznościowe, a zwłaszcza facebook, które wpływają na to jak działa ludzki umysł, utrudniając koncentracje. Drugim problemem jest to, że wiedza medyczna jest coraz mniej definitywna. Nauka w liceum, czy na studiach była fajna, bo wystarczyło pewnych rzeczy się nauczyć, zapamiętać i już. Twarda dupa i cierpliwość. Teraz poprzeczka się podniosła wyżej. Czytam o leczeniu ludzi w ciężkim stanie i autor nie chce mi podać jednego, optymalnego sposobu.

Problem jest taki, że w niektórych sytuacjach on po prostu nie istnieje, albo nie udało się tego jeszcze zbadać, udowodnić. Dowiaduje się, że mogę zrobić to i to, ale te wszystkie rzeczy nie wpływają na końcowy efekt. Może w takim razie nie warto podejmować tych działań? Ponieważ aktualnie mam przerwę w karierze zawodowej, to wszystko to są teoretyczne rozważania dla mnie.

Intuicyjnie większość osób będzie skłaniać się ku działaniom, zwłaszcza jeśli one w wyraźny sposób nie szkodzą. Wydaje się, że tego oczekują też sami pacjenci i ich rodziny. Sam tego bym oczekiwał jako pacjent, miałbym gdzieś wszystkie badania naukowe i prawdopodobieństwo. Jedno jest pewne. To wszystko jest bardzo zajmujące intelektualnie, to prawie tak dobra zabawa jaką miałby dr House, gdyby istniał.

Współczesna medycyna idzie w kierunku udowadniania wszystkiego i weryfikowania. To ma głęboki sens. Najłatwiej to pokazać na przykładzie motoryzacyjnym. W laboratorium udowodniono, że dodatek do paliwa A poprawia pracę silnika, co wywołało olbrzymią radość producenta. Udało się zarobić na nim olbrzymie pieniądze. Niestety długoletnie badania pokazały, że ta substancja pomimo tego, że miała poprawiać pracę silnika, to nie zwiększa jego mocy, nie wydłuża czasu pracy, ani nie zmniejsza zapotrzebowania na paliwo. Efekt końcowy wydaje się być wielce rozczarowujący. Ponieważ dodatek do paliwa jest na rynku już długo, to i tak większość osób wierzy w jego dobroczynne działania.

Do tego wszystkiego niezbędna jest wiedza, która pozwala na uzyskanie właściwej perspektywy, podejmowanie najlepszych decyzji. Koncepcja Porozumienia Rezydentów odniosła sukces, ponieważ przeczytałem kilka książek za dużo i chciałem sprawdzić w praktyce, czy pewne rzeczy są możliwe. Udało się stworzyć pewne ramy do działania, pewną przestrzeń, którą później ludzie wypełnili treścią. Pewien kłopot na początku miałem z tym, że poza mną to nikt tych książek nie znał, ciężko było wytłumaczyć o co mi chodzi. Trochę jak w tym filmie:

-czytałem Twoją książkę
-to jest nas dwóch

Oczywiście może być tak, że Porozumienie Rezydentów poza sukcesem organizacyjnym nie odniesie żadnego innego. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko zależy od nas. Niemniej jednak sukces organizacyjny i stworzenie organizacji, która razem z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy zorganizowała manifestacje na 10 000 osób, może być upatrywane za coś konstruktywnego.

Zanim Porozumienie Rezydentów powstało przez długi czas zastanawiałem się nad tym, dlaczego tego nie ma. Jakie są bariery? Największą przeszkody znajdują się w umysłach ludzi, ponieważ często są one zamknięte.

Książki pozwalają pozbyć się tych ograniczeń

 

Comments

comments

Prawnicy na aplikacjach

 

Smart beautiful businesswoman with red case in her hands and two men behind her going downstairs

Czy mają gorzej niż lekarze rezydenci? Problem  jest złożony, obie te grupy postrzegane są jako tradycyjnie prestiżowe, inteligenckie zawody. Studenci przynoszą chlubę swoim rodzinom, na medycynę decydują się piątkowi uczniowie najlepszych liceów, którzy lubią nauki przyrodnicze, na prawo idą najlepsi humaniści. Oba zawody postrzegane są jako bardzo dochodowe i fajnie się je ogląda w telewizji, łatwo jest się utożsamiać z postaciami ze szklanego ekranu. Zwłaszcza studenci mają tendencję do wnikliwej analizy produkcji telewizyjnych i komentowania przebiegu operacji czy też zachowania gwiazd palestry.

Absolwentów obu tych kierunków czeka największy szok związany z wejściem w dorosłość. No chyba, ze mają bogatych rodziców, którzy zadbają o to, żeby standard życia się nie obniżył się. Jest w tym dużo ironii losu, że pieniądze jakie część moich znajomych zarówno z prawa, jak i z medycyny dostawała (lub dalej dostaje) były większe niż wynagrodzenie w pierwszej pracy.

Nic tylko wchodzić w dorosłość. Oczywiście to wszystko będzie później tematem pracy dla rzeszy socjologów, którzy będą zastanawiać się nad tym dlaczego młodzi Polacy nie chcą mieć dzieci, nie zakładają rodzin i nie wyprowadzają się z domu rodzinnego. Mnie najbardziej interesuje sytuacja mniej zamożnych znajomych, którzy zmuszeni są samemu się utrzymywać.

Taką osoba jest Kasia, moja koleżanka z Poznania. Bardzo sympatyczna i inteligentna absolwentka prawa, która jest na pierwszym roku aplikacji adwokackiej (do tego ładna, co widać na zdjęciu). Niestety nikt w jej rodzinie nie jest związany ze środowiskiem prawniczym, dlatego nasza bohaterka jest zdana na siebie. Radzi sobie bardzo dobrze, ma zadatki żeby być naprawdę dobrym prawnikiem, jest wrażliwa i empatyczna, czuje powołanie do tego co robi.

Największym problemem dla niej jest to, że nie może się usamodzielnić. W kancelarii zarabia 1900 złotych na rękę, co jest dużym postępem w stosunku do jej początkowej stawki. Powiem tylko tyle, że chciałbym tak szybko zwiększać swój poziom dochodów co ona. Zagadką niech będzie pułap, z którego startowała. Niestety ponad 500 złotych miesięcznie musi przeznaczać na opłaty związane z aplikacją, a także przynależnością do samorządu zawodowego.

Tym co mnie najbardziej fascynuje w całej tej historii jest fakt, że Kasia nie chce określić swojego szefa mianem wyzyskiwacza. Wielokrotnie prosiłem ją, żeby na potrzeby dyskusji zgodziła się, że jest on krwiożerczym kapitalistą. Uważa ona, że warunki jej pracy nie są najgorsze w porównaniu do innych aplikantów. Wydaje się być pogodzona ze swoim losem, choć lekko nie jest. Ile idealizmu zostanie w niej po trzech latach?

Kasia jest bardzo naiwną osobą (podobnie jak ja, może dlatego się przyjaźnimy) i wierzy w to, że uda jej się zachować w życiu równowagę pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. W przyszłości nie chce być jak jej szef, który cały czas pracuje i choć zarabia dużo, to wydaje się być stale zestresowaną osobą. Kasia prawdopodobnie jeszcze nie wie tego, że nie istnieje liniowa zależność, która pozwala przy średnim czasie pracy zarabiać średnie pieniądze. W Polsce możesz albo pozostać na dole drabiny społecznej, albo nadludzkim nakładem sił wyszarpać swój sukces, ale wtedy nie ma przebacz, możesz zapomnieć o pracy na jeden etat.

W całej tej historii fascynuje mnie kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest dramatycznie niska wartość wykształcenia akademickiego. Okazuje się, że studia w obecnej formie są tylko i wyłącznie formą zakamuflowania i odroczenia w czasie bezrobocia, czy też bardzo niskiego poziomu życia. Problem ten tyczy się całej rzeszy młodych ludzi w Polsce, zwłaszcza związanych ze światem nauki. Tym co smuci jest fakt, że jako pokolenie nie możemy nawet wykrzyczeć swojej złości, frustracji i niezgody. (my jako lekarze przynajmniej to zrobiliśmy) Prawnicy na aplikacjach nie zjednoczą się, żeby walczyć o swój los, nie będą się skarżyć. Znamienita część uważa, że trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, taka jest cena sukcesu.

Moim zdaniem w Polsce istnieje coś w rodzaju konfliktu pokoleniowego. Istnieje przyzwolenie na to, żeby młodzi ludzie mieli ekstremalnie ciężko. Tymczasem to nam potrzebne są bardziej pieniądze niż „starym”, chcemy zakładać rodziny, rodzić dzieci, kupować mieszkania i samochody. Chcemy rozwijać gospodarkę, tworzyć wzrost gospodarczy, chcemy niczym nieograniczonej i rozpasanej konsumpcji. Jesteśmy niczym uchodźcy, którzy idą przez tysiące kilometrów na boso marząc o życiu jakie zobaczyliśmy w telewizji. Wierzymy, że w świecie jest dla nas miejsce, a kiedy przychodzimy okazuje się, że jest za późno.

wszystko kończy się tak, że kręcimy się w kółko

Interesujące dla mnie jest to, że wzrost wynagrodzenia dla Kasi o 500 złotych bardzo mocno wpłynąłby na jej standard życia i byłby praktycznie nieodczuwalny dla właściciela kancelarii. Wygląda jednak na to, że głównym czynnikiem wpływającym na dynamikę relacji pomiędzy nią a szefem są reguły wolnego rynku. W związku z uwolnieniem zawodu jest duża podaż aplikantów, więc nie ma presji na wzrost wynagrodzeń. To się może zmienić w przyszłości, ponieważ już w tym roku było mniej chętnych na rozpoczęcie aplikacji.

Nie wszyscy aplikanci prawniczy mogą liczyć na umowy o pracę, część z nich zmuszona jest pracować na umowach zlecenie, czy też prowadzić własną działalność gospodarczą. Co ciekawe według prawników, w Polsce jest bardzo duży potencjalny, niezrealizowany popyt na usługi prawnicze, ponieważ w porównaniu do krajów zachodu bardzo rzadko korzystamy z fachowego doradztwa. Do tego trzeba jednak lat poświęconych kształtowaniu dobrego wizerunku, a także budowaniu zaufania. Z tej perspektywy ciężka sytuacja młodych prawników nie budzi zaufania do całego środowiska i będzie cały ten proces znamiennie utrudniać.

Kasia nie ma pistoletu przy głowie, nie musi robić aplikacji, może poszukać pracy w korporacji, może spróbować znaleźć sobie jakąś niszę (prawo farmaceutyczne?). W teorii mogłaby np wziąć kredyt konsumpcyjny żeby podwyższyć sobie standard życia do akceptowalnego. Otwartą kwestią jest jednak to, czy ma pewność tego, że go spłaci? Czy nie jest to za duże ryzyko? Z drugiej strony w USA to działa w ten sposób, młodzi ludzie wchodzą w dorosłe życie z olbrzymim kredytem, jeśli postanowili się wykształcić. Dla mnie strategia Kasi jest optymalna, dług wydaje się być za dużym obciążeniem psychicznym, choć ceną jest opóźnione wejście w dorosłość.

Oczywiście źródłem kiepskiej sytuacji Kasi jest fakt, że co roku studia opuszcza zbyt wielu absolwentów prawa. W pewien sposób młodym ludziom robiona jest krzywda. Oczywiście najbardziej wytrwali i najbardziej ambitni poradzą sobie w każdych warunkach. Dla mnie kluczowe jest jednakże to, czy w ten sposób nie odcinamy dostępu do zawodu osobom bardziej wrażliwym i empatycznym, które powinny mieć swoje miejsca w zawodach zaufania publicznego?

Co do zasady społeczeństwo może albo stwarzać równe szanse wszystkim i umożliwiać awans społeczny, albo też tylko i wyłącznie utrwalać i powielać istniejącą strukturę społeczną. Sytuacja, w której tylko dzieci z dobrze sytuowanych rodzin mogą pozwolić sobie na wykonywanie pewnych zawodów, z całą pewnością nie jest korzystna dla całej populacji. Nie może być to rozpatrywane tylko i wyłącznie w idealistycznym kontekście. Udowodniono, że egalitarystyczne społeczeństwa są o wiele bardziej innowacyjne, kreatywne i nowoczesne, a co za tym idzie bardziej zamożne.

Odpowiedź na pytanie, czy prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach nie jest jednoznaczna. Wydaje mi się, że jednak lepiej być prawnikiem, ze względu na to, że aplikacja trwa tylko trzy lata. Kasia zdąży skończyć aplikację, podczas gdy jej rówieśnik po 6-letnich studiach i 13 miesięcznym stażu, ledwo zdąży rozpocząć rezydenturę. Proces uzyskiwania specjalizacji lekarskiej w teorii trwa do 6 lat, w praktyce zaś nawet dwa razy dłużej.

Prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach, ale ich sytuacja jest o wiele bardziej przejściowa i krótkotrwała. Na plus bycia lekarzem przemawia to, że w przypadku części specjalizacji lekarskich, papier w ręku to przepustka do lepszego świata. Prawnik po aplikacji jest dopiero na początku długiego procesu wyrabiania sobie nazwiska.

Generalnie uważam, że warto oba te kierunki odradzać młodym ludziom. Są o wiele łatwiejsze sposoby, na udane i satysfakcjonujące życie. Warto już zawczasu tak pokierować swoją karierą, by ustrzec się frustracji i nie musieć stale zmagać się z rozmaitymi przeszkodami. Pasjonaci i ludzie z powołaniem, z prawdziwym poczuciem misji, tak czy owak nie tych ostrzeżeń nie posłuchają. Takich osób też najwięcej potrzeba w obu zawodach.

Comments

comments