5/10

damianek

Połowa dyżurów już za mną, jeszcze tylko 5. Na szczęście zdołam trochę odpocząć. Pójdę w końcu na zebranie Łódzkiej Izby Lekarskiej, poprzednie musiałem opuścić ze względu na braki kadrowe w pracy. Wezmę udział w konkursach na pielęgniarki oddziałowe (oczywiście, jako jury, a nie uczestnik). Pojadę na konferencję do Karpacza. Nie mogę się doczekać tych kilku dni, kiedy mądrzy ludzie będą do mnie mówić, a ja będę sobie siedział i słuchał w gronie całej masy przyjaciół i znajomych. To dużo przyjemniejsze niż żmudne siedzenie nad książkami. Potem przyjdzie grudzień, w którym nie mam żadnego dyżuru i wrócę do pracy z dziećmi.

Ciągle nie mamy pełnej obsady, co sprawia, że wzrasta obciążenie pracą. Na szczęście ostatni dyżur był stosunkowo łatwy, co rzadko zdarza się w centrum urazowym. Zaczęliśmy od dywulsji. Bardzo szybki i prosty zabieg, chirurg wkłada śpiącemu pacjentowi palce w odbyt celem jego naprawy. Wymaga olbrzymiego wyczucia, ponieważ musi włożyć w to dokładnie tyle siły by odpowiednio wszystko rozciągnąć, tak żeby poprawiło się ukrwienie i na tyle mało, żeby nic nie pękło. Jest to jeden z takich zabiegów, które są painful to watch i stresuje się wtedy, że coś może pójść nie tak. Trudność anestezjologiczna jest taka, że to jest okolica bardzo wrażliwa, wstrząsorodna. Pacjenci muszą spać bardzo głęboko i trzeba czuwać nad tym, by nie doszło do odruchowego spowolnienia akcji serca. Podobnie jak w przypadku każdej choroby istnieje ryzyko nawrotów i powikłań.

Znalazłem też chwilę czasu by pozbyć się dwóch ciężkich kartonów pełnych ulotek dotyczących tego jak rzucić palenie, jak rozpoznać czerniaka, a także jak żyć zdrowo. Wysłali mi je pocztą organizatorzy szkolenia z wczesnego rozpoznawania nowotworów i do tej pory nie mogłem się zmotywować, żeby je rozdać. (pewnie dlatego, że jeden karton ważył jakieś 30kg). Odczekały sobie jakieś pół roku. Kiedy będę mieć gorszy dzień to będę brać je ze stolika, na którym je zostawiłem i zacznę wręczać stojącym pod drzwiami szpitala palaczom, prosząc grzecznie, żeby sobie poszli, bo stoją zbyt blisko budynku użyteczności publicznej. (najbardziej bezczelni pacjenci palą w szpitalu na korytarzu)

Udało mi się też rozdać kilkanaście kilogramów jabłek, które dostałem od zaprzyjaźnionego rolnika. Pielęgniarki, instrumentariuszki, salowe i ochroniarze ucieszyli się, najwyraźniej rzadko dostają prezenty. Mogłem też pomóc trochę na intensywnej terapii zajmując się pacjentami i wybierając się z jednym z nich na wycieczkę do tomografii. Dzięki tym wszystkim aktywnościom udało mi się przejść zalecaną dzienną liczbę kroków. Przekonałem również jedną z Koleżanek do zamówienia wegańskiego jedzenia na obiad.

Można więc powiedzieć, że wręcz czekałem na jakąś akcję i nie zawiodłem się, w końcu dlatego wybrałem pracę w centrum urazowy. Kiedy na salę wjechał pęknięty tętniak byłem wypoczęty, zrelaksowany i gotowy do walki. Cieszyłem się, że przyjechał w dzień, nie zaś jak to często bywa o 3 w nocy. Pamiętam swoje początki z takimi zabiegami, czy też z urazami wielonarządowymi i czuję satysfakcję widząc jak daleką przeszedłem drogę.

Pacjent jak większość mężczyzn w średnim wieku nie wiedział na jakie choroby choruje, ani jakie leki bierze. (Ci szczęśliwsi mają żony, które za nich to pamiętają, pewnie dlatego żonaci mężczyźni dłużej żyją). W momencie kiedy pacjent zasnął rozpoczął się wyścig z czasem i walka o życie. Im lepsze przygotowanie przed pierwszym nacięciem i w pierwszych minutach zabiegu, tym lepsza, sensowniej poukładana robota przez cały zabieg.

Roboty było tyle, że w zasadzie biegałem koło stołu, podłączając kocyk grzewczy, ogrzewacz płynów, zakładając duże wkłucia do toczenia krwi i takie, które ułatwiają monitorowanie. Wszystko to wymaga sporej koncentracji i podzielności uwagi. Wtedy wszelkie żarty na temat anestezjologów, którzy czytają książki i robią sudoku cichną.

Dużo w takich sytuacjach zależy od doświadczenia i umiejętności pielęgniarki czy też pielęgniarza anestezjologicznego, którzy są elitą w swoim fachu. W dobrym zespole, każdy sam z siebie wie co ma robić i lekarz nie musi wydawać zleceń, lecz pozostaje otwarty na sugestie zespołu.

Po kolei zlecałem rozmrażanie osocza, prosiłem serologię o zwiększanie ilości krzyżowanej krwi i szykowanie płytek. Później modliłem się o to, żeby prawidłowo wypełnić sterty karteczek i dobrze wpisać kolejne preparatów do Wielkiej Księgi Przetoczeń Krwi. Środki bezpieczeństwa przy przetaczaniu krwi i preparatów krwiopochodnych obligują do drobiazgowego wypełniania stosów dokumentacji. To ma głęboki sens, ale jest też olbrzymim problemem przy trudnych zabiegach związanych z dużą utratą krwi. Po kilku godzinach zrobiłem się zmęczony, mimo że Kolega przyszedł mi pomóc ogarnąć te wszystkie papiery.

Zabieg zakończył się sukcesem, co znaczy że pacjent przeżył do końca. Niestety tak duże operacje wiążą się z późniejszymi problemami i rokowanie jest bardzo zmienne. Pocieszające jest to, że od czasu do czasu pacjenci, którzy zupełnie nie rokowali wychodzą na własnych nogach.

Comments

comments

4/10

zdjecie

„Czy dokonuje Pan aktów autoagresji?”
„Wydaje mi się, że nie, chyba że ma Pan na myśli bycie lekarzem w Polsce”
Szczególnie autoagresywny jestem w tym miesiącu, ze względu na ilość przepracowanych godzin. Nie planowałem tego. Przez pierwsze dwa lata pracy wcale nie dyżurowałem, później 2-3 razy w miesiącu. Wszystko zmieniło się kiedy zyskaliśmy dodatkowe stanowisko do obsadzenia, a z pracy zaczęli odchodzić kolejni ludzie. 4-5 dyżurów było jeszcze sympatyczne, dobrze jest mieć wolny dzień od pracy, nie musieć do niej dojeżdżać. Szybko nastąpiła eskalacja. Osoby, które zostały musiały zastępować tych, którzy odeszli.
W tym miesiącu dostałem 7 dyżurów, ale potem sprawy się skomplikowały. Szkoda mi było kolegi, który wrócił do pracy po pewnych problemach zdrowotnych, więc dopisałem się, żeby nie musiał sam pracować na bloku. Chciałem pomóc koleżance, której zależało na konferencji. Ktoś inny chciał poświęcić czas swojej rodzinie. Nie mam na razie dzieci, nie mam zwierząt, pewnie gdyby nie Kasia, nie miałbym powodu, żeby wracać do domu i po prostu zaanektowałbym jakiś kąt szpitala i na stałe tam zamieszkał. Są lekarze, którzy tak żyją. W zasadzie to w tym systemie opieki zdrowotnej są bezpiecznikiem, który zapewnia jego funkcjonowanie.
Jak funkcjonuje człowiek, który tyle pracuje? Dla mnie najgorsza jest deprywacja snu i związane z nią jet lagi. Pojawiają się bóle głowy. Staram się funkcjonować tak, jakbym był profesjonalnym sportowcem. Zamawiam dobre, wegańskie jedzenie na mieście, korzystam z odnowy biologicznej, regularnie chodzę na saunę i masaże. Oczywiście niezdrowe kebaby też konsumuję (ale tylko dla towarzystwa, żeby innym było miło). Niespecjalnie jestem produktywny w domu i wiele rzeczy odkładam na potem. W zasadzie na zmianę piszę, chodzę na siłownię i oglądam netflixa. Dzięki jeździe rowerem do pracy ogarniam, że się zmieniają pory roku, temperatura, kąt padania promieni społecznych. Szybko to wszystko leci, ledwo liście zrobiły się zielone, a już spadają, a ja na niekończącym się dyżurze.
Matematyka w tym kontekście jest zabawna. Ilość moich nadgodzin wyniesie 187. Na szczęście od wartości tej mogę odjąć 60, ponieważ po każdej dobie nieprzerwanej pracy muszę odpocząć. Dzięki temu przepracuje tylko nadmiarowe 127. Listopad ma 151,6 godzin roboczych co razem daje 278,6. Ustawodawca w swojej łaskawości przewidział ponad 300 godzin jako górny limit. To na swój sposób miłe, że w majestacie prawa nie tylko na kontrakcie, ale również na etacie mogę się zapracować na śmierć. Miłe, w takim wolnościowym, korwinistycznym sensie, z jakiegoś powodu zakłada się, że posiadam nadludzkie moce, których nie ma np. kierowca ciężarówki.
Być może nie powinienem takich rzeczy pisać jako osoba publiczna, ale to jest poważny problem. W jaki sposób wyważyć chęć zachowania własnego życia z lojalnością wobec Koleżanek i Kolegów z pracy? Każdy dyżur, którego ja nie wezmę, będzie musiał wziąć ktoś inny. Jeśli nikt się nie znajdzie, to na dyżurze zostanie zoperowanych mniejsza liczba pacjentów, którzy będą coraz dłużej czekać na zabieg. Oczywiście winę za to globalnie ponoszą politycy, którzy odpowiadają za system ochrony zdrowotnej, jest to jednak dosyć abstrakcyjne. Sprowadzisz to wszystko do takiego podstawowego poziomu i patrzysz na twarz człowieka, który przez kilka dni nie je bo czeka na zabieg i ciągle spada w kolejce, bo nagle przylatuje helikopter czy ktoś rozbija się na autostradzie.
Moim idolem i autorytetem jest Kolega, który w miesiącu pracuje tylko 130 i stara się żyć dosyć oszczędnie. Gdyby wszyscy lekarze poszli w jego ślady to połowę szpitali w Polsce należałoby natychmiast zamknąć, a w pozostałej połowie stawki wzrosłyby na tyle, że wszystkie związki zawodowe mogłyby obwieścić koniec historii.
Jeśli zaś chodzi o moje miejsce pracy, to na szczęście znalazło się sporo chętnych do pracy, dlatego wszystko wskazuje na to, że jeden z najważniejszych szpitali w regionie dalej będzie zapewniać nieprzerwaną opieką ofiarom wypadków. Oczywiście patrząc na sprawę globalnie, to Ci ludzie zapewne będą gdzieś musieli się zwolnić, lub ograniczyć ilość świadczonych usług, po prostu mój szpital przeciągnął kołderkę w swoją stronę.
Niestety paskudne statystyki dotyczące długości życia, ryzyka samobójstw czy uzależnień pośród anestezjologów nie wzięły się znikąd. Praca w ciągłym stresie, na niekończących się dyżurach nie sprzyja dbaniu o zdrowie. Mnie tłumaczy tylko to, że to ostatni taki miesiąc w karierze zawodowej. Chciałem się jak najwięcej nauczyć, w końcu w Polsce jest tylko 14 centrów urazowych i większość szpitali nie zajmuje się tak trudnymi przypadkami jak Kopernik. Mam tu komfortowe warunki do rozwoju, wszystkie problemy staram się rozwiązywać samemu, ale zawsze mogę poprosić kogoś doświadczonego o pomoc. W grudniu zaczynam pracę w nowym miejscu i przez jakiś czas nie będę dyżurować. Odpocznę, pracując na jednym etacie będę czuć się na wakacjach.
Udało mi się na razie uniknąć poważniejszych konsekwencji przepracowania. Popełniłem jeden błąd, z którego powodu jest mi bardzo przykro. Miałem trudnego pacjenta i bawiłem się obrączką przekładając ją z palca na palec. Później coś zaczęło się dziać, byłem zajęty chorym i najwyraźniej zsunęła się z niewłaściwego palca. Zorientowałem się dopiero kilka godzin później, kiedy brałem prysznic. Pacjent przeżył, czego i Wam w ten przedłużony weekend życzę.

Comments

comments

Moja droga do pracy

droga do pracy

Każdego dnia rowerem pokonuje do pracy 8,5 km w jedną stronę. To jeden z najprzyjemniejszych momentów mojego dnia. Wbrew pozorom Łódź to dosyć zielone miasto, w którym jest dużo parków i lasów. Można tak sobie zaplanować codzienną trasę, by mieć kontakt z naturą i odpoczywać z dala od ludzi. Zimno, wiatr, deszcz czy śnieg nie są dużą przeszkodą, przy czasie dojazdu wynoszącym do 30 minut, człowiek nie jest w stanie tak naprawdę zmarznąć, nawet przy ekstremalnych warunkach pogodowych. Fakt, kiedy na dworze jest -15 czy -20 trochę ciężko się oddycha, ale ile mamy takich dni w roku?

Oczywiście zdarzają się problemy, np jesteś w środku parku, jest zimno i mokro i pęka Ci łańcuch. Kiedy musisz iść, wtedy jest naprawdę nieprzyjemnie. Nieprzyjemnie jest też wtedy, kiedy się przewracasz, ale nauczyłem się kłaść płasko rower niczym motocykl. Zresztą wszystkie moje wywrotki były spowodowane chęcią nauczenia się jak jeździć rowerem po lodzie. Da się, ale na krótką metę i dopóki jedziesz prosto i idealnie trzymasz równowagę, skręcanie się źle kończy. Innym niebezpieczeństwem dla rowerów są torowiska tramwajowe, choć łódzkie są dużo bezpieczniejsze niż krakowskie, podobnie jest z mokrym, wyślizganym brukiem. Na szczęście w Łodzi generalnie było do tej pory raczej pustawo, choć za sprawą przewodnika lonely planet może się to zmienić. Dzięki temu, że było pustawo, nie miał kto wyślizgać tego bruku.

W pracy mam swoją szafeczkę i po 2,5 roku dostąpiłem największego awansu w swojej karierze zawodowej – przestałem się przebierać w korytarzu i dostałem miejsce w szatni zamykanej na klucz, gdzie trzymam zapasowe ubranie, ręcznik i całą masę innych rzeczy.

Moje eksperymenty dotyczące nieposiadania samochodu nie skończyły się najlepiej. Komunikacja miejska w Łodzi to kiepska sprawa, przeważnie jest niepunktualna i zdarza się, że korzystają z niej obywatele świata. Nie jest to środek transportu dla osób, które muszą zjawić się punktualnie w pracy. Wtedy kiedy chciałbyś zamówić taksówkę, bo jest np załamanie pogody i przez miasto przetacza się wichura, oczywiście czas oczekiwania będzie tak duży, że szybciej pokonasz trasę na pieszo. Zresztą już mi się raz zdarzyło po tym jak przestały jeździć tramwaje, biec przez park w wodzie po kostki i dotrzeć do pracy jako jeden z pierwszych. To jest wtedy piękna sprawa, kiedy pacjenci i zespoły chirurgów czekają na to aż do pracy przybędą anestezjolodzy i obstawiają, który zjawi się jako pierwszy. I ta radość „Damian dotarłeś”. Niestety więc muszę posiadać samochód.

Staram się jednak nim jak najmniej jeździć dlatego, że jestem perfekcjonistą i nie lubię kiedy rzeczy się psują. To jest fascynujące, że po kilkumiesięcznej przerwie, kiedy odgarniasz ręką z auta sterty liści, gałęzi, delikatnie przenosisz gniazda ptaków, które zdążyły się tam zalęgnąć i przesadzasz rośliny, które zdążyły wykiełkować samochód ciągle odpala. Był bardzo tani i przeważnie można nim jeździć. Wielokrotnie marzyłem o tym, żeby go zepchnąć z klifu w przepaść, ale trudności w praktycznej realizacji tego planu były za duże. Poza tym znalazłem wyjątkowo upartego mechanika, który się z nim związał emocjonalnie.

Wracając z pracy zmieniam trasę i jeżdżę Piotrkowską i najpierw rozkoszuje się wyprzedzaniem kierowców, którzy stoją w korkach. Szkoda mi ich, wszyscy uwierzyli w to, że auto jest symbolem statusu społecznego i że jest wygodnym środkiem komunikacji po mieście. Niestety nie jest i zarówno marnowanie czasu, jak i frustracja są wpisane w los kierowcy. Później jadę deptakiem i z ciekawością i sympatią patrzę na szczęśliwych ludzi, którzy jedzą, spacerują i cieszą się życiem. Myślę sobie wtedy, że większość z nich na pewno ani nie pracuje w szpitalu, ani nie studiuje medycyny, bo zwyczajnie nie mieliby na to czasu. Cieszę się, że przez moment też mogę poczuć się tak beztrosko, wkrótce będę miał jeszcze więcej tego szczęścia, bo moja droga do pracy wydłuży się do 13 km, dzięki czemu będę przejeżdżać aż przez trzy parki.
park

park2

park3

park4

Comments

comments

Wściekłość

lapa
Spostrzegawczy obserwator (na powiększeniu zdjęcia) dostrzeże różową, idealnie prostą kreskę, czyli bliznę po wideotorakoskopii. To taki odpowiednik laparoskopii, z tym, że kamerą macha się w klatce piersiowej. Pozwala to uniknąć rozcinania mostka i związanych z nimi niedogodności, dzięki czemu w relatywnie krótkim czasie po operacji, mogłem wrócić na siłownię.

Bywam tam regularnie i choć daleko mi do poziomu moich stałych bywalców, to regularnie robię postępy. Na pewno przyczynia się do tego praca w centrum urazowym i próba znalezienia konstruktywnego sposobu na rozładowanie emocji. Dwa razy do roku przychodzi jednak taki czas, kiedy praktycznie zamykam się na siłowni, eskalując ilość treningów do granic możliwości. Na co dzień nie myślę o konieczności wykonywania badań kontrolnych. Cieszę się życiem.

Problem zaczyna się w momencie przekroczenia progu onkologa. Jest przemiłą i fantastyczną młodą lekarką, u której pacjenci spędzają sporo czasu. Wizyty u niej pozwalają mi zrozumieć dlaczego pacjenci (zwłaszcza starsi) tak bardzo kochają rezydentów i mimo, że generalnie to nie lubią lekarzy, to za nami stoją murem.

Niektórzy, przyzwyczajeni do taśmowej obsługi narzekają na to, że muszą czekać na swoją kolej. Nie należę do tych osób. Zrezygnowałem z usług poprzedniej Pani Doktor, po tym jak mnie wkurzyła marudząc, że nie wie czy dożyje do następnej wizyty, bo czuję się strasznie zmęczona. Nienajlepszy żart, wobec osób, które naprawdę mogą nie dożyć do następnej wizyty.

Odliczanie zaczyna się w momencie wyjścia z gabinetu i umówienia terminu na badanie obrazowe. Tutaj zaczynam szczerze współczuć innym chorym i sobie. Pracuje w tym samym szpitalu, w którym byłem pacjentem, co ma swoje plusy. Jak leżałem pod kroplówkami, to kiedy sam je sobie zmieniałem (żeby odciążyć trochę przepracowane pielęgniarki) wyobrażałem sobie, że tak naprawdę tymczasowo pracuje na oddziale onkologii.

To normalne więc, że do rejestracji podchodzę przebrany w strój bojowy lekarza, czyli ze stetoskopem i w fartuchu, a stopy są przyodziane crocsami, dzięki czemu mogę się skradać bezszelestnie. Nie spodziewałem się ciepłego przyjęcia, ale kobieta jest koszmarem:

-czemu pan wybrał ten tomograf?, w szpitalu są jeszcze dwa inne, niech sobie pójdzie i zrobi na tym innym, a nie na tym.

W tym momencie dokonuje szybkiej analizy sytuacji, pani rejestratorka z niewiadomych powodów postanawia mnie upokorzyć, pokazując swoją władzę. Zastanawiam się czy gdybym zbił pięścią oddzielającą nas szybę, to czy wyrzucono by mnie z pracy, czy też dostałbym tylko naganę. Obstawiam to drugie, są braki kadrowe.

Staram się jednak myśleć o niej ze współczuciem i wyrozumiałością, przede mną siedzi sobie na krzesełku biedny, sfrustrowany, nisko opłacany, nieszczęśliwy człowiek, który w ten sposób próbuje się zapewne podbudować. Przypominam sobie wszystkie nauki de Mello, o tym żeby patrzeć na siebie z dystansu i obserwować, by nie przywiązywać się do własnych emocji i myśli, które są tylko wytworem mojej jaźni.

Wiem, że dobre wrażenie zrobiłoby też poproszenie jej o imię i nazwisko i zapisanie go sobie. Oczywiście później nie chciałoby mi się nic z tym robić, ale ludzie tracą inicjatywę, kiedy człowiek każe im się wylegitymować. Czuję narastającą falę gniewu i minimalnie uspokajam się myśląc o tym, że już za godzinę wezmę najcięższego ketla, którego jestem w stanie unieść i będę nim wściekle machać.

-na skierowaniu napisane mam, że mogę w każdym miejscu
-ale nie rozumiem, czemu musi Pan tutaj, powinien pan tam!

To jest jedna z tych sytuacji, w których górę bierze zaskoczenie, zaciekawienie i masochistyczna fascynacja kierunkiem tej rozmowy. Na pewno znacie te absurdalne momenty, kiedy ni z tego ni z owego, ktoś np próbuje Was uderzyć, a Was bawi surrealizm tego co się dzieje.

-proszę mnie zapisać, wszystkie badania wykonywałem na tym tomografie, chciałbym to kontynuować, ponieważ ułatwia to powtarzalność badań.

Nie wiem czemu jestem dla niej miły, wiem, że później nie będę mógł poradzić sobie z wściekłością. Wychodząc z siłowni, czuję się zmęczony, ale ciągle rozdrażniony. Rozpoczyna się odliczanie. Często śmieje się z Koleżankami i Kolegami, że praca w Koperniku liczona jest w psich latach, bo jest tak ciężko.

W tym wypadku jest jeszcze gorzej. Wkrótce pojawią się problemy ze snem, przetrenowane mięśnie będą odmawiać mi posłuszeństwa. Nie boję się śmierci, boję się powrotu na chemioterapię, mimo że dzięki niej dużo się nauczyłem.

W dniu badania próbuje sobie przypomnieć, że w pewnych sytuacjach jedynym zadaniem człowieka jest akceptacja rzeczywistości, stawienie się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie i wytrzymanie chwilowych niedogodności. To nie jest wcale tak dużo.

Po badaniu staram się cierpliwie czekać na opis, obiecuję sobie nie iść do radiologów i nie zawracać im dupy, wiem, że mają bardzo dużo pracy. Nie zawsze mi to wychodzi, w tym momencie jestem już wrakiem człowieka. to jest tryb „dead man walking”. Wszystko to okazuje się być niepotrzebne. Po raz kolejny wyniki są dobre i cały cykl muszę powtórzyć jeszcze tylko 5 razy. Na jakieś 5 miesięcy mogę odetchnąć.

Staram się myśleć o sobie z wyrozumiałością i sympatią. Nie jest najgorzej, konstruktywnie zarządzam swoją złością. Mój przyjaciel twierdzi, że mam po prostu kłopot z odczuwaniem innych negatywnych emocji niż wściekłość, i że w ten sposób odbieram również strach, smutek czy też rozczarowanie. Porozumienie Rezydentów, manifestacje, głodówka, te wszystkie akcje, burzenie muru, cegła po cegle, narzucanie innym ludziom swojej wizji, bronienie swoich pomysłów i wyszarpywanie zmian to wszystko było spowodowane chęcią zagospodarowania mojej wewnętrznej agresji. Skończyły mi się pomysły na toczenie wojny ze sobą i z całym światem i poczułem się zmęczony. Zdałem sobie sprawę z własnych ograniczeń i chciałbym spróbować czegoś nowego, dlatego postanowiłem wypróbować terapii.

Obiektywnie rzecz biorąc bycie pacjentem jest ciężkie, chemioterapia jest trudna, wykonywanie badań kontrolnych to udręka, a stanie w kolejce jest koszmarem. Do tego wszystkiego anestezjologia to jedna z najbardziej depresyjnych specjalizacji, z największym ryzykiem samobójstw pośród lekarzy. Olbrzymim problemem polskiej medycyny jest to, że pozostawiamy zarówno pacjentów, jak i lekarzy samych sobie, nie dając im odpowiedniego wsparcia.

Comments

comments

Grudzień 2013 – Grudzień 2018

tygrys
Grudzień 2013

Minęły dwa miesiące odkąd zakończyłem staż. W listopadzie zarejestrowałem się w urzędzie pracy razem z Koleżankami i Kolegami. Wszyscy potraktowaliśmy to jako pewnego rodzaju doświadczenie formacyjne, takie przygotowanie do życia w społeczeństwie.

Wszystko przez bzdurne przepisy, które nie pozwalają rezydentury rozpocząć od razu po stażu, tylko wymuszają miesięczną przerwę w karierze. W moim przypadku ta przerwa się jeszcze wydłuża, pomimo bardzo dobrego wyniku z Lekarskiego Egzaminu Końcowego dostaje się na anestezjologię w drugim naborze, z tzw odwołania.

To początek problemów, pomimo tego, że wywalczyłem sobie etat, muszę jeszcze znaleźć placówkę, w której będę go odbywać. Bardzo zależy mi na Koperniku, no ale tam jest mało miejsc i dużo chętnych, którzy mają lepszy wynik ode mnie. Jeżdżę więc po całym województwie i szukam dla siebie miejsca pracy. Świetne wrażenie robi na mnie szef i zespół w Bełchatowie, ale przeraża mnie konieczność codziennych dojazdów.

W innym dużym szpitalu, w miejscowości A szef odmawia przyjęcia mnie do pracy. Twierdzi, że przede mną pojawiło się już kilka osób i że za późno przyjechałem i że nie zależy mu na tym, żeby zapełnić wszystkie miejsca szkoleniowe, jakimi dysponuje szpital. Wtedy nie mogę jeszcze wiedzieć tego, że nie będzie to pierwsza, całkowicie irracjonalna odmowa w mojej karierze zawodowej.

Czas mija, zbliżają się święta, moi rodzicie nie mogą zrozumieć, jak to jest, że ciągle tkwię na bezrobociu. Na szczęście jest wyjątkowo ciepło jak na grudzień i jeżdżę sobie rowerem po Łodzi i okolicach, czytam książki, oglądam filmy, nie jest źle bez pracy, tylko brakuje mi pieniędzy. Ciągle są wolne miejsca w Centrum Zdrowia Matki Polki, ale z jakiegoś irracjonalnego powodu podobnie jak większość moich Koleżanek i Kolegów, boję się pracy z dziećmi.

Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że moje możliwości wyboru są ograniczone, pracuje tam mój Kolega, który jest zadowolony. Boję się jednak, że znowu dostanę kosza. Zakładam garnitur i w wigilię jadę prosić szefa o zgodę. Szczęśliwy mogę wrócić do domu na święta i ubierać choinkę już jako człowiek, który zakończył bezrobocie.

Trafiłem w dziesiątkę, ludzie są niezwykle sympatyczni, ciepli i pomocni, dużo się uczę i świetnie się czuję w nowej pracy. Dzieci są bardzo wdzięcznymi pacjentami, a w całym szpitalu panuje rodzinna atmosfera. Spędzę tam fantastyczne 2 lata.

Grudzień 2018
Przepisy dotyczące rezydentury się nie zmieniły i dalej skazuje się młodych ludzi na przymusowe bezrobocie. Deficyt lekarzy narasta. W całym województwie na 23 miejsca jest tylko 13 chętnych na anestezjologię. Każdy, kto potrafi w ręce utrzymać laryngoskop dostanie pracę.

Okazuje się, że ciepłe zimy, to już nie przypadek, a efekt globalnego ocieplenia. Szpital, który odmówił mi przyjęcia oferuje teraz dopłaty do rezydentury, ponieważ nie może znaleźć chętnych. Nie mam do nich o to żalu, że mnie wtedy nie chcieli, tak naprawdę wyświadczyli mi olbrzymią przysługę. Generalnie większość szpitali ma już teraz olbrzymie kłopoty kadrowe. Perspektywy na przyszłość są złe łamane przez pogarszające się.

Te 5 lat to cała epoka, Porozumienie Rezydentów obchodzi 3 urodziny i okazuje się, że mocno wpływa na młodsze Koleżanki i Kolegów. Tyle samo czasu spędzam w szpitalu im Kopernika, któremu równie dużo zawdzięczam. Myślę sobie, że miałem szczęście pracować w fantastycznych zespołach i szkolić się pod okiem niesamowicie zdolnych i oddanych swojej pracy lekarzy.

1 grudnia wracam do Centrum Zdrowia Matki Polki, bogatszy o doświadczenia wyniesione z pracy w Centrum Urazowym, świadomy, że robiłem wszystko co mogłem, by w przyszłości stać się wszechstronnym specjalistą. Zmiana praca to zawsze trudna sprawa, żegnasz się z ludźmi, z którymi przeżyłeś wiele stresujących sytuacji, które was do siebie zbliżyły.

Myślisz sobie z wdzięcznością o Lekarkach i Lekarzach, którzy bezinteresownie i bez żadnego wynagrodzenia poświęcali ci swój czas, szkoliły i tłumaczyły. To jest tak, że jak masz zrobić coś z żółtodziobem, to szybciej zrobisz samemu, a nauka kogoś to strasznie niewdzięczny i frustrujący kawałek chleba.

Będzie mi brakowało wszystkich Wspaniałych Pielęgniarek, na które mogłem liczyć w sytuacjach kryzysowych i które mnie wspierały swoim doświadczeniem. Cieszyłem się zyskując ich zaufanie i wiedząc, że nie boją się ze mną pracować.

Praca w szpitalu opiera się o mrówczą pracę olbrzymiej ilości oósb, o których się zapomina. Ludzi z laboratorium czy serologii i wielu innych działów, których nie poznałeś osobiście, ale zdążyłeś polubić ich głosy. Panie salowe, czy panowie z transportu, na których zawsze mogłeś liczyć i z którymi rozmowy pomagały ci rozładować napięcie.

Comments

comments

Pomyliłem się

może

Źle oceniłem ludzi. Sądziłem, że większość z nich ma mnie po prostu w dupie. To byłoby uczciwe, przecież od protestu głodowego minął już prawie rok, a od akcji wypowiadania opt outów ponad pół roku. W tym czasie udzieliłem raptem kilku wywiadów, nie afiszowałem się specjalnie. Robiłem wszystko co możliwe, żeby być jak najlepszym lekarzem. Ciężko pracowałem, jeździłem sobie na konferencje, kursy, szkolenia. (niestety na własny koszt).
Nie pisałem, ponieważ nie chciałem specjalnie się wychylać ani uzewnętrzniać. Zresztą i tak nie miałem na to ani czasu, ani sił. Praca w centrum urazowym zabierała mi całą masę energii. Nigdy specjalnie się nad tym nie zastanawiałem. nie analizowałem za dobrze swoich motywacji, ani konsekwencji swoich działań. Moim celem była po prostu poprawa sytuacji ochrony zdrowia w Polsce. Kiedy ją trochę poprawiłem, stwierdziłem, że wystarczy i że to jest czas, żeby poświęcić się leczeniu chorych, bo przecież o to walczyłem. (logiczne, prawda?)
Z drugiej strony nie powinienem mieć pretensji do ludzi, że nie rozumieją moich motywacji, jeśli założymy, że jestem osobą, która swoją narrację i wizje świata narzuca innym i w jakiś sposób kształtuje rzeczywistość. W takim wypadku oczywiste będzie to, że będę się wymykać standardowemu postrzeganiu i próba oceny przez pryzmat własnych ambicji i motywacji będzie prowadzić do niepoprawnych i nieprzychylnych mi wniosków. To jest niesłychanie zabawne, bowiem kiedy słyszysz od człowieka A, że pewnie masz ambicje polityczne to zdajesz sobie sprawę, że dla niego to jest ważne. Gdy człowiek B mówi Ci, że masz parcie na szkło i próbujesz zaistnieć, widzisz, że rozpoznawalność i sława stanowi dla niego wartość.
Oczywiście rozpoznawalność i bycie osobą publiczną ma też swoje dobre strony. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wielu działaczy udało mi się osiągnąć wymierne rezultaty i mam poczucie, że byłem dobry w tym co robiłem. Ciągle mam poczucie wpływu na rzeczywistość i prawdopodobnie moja przeszłość dla niektórych ludzi będzie źródłem dyskomfortu i potencjalnego zagrożenia.
W gruncie rzeczy trudno się dziwić, w ciągu 3 lat udało mi się założyć organizację, stworzyć wspaniały i potężny zespół, którym w zasadzie nie musiałem kierować, bo był tak dobry. Dałem tym ludziom pełną swobodę działania i olbrzymie zaufanie i to wszystko doprowadziło do pierwszego od lat wyprowadzenia lekarzy na ulicę, akcji rozmów z politykami, zebraniu 300 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem dotyczącym pensji minimalnych, protestu głodowego czy też dalszego ciągu tego protestu, w postaci akcji ograniczania czasu pracy. Jeśli obecny i przyszły rząd dotrzymają słowa, to będziemy świadkami wzrostu nakładów na ochronę zdrowia.
Jakby na to popatrzeć to być może faktycznie pół roku przerwy od działania (to nie była prawdziwa przerwa, bo byłem niemiły dla ministerstwa za pośrednictwem Onetu) to za mało bym został zapomniany. Nie wiem czemu wymyśliłem sobie taki świat, w którym ja robię swoje, a ludzie postronni się tym nie interesują i nie wzbudza w nich to żadnych emocji. Prawdopodobnie moje postrzeganie rzeczywistości jest tak bardzo odmienne od reszty populacji, że wiele moich naiwnych, idealistycznych przekonań powinno ulec weryfikacji.
Nie wiem nawet do końca czego po tym wszystkim oczekiwałem, być może był to pewien rodzaj zmagań z rzeczywistością, takiego sprawdzianu czy jestem w stanie ją dobrze poznać, zrozumieć, a następnie zmienić. Myślę, że w ostatecznym rozrachunku jesteśmy zakładnikami własnych przekonań, ambicji ale też kształtują nas przypadkowe rozmowy, zasłuchane poglądy. Tak naprawdę to zyskałem dużo więcej niż poświęciłem i cena jaką poniosłem za to wszystko była relatywnie niewielka. Teraz kiedy wiem, że tak naprawdę to co zrobię lub czego nie zrobię nie ma większego wpływu na to, jak będę postrzegany równie dobrze mogę prowadzić tego bloga, skoro sprawia mi to przyjemność.
Bycie osobą publiczną sprawia, że ludzie mają pewne wyobrażenie na twój temat i ono jest albo pozytywne albo negatywne, ale nie biorą pod uwagę tego, że jest to pewna kreacja, którą czasem należy spróbować oddzielić od osoby.

Comments

comments

Dlaczego tyjemy od diet?

francesinia

To tytuł świetnej książki, dosyć mało rozpropagowanej w Polsce. Pisarka postawiła naukowo przeanalizować dlaczego tak ciężko jest schudnąć. Pozornie odpowiedź jest prosta, ludziom brakuje silnej woli i mają paskudne nawyki żywieniowe i nie lubią się ruszać. Od czasu do czasu dokonują jednak heroicznych zrywów. Czemu więc kończą się one niepowodzeniem? Czyżby za mało się starali?
Temat jest mi bliski i znany. Podobnie jak większość populacji, studia zaczynałem jako relatywnie szczupła osoba – 85 kg. Nagle ubrania zaczęły się robić dziwnie ciasne i opięte i coraz trudniej było mi robić zakupy. Podszedłem do sprawy, jak prawdziwy mężczyzna, to jest zacząłem szukać winy na zewnątrz. Założyłem, że rozmiarówki uległy zaniżeniu, a moi bliscy próbują mi dokuczyć komentując mój wygląd. Do tej pory fascynującym zagadnieniem jest dla mnie skłonność ludzi do zwracania uwagi, na to jak wyglądam.
Niestety pomiary nie korespondowały z moim dobrym samopoczuciem. Gdzieś na 3 roku studiów sięgnąłem dna, czyli jakichś 108 kg. Wtedy też rozpoczęła się batalia o powrót do normalności, która w zasadzie trwa do dzisiaj. Razem z chłopakami dokonaliśmy pierwszego zakładu, o to kto schudnie 10 kg w wyznaczonym terminie. W zasadzie udało się to tylko Jankowi, który zawsze był trochę socjopatą.
Utrata wagi jest dramatycznie ciężka dlatego, że organizm robi wszystko by temu przeciwdziałać. Z czasem pojawia się dojmujące uczucie zimna, czy też braku energii związane ze spowolnieniem nadwagi. Ludzkie ciało nie wie, że jest go za dużo i desperacko walczy o zachowanie nabytego poziomu tłuszczu. Te wszystkie mechanizmy powstawały przez miliony lat ewolucji i miały kluczowe znaczenie dla przeżycia w czasach głodu. W okresie dobrobytu są jednak olbrzymim balastem.
Pomimo, że nie osiągnąłem spektakularnych rezultatów to uniknąłem efektu jojo i nie stoczyłem się bardziej. W sumie to powinienem być z siebie dumny, bo schudłem 13 kg i na przestrzeni lat utrzymywałem wagę. Największym problemem jest dla mnie oczywiście dieta, ponieważ jak widać na obrazku, bardzo lubię jeść. Narodowa potrawa Portugalczyków czyli francesinha to jakieś 2000 całkowicie pustych kalorii składających się z sera, mięsa, szynki, jajka i jakiegoś dodatkowego tłuszczu, żeby się szybciej arterie zapychały i chłopaki z naczyniówki mieli robotę i po nocach dzwonili, że jest robota.
Teraz staram się mądrzej jeść, skłaniając w kierunku weganizmu, czemu służy wysyp dobrych knajp w Łodzi. Niestety błędnie oceniłem tego typu restauracje, bo myślałem, że jak nie ma mięsa to będzie za pół darmo, albo to oni będą Ci dopłacać dlatego, że do nich przyszedłeś i z tymi hippisami siedzisz.
Tragicznie złą dietę staram się kompensować dzikim poziomem aktywności fizycznej, czemu służą też kilometry wydeptywane na dyżurach. Po mieście poruszam się w zasadzie tylko rowerem, co w skali miesiąca daje mi jakieś 500 km. Kiedy tylko mogę, gram z chłopakami w piłkę. Staram się robić również treningi biegowe. Największym problemem ze względu na intensywność pracy jest rytm treningów na siłowni. O 2-3 treningach w tygodniu mogę w zasadzie tylko pomarzyć, nie mniej jednak jest to coś do czego dążę i wtedy czuję się spełniony.
Przestawienie termostatu wagowego jest niewiarygodnie trudne i nikt do końca nie wie ile potrzeba na to czasu. Mój termostat wagowy jest ustawiony teraz mniej więcej na poziomie 95 kg i do tego poziomu jestem w stanie teraz z łatwością powrócić. Zejście poniżej jest dla mnie niezwykle traumatycznym doświadczeniem. Zawsze kończy się tak samo, krótkotrwała radość z powodu lepszego wizerunku w lustrze prowadzi do napadów wilczego głodu i ciągłego uczucia zimna. Najgorszym doświadczeniem jest poczucie głodu przy pełnym żołądku, którego doświadczają ludzie, których organizmy pragną przytyć.
To wszystko sprawiło, że w zasadzie sobie już odpuściłem i utrzymuje wagę w przedziale 92-98 kg. Próbuję trochę oszukać wewnętrzny zegar sukcesywnie zwiększając poziom tkanki mięśniowej. Jest to jednak zadanie na lata, ze względu na to, że przyrost mięśni jest bardzo powolny. U ludzi, którzy mają rozwalony rytm dobowy i generalnie mają problemy ze snem i z nadmiarem kortyzolu jest to zadanie prawie niewykonalne.
Te wszystkie banały typu odżywiaj się zdrowo, wysypiaj, nie stresuj, bo będziesz mieć niższy poziom testosteronu są niestety poza moim zasięgiem, choć wkrótce się to wszystko zmieni. Tak naprawdę mam wrażenie, że odchudzanie się jest czymś co pozwala skutecznie radzić sobie z kryzysem egzystencjalnym i jest typem aktywności, po który możemy zawsze sięgnąć kiedy czujemy wewnętrzną pustkę i trochę dryfujemy.
Autorka ma bardzo prostą receptę, po prostu odpuścić i zacząć słuchać wewnętrznego głosu rozsądku, który mówi, co, jak, ile i kiedy jeść. Oczywiście nie zadziała on od razu i trzeba dać mu na to czas. Większość z nas ma z tym problem, bo od dziecka była przekarmiana i zmuszana do jedzenia. Pozwoli to zyskać olbrzymie pokłady życiowej energii, którą będzie można wykorzystać na o wiele ważniejsze rzeczy.
Pomijając przypadki, w których otyłość i nadwaga zagrażają zdrowiu, większości osób lepiej by zrobiła terapia i poprawa poczucia własnej wartości. Nie ma nic smutniejszego, niż ludzie, którzy poprawili swój wygląd i dalej czują się totalnie nieatrakcyjni. Mnie to na szczęście nie dotyczy, pożądliwe spojrzenia kobiet i mężczyzn sprawiają wręcz, że czasem czuję się tak zawstydzony, że wolę zostać w domu. Niemniej jednak dojście do tego stanu świadomości i całkowita akceptacja siebie zajęła mi bardzo dużo czasu. Tego też Wam wszystkim życzę. Możecie też już teraz zostawić wszystkich w tyle i rozpocząć przygotowania do lata.

Comments

comments

Maczeta i motocykle

Długo nie było tekstów, ale o tym dlaczego później. Ten powstał, bo muszę się czymś zająć, by zregenerować się po wczorajszym dyżurze. Paskudna migrena, męczący jetlag wynikający z braku snu mocno zawęża zakres rzeczy, które mogę robić. Mam nadzieję, że czytanie, będzie dla Ciebie równie ciekawe co dla mnie pisanie.

Od ponad roku pracuję w centrum urazowym. Bardzo chciałem wyszkolić się w leczeniu ofiar wypadków, ale intensywność tego szkolenia przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wystarczy kilka dyżurów, a czujesz się jakbyś przepracował 100 lat i przeżył 1000.

Motocykliści:

Tradycyjnie duża grupa pacjentów urazowych w sezonie. Sprawiają, że ze szczerą nienawiścią patrzysz na tych bez dobrego kasku, bez dobrej zbroi. Widząc ich w krótkich spodenkach, myślisz o tym, w jaki sposób asfalt, piach i żwir łączy się z ludzkim organizmem, tworząc wyjątkowo paskudny tatuaż.

Współczuję im, są całkowicie bezbronni podczas kolizji z samochodami. Bardzo często są niewinni, a do tragedii dochodzi w skutek nieuwagi kierowców. Podziwiam konsekwencje motocyklistów.

-Skasowałeś dwa motocykle i drugi raz jesteś w szpitalu, czy będziesz dalej jeździć?
-Na razie nie
-To dobrze, wiesz być może uniwersum chce Ci coś powiedzieć…
-Muszę szybko zarobić na trzeci motor

Niesamowicie zmęczony podczas dyżuru, koncentrując się na tym by zapewnić chorym jak najlepszą opiekę staram się znaleźć jakiś punkt odniesienia. Najlepszy jest taki kontekst kulturowy, który pozwala osadzić Twoje zmagania w szerszej rzeczywistości, w świecie sztuki, literatury. Dzięki temu można zyskać energię i siły do dalszej pracy.

W takich chwilach myślę o Mad Maxie. Producent, scenarzysta i reżyser filmu był australijskim lekarzem pracującym na intensywnej terapii. Napatrzył się na ofiary wypadków, z poświęceniem leczył ciężkie urazy, a w jego głowie powstawał pomysł na świetny film drogi.

Pierwszy Mad Max miał niewielki budżet, ale imponował realizmem. Gangsterów motocyklowych grali gangsterzy motocyklowi. George Miller odkładał pieniądze na film, bez przerwy dyżurując.

Wzbogacony o tak piękne punkty odniesienia, niczym trener na ostatniej odprawie przedmeczowej w szatni, staram się motywować zespół:

-Szybko zoperujemy kolejnego motocyklistę i jak dobrze pójdzie, to już o 5 rano będziemy mogli odpocząć. Czy wiecie, jak powstał Mad Max, najlepszy film akcji wszech czasów? Może za jakiś czas my też będziemy mieć wkład w rozwój światowej kultury?

Machete kills

Dokonała się niepokojąca zmiana w zachowaniu narkomanów – smutnym głosem informuje nas na wykładzie profesor toksykologii. Kiedy zaczynałem pracę zawodową, kiedy byłem małym Misiewiczem i nosiłem teczkę za innym profesorem, ludzie brali narkotyki żeby poszerzać horyzonty, żeby uciec od szarej rzeczywistości, żeby się zrelaksować i rozluźnić, teraz biorą tylko i wyłącznie stymulanty. Chcą być cały czas pobudzeni, naładowani energią. Być może jest to kwestia kulturowa, niemniej jednak fakt, że sięgają po dopalacze, które są o wiele bardziej niebezpieczne niż tradycyjne narkotyki, sprawia, że nasza praca jest coraz trudniejsza. Niestety zawsze pewna część społeczeństwa będzie sięgać po substancje niedozwolone.

Niezwykle pasjonującą częścią pracy lekarza jest możliwej szczerej rozmowy z pacjentami, takiej w której ludzie Ci ufają i są w stanie bez ogródek opowiadać historie: (historię zostały trochę zmienione)

1) rany cięte rąk
Siedzieliśmy i piliśmy, taki dobry wieczór, aż przyszli ONI. Pokłóciliśmy się, ale nie wiem o co. Ucieszyliśmy się, że sobie idą, ale niestety wrócili z nożami. Jeden zdołaliśmy zabrać, drugiego już nie...

2) rany cięte rąk i nóg, późniejszy niedowład ręki ze względu na przecięcie nerwu
Poskładane z relacji różnych osób i poszkodowanego:
Byłem na imprezie, w pewnym momencie postanowiłem wyjść na miasto. Coś tam brałem, oprócz tego piłem alkohol. Po powrocie jakoś tak się śpieszyłem, albo byłem po prostu zły, że nie chciało mi się otwierać szklanych drzwi, tylko przez nie przeszłem.

3) prawie amputowana głowa – niewiarygodne jak można sobie przeciąć szyję, by nie uszkodzić dużych naczyń, dowód na istnienie opatrzności – facet wyszedł bez szwanku

Być może w wieku 70 lat nie powinienem sięgać po piłę motorową, zwłaszcza, że nie robiłem tego od wielu lat, ale poczułem nagłą potrzebę cięcia drewna. Niestety nie wyszło mi to za dobrze.

Jakiś czas temu ukazała się genialna książka „Porąb i Spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”. Przypadek? Nie sądzę.

4) rany cięte nóg

Powiem szczerze, nie wiem za co zostałem pocięty. Coś tam piłem, kogoś tam spotkałem, pewnie odpyskowałem i tak się skończyło.

Co można zrobić?

Często może dojść do konfliktów. Nigdy nie wiadomo, kto jest akurat pod wpływem dopalaczy, kto ma w kieszeni nóż. Napisałem więc wzór wypowiedzi, który może pozwolić Ci uniknąć hospitalizacji, a mi może zaoszczędzić trochę ciężkiej pracy:

Przepraszam wcale nie chciałem się krzywo spojrzeć, to tylko dlatego, że mam zeza. Czy pozwolisz że wesprę Cię finansowo zawartością swojego portfela i użyczę Ci swojego telefonu? Jestem pewien, że zrobisz z nich dobry użytek. Lub: Pozwól, że w ramach przeprosin, za to że niechcący Cię potrąciłem, (tylko dlatego, że jestem taki duży) postawię kolejkę Tobie i Twoim przyjaciołom?

Brzmi frajersko prawda? Kiedyś też tak myślałem, to wszystko co widziałem zmienia jednak punkt widzenia. Szybko dochodzi do złych zdarzeń i jestem pewien, że sprawcy też chcieliby cofnąć czas.

Optyka się potrafi solidnie zmieniać.

Niestety mam prawny obowiązek poinformować Panią o tym, że znieczulenie wiąże się z ryzykiem. Nie lubię tego robić, bo z jednej strony jako dorosły człowiek powinna Pani znać możliwe konsekwencje, z drugiej strony większość pacjentów wcale nie chce słuchać o tym, że coś może pójść nie tak i chce wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Więc tak, to ryzyko nie jest specjalnie duże, mamy wiedzę, pasję, zaangażowanie, umiejętności, wykonywaliśmy te procedury tysiące razy. W porównaniu z tym co robiłem Pani operacja to nie jest specjalnie trudna sprawa. Widzi Pani to jak lot samolotem, przecież wszyscy nimi latamy, ale niestety od czasu do czasu dzieję się coś złego, tak samo jest ze znieczuleniem.

Jakiś czas temu siedząc w samolocie przeklinałem siebie w duchu, myśląc o tym, jak bardzo niedoskonała jest ta przemowa. Wcale nie pomagała mi świadomość, że lot samolotem jest jak znieczulenie.

Znieczulenie jest jak lot w kosmos?

 

 

Comments

comments

Najlepszy chleb w Łodzi

Zjesz w Montagu na Piotrkowskiej. Świetne miejsce. Mała piekarnia, w której można również wypić kawę i zjeść rogalika. Możesz się poczuć jak prawdziwy obywatel dużego miasta, zwłaszcza jeśli podobnie jak ja podjedziesz tam rowerem. Nie ma nic lepszego po ciężkim dyżurze niż zapach pieczonego chleba, kilka stolików, sympatyczna atmosfera. Polecam chleb razowy z czarnuszką. Cena to 10 złotych, ale zapewniam, że warto.

Jem bardzo niewiele pieczywa, głównie dlatego, że większość produktów oferowanych w sklepach nie ma wiele wspólnego z prawdziwym chlebem. Najgorsze są gotowe kanapki oferowane u mnie w pracy, zawierają 200% glutenu i są z jakiegoś takiego dziwnego nadmuchanego, niesmacznego ciasta.

Jak zaczęła się moja miłość do Montagu? Któregoś dnia w dyżurce karetek pojawił się chleb, którym poczęstował mnie kolega. Był zjawiskowo smaczny. Równie dobra była historia.

Młody człowiek miał do zrobienia projekt na wczoraj. Niestety dobił go ten cały ASAP i dedlajn i postanowił się trochę wspomóc pewnymi substancjami. Jak to często bywa, przyśpieszył trochę za bardzo i się przestraszył. Istnieje pewne ryzyko związane z braniem narkotyków, ryzyko tego, że zwyczajnie zrobisz sobie krzywdę, bądź też ciąg myśli przyśpieszy tak bardzo, że wpadniesz w psychozę.

W Wielkiej Brytanii istnieje ponoć charytatywna pomoc o nazwie „Opiekun Tripu”. Jeśli boisz się, że sprawy zaczęły przyjmować niekorzystny obrót, można poprosić o pomoc człowieka, który przyjedzie i dotrzyma towarzystwa, potrzyma za rękę etc, dopóki wszystko nie zostanie zmetabolizowane. U nas tę rolę pełnią zazwyczaj karetki i lekarze na wizytach domowych, a także oddział toksykologii. Niestety uszkodzenia związane z braniem narkotyków są w moim mieście dosyć powszechne. Swoistą statystyczną nadreprezentację mają skoki z wysokości. Łagodniejszą wersją jest coś w rodzaju gry w Prince of Persia w realu, to jest skoki z jednego balkonu na drugi. Byłem, widziałem. Chyba najmniej szkodliwą rzeczą, o której słyszałem w tym kontekście było wyjadanie cytryn z pisuaru w klubie. To wszystko nawet rozumiem, całość wyglądała bardzo ładnie, metalowa rynna wyłożona lodem, a tam pełno świeżych cytrusów. Właściciel klubu bardzo szybko przestał dokładać nowe cytrusy, widać za dużo to kosztowało.

Wróćmy jednak do naszego bohatera. Miał on głowę na karku, więc wezwał pomoc lekarską. Na miejscu mój kolega usłyszał:

„Wziąłem trochę narkotyków żeby poprawić sobie koncentrację, bo mam ważny projekt. Wygląda na to, że trochę za bardzo przyśpieszyłem, w sensie z moimi myślami i potrzebuję pomocy. Mam tu pyszny chleb. Nie, nie wyjdę dopóki nie zjecie po kanapce. Nie dajcie się prosić, zaraz Wam zrobię coś dobrego”

Chłopaki długo się nie zastanawiali, ratownik popatrzył na lekarza, lekarz na ratownika i zjedli, dla dobra pacjenta rzecz jasna. Widzicie sami jaka ofiarna jest polska służba zdrowia, dla pacjenta zrobią wszystko.

„Dobry chleb prawda? Chciałbym Wam coś dać, ale nic nie mam, to weźcie ten oto chleb na drogę i się z nim podzielcie. Wyglądacie na takich chłopaków, co to lubią sobie pojeść”

W ten oto sposób spróbowałem najlepszego chleba w Łodzi.

Comments

comments

Jest w porządku

Damianek_rozowodamian chory

Tekst został zamówiony przez jedną z bliskich mi osób. Zakończyłem leczenie we wrześniu. To nie ma znaczenia. Ważne jest to, że pół roku po wszystkim ludziom zdarza się płakać i teatralnym szeptem pytać „Czy z Damianem jest wszystko w porządku? Doszły mnie słuchy, że nie jest najlepiej. Tak bardzo go lubiłam, czy on będzie żył”?

To byłoby nawet zabawne, gdyby dotykało mnie osobiście, ale dla moich najbliższych może być krępujące. Dlatego też postanowiłem zakończyć ten stan rzeczy poprzez onkologiczny coming out i rozpoczęcie kariery jako onkocelebryta. Kolejne badania wykazały, że wszystko jest w porządku, dla świętego spokoju postanowiłem też rozszerzyć tomografię o PET.
Niestety w miarę upływu czasu mój zapał do dzielenia się jakimikolwiek informacjami zmniejszył się. Z drugiej strony mam świadomość, że dla osób dotkniętych chorób, czy też dla ich najbliższych kluczową rzeczą wydaje się być nadzieja. Świadomość tego, że można przezwyciężyć wszystkie trudności, że nie należy się poddawać. Nic w tym nie pomaga tak bardzo jak pozytywne przykłady.
Z tego powodu wrzucam dwa zdjęcia dla porównania. Jak widać z powrotem udało mi się wyhodować włosy, w bonusie dostałem nawet trochę brody. Dzisiaj będzie więc tylko pozytywnie. Żeby jednak trochę ponarzekać, to powiem, że z brodą jest trochę problemów, bo trzeba mistrza od brody rezerwować z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a sam nie umiem jej przycinać.
Od zakończenia leczenia zredukowałem masę ciała ze 105 kg do około 100 kg i jestem na dobrej drodze. Sam proces leczenia wiązał się dla mnie z dużymi niespodziankami. Czuję się teraz dobrze, praktycznie wróciłem do formy sprzed operacji. Miałem dużo szczęścia, że nie rozcinano mi klatki piersiowej, nie drutowano mostka, lecz zastosowano wideotorakoskopie. To dosyć nowoczesna metoda i bardzo korzystna dla pacjentów, która najogólniej mówiąc jest odpowiednikiem laparoskopii, tylko że wykonywanym wyżej. Dzięki temu szybko wróciłem do siebie poza zabiegu.
Generalnie pomagał mi fakt, że byłem dosyć mocno zajęty. Otrzymałem bardzo wiele wsparcia od mojej wspaniałej dziewczyny, rodziny, czy przyjaciół. Podczas pobytu w szpitalu Dominik siedział u mnie praktycznie codziennie.
Bardzo mocno moją uwagę zaprzątała chęć podszkolenia się w Fifę. Miałem dobre warunki do tego, jednoosobowa sala i telewizor, XBOXa przynosiłem z domu. Poza tym dużo czasu zajmowały mi rozmowy z dziennikarzami, udzielanie wywiadów etc. Generalnie dobrze jest być celebrytą, to pomaga. Nawiązałem dzięki temu wiele serdecznych relacji, które utrzymuje do dzisiaj.
Starania o poprawę losu lekarzy to zadanie na pełen etat, dzięki któremu nie miałem kiedy myśleć o chorobie. Poza tym niewiele osób podczas uzupełniającej chemioterapii zorganizowało dwie manifestacje. Wymyślałem sobie też różne głupie aktywności. Regularnie chodziłem się opalać, dopóki nie zauważyła tego moja Pani Onkolog (pozdrawiam Cię serdecznie ;)) i mi zabroniła, bo ponoć nie można. Na chemioterapię dojeżdżałem rowerem. Próbowałem też ćwiczyć na siłowni, ale smuciła mnie świadomość, że moje mięśnie zamiast rosnąć po prostu umierają i że ta aktywność nie ma sensu.
Tak czy owak na to też dostałem zakaz, w momencie w którym okazało się, że liczba moich białek krwinek spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu i musiałem zrobić tydzień przerwy od chemioterapii na regeneracje. Musiałem też regularnie szprycować się czynnikami wzrostu, co akurat było zabawne, bo czułem się jakbym się przygotowywał do olimpiady. Mniej wesołe było to, że pod wpływem tego lekarstwa fizycznie czułem gdzie produkowany jest szpik kostny. Bolały mnie plecy. Poza tym zaczęły mi się wyrzynać ósemki, co mi trochę próbowało przemodelować zgryz, ale uspokoił mnie dentysta mówiąc, że mam tak dużą diastemę, że nie muszę się obawiać, bo mam sporą rezerwę.
Oczywiście miałem problem z żyłami, bo chemioterapia jest jak płynący w naczyniach napalm. Z czasem było ich coraz mniej, pojawiło się też wędrujące zapalenie żył (jest naprawdę wędrujące), ale na to cudownym remedium była sauna. Żałowałem, że nie założyłem sobie portu donaczyniowego, co polecam wszystkim chorym i ich rodzinom. Sam nawet takie porty zakładałem ludziom i bardzo lubię to robić.
Zimno mi też było w głowię, jak nie masz włosów to nagle się okazuje, że strasznie wieje i że dużo ciepła się w ten sposób traci. Z drugiej strony przez długi czas nie musiałem się golić i to było sporą oszczędnością czasu. Byłby to plus gdyby nie to, że miałem aż za dużo czasu.
Wykorzystałem całkowicie limit 182 dni zwolnienia. Żałowałem, że nie dano mi więcej czasu na odpoczynek i regeneracje. Zwłaszcza tego dobrego czasu, od odebrania wyników, które mówiły że wszystko jest w porządku, a powrotem do aktywności zawodowej. Nie chciałem jednak stawać przed jakąś tam komisją i prosić o zasiłek, nie lubię papierów.
Zastanawiałem się nad tym ile rzeczy zapomniałem, jak bardzo będę musiał sobie wszystko przypominać. Nawet po tak długiej przerwie, gdy stajesz za głową pacjenta i do ręki dostajesz laryngoskop, to już wiesz, że wszystko będzie dobrze.
Mam wyostrzony węch, co jest wadą, bo czuję, że powietrze śmierdzi, a z drugiej strony wydaje mi się, że niektóre rzeczy potrafię wywąchać. Ponoć niektóre psy potrafią wyczuć zapach chorób i boję się, że idę w tym kierunku, w każdym razie ćwiczę swoje umiejętności.
To by było na tyle, jak będę miał ochotę to jeszcze coś tam napiszę w tym temacie, ale kwestia jest taka, że to czego naprawdę chcesz w trudnych momentach to powrót do normalności. W szpitalu myślałem o tym, że jeśli wychodząc do domu nie potrafisz się cieszyć, to jest to trochę bez sensu. Z drugiej strony leczyłem się w tym samym szpitalu co pracuje, przychodziłem więc do tego samego miejsca co zwykle. Przy odrobinie starania mogłem wyobrazić sobie, że wcale nie jestem tu pacjentem.

We just livin’ in the moment, making our past, losin’ our grasp through the grand parade

Comments

comments