Archiwa kategorii: Życie Damiana

Jest w porządku

Damianek_rozowodamian chory

Tekst został zamówiony przez jedną z bliskich mi osób. Zakończyłem leczenie we wrześniu. To nie ma znaczenia. Ważne jest to, że pół roku po wszystkim ludziom zdarza się płakać i teatralnym szeptem pytać „Czy z Damianem jest wszystko w porządku? Doszły mnie słuchy, że nie jest najlepiej. Tak bardzo go lubiłam, czy on będzie żył”?

To byłoby nawet zabawne, gdyby dotykało mnie osobiście, ale dla moich najbliższych może być krępujące. Dlatego też postanowiłem zakończyć ten stan rzeczy poprzez onkologiczny coming out i rozpoczęcie kariery jako onkocelebryta. Kolejne badania wykazały, że wszystko jest w porządku, dla świętego spokoju postanowiłem też rozszerzyć tomografię o PET.
Niestety w miarę upływu czasu mój zapał do dzielenia się jakimikolwiek informacjami zmniejszył się. Z drugiej strony mam świadomość, że dla osób dotkniętych chorób, czy też dla ich najbliższych kluczową rzeczą wydaje się być nadzieja. Świadomość tego, że można przezwyciężyć wszystkie trudności, że nie należy się poddawać. Nic w tym nie pomaga tak bardzo jak pozytywne przykłady.
Z tego powodu wrzucam dwa zdjęcia dla porównania. Jak widać z powrotem udało mi się wyhodować włosy, w bonusie dostałem nawet trochę brody. Dzisiaj będzie więc tylko pozytywnie. Żeby jednak trochę ponarzekać, to powiem, że z brodą jest trochę problemów, bo trzeba mistrza od brody rezerwować z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a sam nie umiem jej przycinać.
Od zakończenia leczenia zredukowałem masę ciała ze 105 kg do około 100 kg i jestem na dobrej drodze. Sam proces leczenia wiązał się dla mnie z dużymi niespodziankami. Czuję się teraz dobrze, praktycznie wróciłem do formy sprzed operacji. Miałem dużo szczęścia, że nie rozcinano mi klatki piersiowej, nie drutowano mostka, lecz zastosowano wideotorakoskopie. To dosyć nowoczesna metoda i bardzo korzystna dla pacjentów, która najogólniej mówiąc jest odpowiednikiem laparoskopii, tylko że wykonywanym wyżej. Dzięki temu szybko wróciłem do siebie poza zabiegu.
Generalnie pomagał mi fakt, że byłem dosyć mocno zajęty. Otrzymałem bardzo wiele wsparcia od mojej wspaniałej dziewczyny, rodziny, czy przyjaciół. Podczas pobytu w szpitalu Dominik siedział u mnie praktycznie codziennie.
Bardzo mocno moją uwagę zaprzątała chęć podszkolenia się w Fifę. Miałem dobre warunki do tego, jednoosobowa sala i telewizor, XBOXa przynosiłem z domu. Poza tym dużo czasu zajmowały mi rozmowy z dziennikarzami, udzielanie wywiadów etc. Generalnie dobrze jest być celebrytą, to pomaga. Nawiązałem dzięki temu wiele serdecznych relacji, które utrzymuje do dzisiaj.
Starania o poprawę losu lekarzy to zadanie na pełen etat, dzięki któremu nie miałem kiedy myśleć o chorobie. Poza tym niewiele osób podczas uzupełniającej chemioterapii zorganizowało dwie manifestacje. Wymyślałem sobie też różne głupie aktywności. Regularnie chodziłem się opalać, dopóki nie zauważyła tego moja Pani Onkolog (pozdrawiam Cię serdecznie ;)) i mi zabroniła, bo ponoć nie można. Na chemioterapię dojeżdżałem rowerem. Próbowałem też ćwiczyć na siłowni, ale smuciła mnie świadomość, że moje mięśnie zamiast rosnąć po prostu umierają i że ta aktywność nie ma sensu.
Tak czy owak na to też dostałem zakaz, w momencie w którym okazało się, że liczba moich białek krwinek spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu i musiałem zrobić tydzień przerwy od chemioterapii na regeneracje. Musiałem też regularnie szprycować się czynnikami wzrostu, co akurat było zabawne, bo czułem się jakbym się przygotowywał do olimpiady. Mniej wesołe było to, że pod wpływem tego lekarstwa fizycznie czułem gdzie produkowany jest szpik kostny. Bolały mnie plecy. Poza tym zaczęły mi się wyrzynać ósemki, co mi trochę próbowało przemodelować zgryz, ale uspokoił mnie dentysta mówiąc, że mam tak dużą diastemę, że nie muszę się obawiać, bo mam sporą rezerwę.
Oczywiście miałem problem z żyłami, bo chemioterapia jest jak płynący w naczyniach napalm. Z czasem było ich coraz mniej, pojawiło się też wędrujące zapalenie żył (jest naprawdę wędrujące), ale na to cudownym remedium była sauna. Żałowałem, że nie założyłem sobie portu donaczyniowego, co polecam wszystkim chorym i ich rodzinom. Sam nawet takie porty zakładałem ludziom i bardzo lubię to robić.
Zimno mi też było w głowię, jak nie masz włosów to nagle się okazuje, że strasznie wieje i że dużo ciepła się w ten sposób traci. Z drugiej strony przez długi czas nie musiałem się golić i to było sporą oszczędnością czasu. Byłby to plus gdyby nie to, że miałem aż za dużo czasu.
Wykorzystałem całkowicie limit 182 dni zwolnienia. Żałowałem, że nie dano mi więcej czasu na odpoczynek i regeneracje. Zwłaszcza tego dobrego czasu, od odebrania wyników, które mówiły że wszystko jest w porządku, a powrotem do aktywności zawodowej. Nie chciałem jednak stawać przed jakąś tam komisją i prosić o zasiłek, nie lubię papierów.
Zastanawiałem się nad tym ile rzeczy zapomniałem, jak bardzo będę musiał sobie wszystko przypominać. Nawet po tak długiej przerwie, gdy stajesz za głową pacjenta i do ręki dostajesz laryngoskop, to już wiesz, że wszystko będzie dobrze.
Mam wyostrzony węch, co jest wadą, bo czuję, że powietrze śmierdzi, a z drugiej strony wydaje mi się, że niektóre rzeczy potrafię wywąchać. Ponoć niektóre psy potrafią wyczuć zapach chorób i boję się, że idę w tym kierunku, w każdym razie ćwiczę swoje umiejętności.
To by było na tyle, jak będę miał ochotę to jeszcze coś tam napiszę w tym temacie, ale kwestia jest taka, że to czego naprawdę chcesz w trudnych momentach to powrót do normalności. W szpitalu myślałem o tym, że jeśli wychodząc do domu nie potrafisz się cieszyć, to jest to trochę bez sensu. Z drugiej strony leczyłem się w tym samym szpitalu co pracuje, przychodziłem więc do tego samego miejsca co zwykle. Przy odrobinie starania mogłem wyobrazić sobie, że wcale nie jestem tu pacjentem.

We just livin’ in the moment, making our past, losin’ our grasp through the grand parade

Proszę o udostępnianie treści:

Gołębie, wiewiórki i lód

Damian_rowerTo najwięksi wrogowie rowerzysty zimą. Dwie pierwsze kategorie to całoroczni wrogowie. Zwłaszcza gołębie, które mają duże skłonności samobójcze i zwyczajnie nie chcą latać. Chcą zostać rozjechane. Pamiętam, jak źle się czułem, kiedy potrąciłem kurę jadąc rowerem (winne było jej niezdecydowanie i to, że w ostatniej chwili zmieniła trajektorię). Niechęć do krzywdzenia istot opóźnia moją podróż o cenne sekundy. Największe skupiska gołębi są u mnie na osiedlu (dużo starych ludzi) i na Alei Politechniki (dużo studentów). Obie te grupy dzielą z gołębiami zamiłowanie do suchego, starego chleba (ech to studenckie życie, jak to fajnie że młodzi ludzie są biedni, prawda?,  czemu Ci emeryci tak zrzędzą? )

Wiewiórki są małe, zwinne i pojawiają się znikąd. To nie są te inteligentne stworzenia, które oswojone przez portiera w szpitalu na Spornej przychodzą po orzechy. Upierdliwe ADHD, które również szuka śmierci pod kołami. Przeciwny biegun ekstremum niż gołębie, tak szybkie, że zdają się poruszać bez celu. Występują w parkach.

Lód – najmniejsza przeszkoda. Łagodne zimy, ocieplenie klimatu. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że drogi rowerowe i chodniki w Łodzi są świetnie utrzymane. Dużo bardziej ślisko jest na ulicach. ( W Łodzi masa krytyczna została zawieszona i strach przed jej powrotem jest silnym bodźcem dla służb drogowych). Z lodem spotykam się więc hobbystycznie, kiedy czuję się bardziej znużony życiem niż zwykle i potrzebuję wyzwań. Podobnie jak wiewiórki znajduję go na polach i w parku. Po lodzie da się jechać, ale wymaga to pewnej koncentracji. Na razie zdołałem już zaliczyć jeden upadek, ale nie poddaje się.

Zimno, wiatr, deszcz i śnieg nie są istotnymi problemami. Jeśli to prawda, że jesteśmy owocem milionów lat ewolucji, albo też zostaliśmy stworzeni tacy doskonali, (co kto woli), to chyba jesteśmy w stanie wytrzymać pewne niedogodności. Zresztą bardziej marznę, podczas skrobania szyb, czy wsiadania do zimnego auta. Problemem jest również spacer z parkingu do szpitala, gdyż autem nie da się podjechać pod same drzwi (chciałoby się prawda?). Poza tym uważam, że zwierzęta poruszają się na pieszo, a człowiekowi to nie przystoi.

Prawdziwym wrogiem rowerzystów jest sygnalizacja świetlna, do której w ramach protestu podchodzę mocno liberalnie. (Spotyka się to z krytyką bojowników rowerowych. To są Ci sami, że jak im samochodem trochę zastawisz ścieżkę rowerową, to specjalnie zahamują, żeby uderzać ręką o maskę samochodu. Kiedyś jednego doprowadziłem do frustracji, bo po prostu za nim jechałem, przez co usłyszałem, że nie mogę korzystać z jego tunelu areodynamicznego). Sygnalizacja świetlna jest tak ustawiona, żebyś wiedział, że na pieszo to chodzą zwierzęta, a rowerami poruszają się lewaki. Znam cykle świateł i wiem, że jadąc z prędkością 25km/h od fit fabric 1 do Mickiewicza akurat załapię się na 10 sekundowe okienko, żeby wjechać do parku. W przeciwnym wypadku 5 minut czekania na światłach, spóźnienie na odprawę lub płacz, bo tego dnia wyjątkowo zabieg miał zacząć się punktualnie.

Dlaczego jeżdżę rowerem do pracy? Bo tego potrzebuje, niczym Al Pacino w Gorączce muszę utrzymać pewien poziom napięcia, żeby normalnie funkcjonować. Poranne stanie w korku mi tego nie umożliwia.

Zdjęcie zostało zrobione w Radiu Łódź. Piosenka w temacie – tutaj.

Proszę o udostępnianie treści:

Cross fit

na bloga

Przepraszam za długą przerwę w niepisaniu, działo się dużo rzeczy do których jeszcze nie zdołałem się dobrze odnieść i wystarczająco zdystansować, żeby móc w sposób właściwy opisać. Obawiam się, że straciłem dyscyplinę pisarską, więc przygotujcie się dzisiaj na dużo dygresji.

Mówiąc w skrócie, po około pół rocznym zwolnieniu lekarskim niebawem wracam do pracy i czuję się coraz lepiej. Jedyne co mi doskwiera to niewielkie objawy związane z przejściowym uszkodzeniem nerwów obwodowych. Na szczęście nie jest to najbardziej dokuczliwa dolegliwość na świecie, przestałem wykonywać gesty przypominające liczenie pieniędzy, nie czuję już rano takich szpileczek. Nie czerpię już dziwnej przyjemności wynikającej z pocierania stopami o coś szorstkiego (najlepszy był surowy beton). Potrafię rozegrać coraz więcej meczy w Fifę bez konieczności wykonywania przerwy (drętwieją mi ręce, tak że przez jakiś czas nie mogę ich wyprostować). Pracuję manualnie, więc muszę mieć pewność, że wszystko już jest w porządku i dlatego jeszcze czekam z powrotem do pracy. Dużo satysfakcji daje wykonywanie pracy rękoma, fajnie było też jak ludzie zastanawiali się jak tymi wielkimi łapami intubowałem noworodki. Odpowiedź jest prosta – przy pomocy narzędzi.

Od wpisu pod tytułem powrót do formy minęło prawie półtora miesiąca i wiem, że to nie był zmarnowany czas. Nigdy nie byłem tak słaby, zdałem sobie sprawę z tego czym prawdopodobnie jest starość, to taka sytuacja w której twoje ciało nie chce robić tego, czego życzy sobie umysł. Na szczęście to był odwracalny stan. Biegałem w śmiesznym tempie, robiłem co chwilę przerwy, ale nie poddawałem się, aż w końcu zacząłem osiągać przyzwoite rezultaty.

Sterydy i związany z nimi przyrost wagi zrobił swoje. Wbrew stereotypom podczas leczenia przytyłem, co koniec końców nie było najgorszą rzeczą na świecie, zresztą i tak było to kilka kilogramów mniej niż mentalna granica, którą sobie postawiłem. Niestety innym ludziom prawdopodobnie umknęło to, że w przerwach między zorganizowaniem trzech manifestacji, wizytą w Dzień Dobry TVN i wieloma spotkaniami, to generalnie walczyłem o życie i spędziłem prawie miesiąc leżąc pod kroplówkami. Nie udało im się również skojarzyć tak subtelnych objawów jak utrata włosów na głowie, a w końcowym etapie utrata brwi i rzęs. Ot taka ekstrawagancja. Nikt nie zastanawiał się, czemu nagle polubiłem czapki. Napiszę kiedyś więcej na ten temat.

Zaczynam myśleć, że we współczesnym świecie bycie grubym to coś bardziej stygmatyzującego niż AIDS. Część znajomych wyrażała po prostu zaskoczenie moim obecnym wyglądem i to było w porządku, ale część chyba postanowiła wykorzystać okazję do podbudowania się. Dobrym przykładem był mój kolega, z którym nie widziałem się od roku:

„Elo
Jak tam twoja aktywność fizyczna
Bo na fotach trochę się spasłeś”

Ehh, to wszystko potwierdza to o czym pisała jedna z moich ulubionych blogerek: Dziewczyny przestańcie być dla siebie takimi pizdamiTytuł jest trochę mylący, bo przecież jak widać chłopaki też potrafią być dla siebie niemili. Żeby było jasno, nie wymagam od ludzi żadnego wsparcia, nie potrzebuję go, jestem na prostej drodze do spełnienia jednej z moich ambicji, to jest bycia najtwardszym człowiekiem na ziemi. Wystarczy mi tylko, że nie będą mi wchodzić w drogę i nie będą próbowali ugrać czegoś dla siebie moim kosztem.

Niestety prawdopodobnie prowadzić to będzie do jeszcze większego ograniczenia kontaktów społecznych. Moment, w którym dostrzegasz w co bawią się inni ludzie, sprawia, że tracisz ochotę na kontakty z nimi. To jest tak, że takie sytuacje, o ile są sporadyczne nie są nawet rejestrowane, człowiek przynajmniej trochę odporny psychicznie jest w stanie sobie poradzić. Problem pojawia się wtedy, kiedy takie zachowania stają się nagminne, zbyt częste, wtedy ludzie nie rozumieją czemu reagujesz bardzo dużą agresją na niewinne ich zdaniem uwagi, które wynikają z domniemanej troski.

Oczywiście dobrze jest też nie dawać im powodów do tego, żeby mogli się do ciebie dowalić, bo nie da się zrezygnować całkowicie z aktywności społecznej. Kiedyś rozmawiałem o tym z kolegą, który zrobił dużo dobrego dla lokalnej społeczności i jest aktywnym politykiem:

Najlepiej jak nic ci nie wychodzi i tylko narzekasz, im mniej masz pieniędzy i sukcesów tym lepiej, wszyscy będą cie uwielbiać.

Tyle tytułem wstępu, teraz będzie już tylko konkretnie. Pewnie niepotrzebnie o tym wszystkim piszę, skoro tak czy owak jest to sytuacja przejściowa, bo niedługo znowu będę piękny i młody, niech no tylko odrosną mi włosy na głowie ;).

W ciągu półtora miesiąca schudłem około 2 kg, co jest rewelacyjnym wynikiem biorąc pod uwagę to, że jeszcze nie wprowadziłem diety i nie rozpocząłem regularnych dojazdów do pracy rowerem lub biegając. Poza tym na początku rozpoczęcia treningów waga często idzie do góry, ze względu na przyrost masy mięśniowej. Restrykcje żywieniowe będą wprowadzane z czasem, niejako naturalnie, bo zostaną one wymuszone przez rytm treningowy. Konieczność zachowania przerwy między treningiem, a posiłkiem w naturalny sposób wymusza pewną organizację. Poza tym jak poświęcasz naprawdę dużo czasu na wysiłek fizyczny, to nie chcesz tego psuć przez niewłaściwe żywienie. Coraz bardziej skłaniam się ku diecie pudełkowej, niestety pensja rezydencka w zasadzie ledwo pokrywa koszt takiego cateringu z dowozem dla dwóch osób.

Wczoraj byłem na pierwszym treningu cross fitu od ponad pół roku i cieszę się czując przyjemne zakwasy we wszystkich mięśniach. Już zapomniałem jak przyjemny to stan i muszę się hamować, żeby nie wejść w rytm treningowy zbyt intensywnie. Poszedłem na trening o obiecującej nazwie wprowadzenie do cross fitu/technika, ale dla mnie to było jak wprowadzenie do piekła. Ćwiczyłem niedaleko drzwi, żeby w razie czego karetka miała blisko żeby podjechać. Cieszyłem się, że przez kilka godzin przed treningiem nic nie zjadłem, bo w przeciwnym wypadku byłoby naprawdę źle.

Uwielbiam te treningi, głównie dlatego, że bardzo wiele im zawdzięczam. Mam świetnych trenerów, którzy walczą z takim drewnem jak ja i są w stanie pokonać mój brak koordynacji. Potrafią rozebrać trudne i skomplikowane ćwiczenia rozbić na czynniki pierwsze, pokazując mi poszczególne etapy. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę robił takie cuda jak np. double unders. Mój trener też się tego nie spodziewał, niemniej jednak w końcu zaczęło wychodzić. Stałem się lepszym graczem w piłkę nożną (tę prawdziwą) i byłem pod wrażeniem rzeczy, które umiem zrobić.

Regularna walka z własnymi słabościami, nauczyła mnie wytrwałości. Łatwo nie było, po pierwszym treningu przez całą noc wymiotowałem. Mój przyjaciel Dawid śmiał się ze mnie, kiedy mówiłem mu o przypadkach rabdomiolizy (gwałtowny rozpad mięśni) powiązanej z cross fitem, lecz ja wierzę w to, że jest to możliwe. Nie jest to niestety łatwy trening dla początkujących. Przez większość czasu oszukiwałem i dalej oszukuje, zawyżając liczbę powtórzeń jakie robię, żeby trenerom nie było przykro, że jestem aż tak słaby. Na początku bez cienia skrępowania walczyłem z dziewczynami o lekkie ciężarki. Najsłabszy na treningu, miałem świadomość, że jeśli chodzi o populację lekarską to jestem jedną z bardziej sprawnych fizycznie osób.

Tłumaczyłem, że ponieważ wiele ćwiczeń wykonuje się z ciężarem własnego ciała, to ja ćwiczę o wiele ciężej niż inni. Poza tym robię wszystko wolniej, bo jestem większy, jak robimy padnij, powstań to dłużej lecę na ziemię (większa wysokość), poza tym na synapsach są opóźnienia, a nawet zakłócenia.

Odnośnie zaś wspomnianych ciężarków to pokochałem kulturystykę, choć nie są to łatwe ćwiczenia. Podoba mi się to, że dzięki temu lepiej jestem w stanie czuć własne ciało, co wydaje mi się bardzo potrzebne w pracy zawodowej. Wykonywanie nowych ćwiczeń pozwala na tworzenie nowych połączeń mózgowych, zwiększa pewien rodzaj inteligencji.

Wkrótce będę na tyle sprawny, że będę w stanie robić pompki stojąc na rękach. Moim największym marzeniem jest jednak to, żeby pojeździć z dziewczynami na deskorolce. Zdjęcie tytułowe zostało zrobione wieki temu i przedstawia mnie podczas jednego z meczów rugby 7, jak widać nogi były zrobione ;).
Proszę o udostępnianie treści:

Powrót do formy

forma

Kiedy byłem w lepszej kondycji, miałem na brzuchu sześciopak. Niestety znikał za każdym razem, kiedy zdejmowałem klubową koszulkę z wyrysowanymi mięśniami. W swojej najlepszej formie potrafiłem przebiec 17 km w 1,5h. Oto dowód. Było to oczywiście zanim powstało Porozumienie Rezydentów, trochę ponad rok temu. Wściekły na wszystko tak bardzo, że po takim biegu ciągle odczuwałem złość. Składało się na to wiele czynników. Miało to swoje dobre strony, biegałem coraz szybciej i szybciej, ćwiczyłem coraz mocniej i mocniej. Działalność w Porozumieniu Rezydentów w pewnym sensie pomogła, teraz już nie czuję frustracji związanej z rzeczywistością. Jest jak jest, ale zrobiłem wszystko co było możliwe, żeby to zmienić. Muszę akceptować, że mam ograniczony wpływ na rzeczywistość.

Bardzo lubię aktywność fizyczną i w zasadzie codziennie staram się uprawiać sport. Szacowałem, że standardowo byłem w stanie spalać około 15 000 kcal miesięcznie. Przy bardziej aktywnych miesiącach wartość ta dochodziła do 20 000 kcal. Sądzę, że są to dosyć wiarygodne szacunki. Wartości podawane przez Endomondo są o wiele zawyżone i należy brać poprawkę, że organizm szybko adaptuje się do codziennych aktywności wykonywanych przy stałym tętnie, jak np jazda rowerem do pracy. Czasem żeby się lepiej poczuć, jako rodzaj treningu wybierałem bieg na orientację, przy którym kalorie lecą jak głupie, w tempie dwu lub trzykrotnie szybszym niż przy zwykłym joggingu. Podobnie cały dzień spędzony na rowerze według Endomondo pozwalał na spalenie kilku tysięcy kcal.

Niestety Porozumienie Rezydentów ograniczyło czas, jaki mogłem poświęcić na sport. Czasem trzeba było zrezygnować z treningów. Miało to swoje konsekwencje, na szczęście niezbyt dotkliwe,  w ciągu pół roku waga wzrosła z 92 kg do 98 kg. Przy wzroście wynoszącym 190 cm ciągle jeszcze było to dla mnie akceptowalne. Obowiązków związanych z działalnością społeczną nie ubywało, zaś dodatkowo czynniki zdrowotne wykluczyły mnie ze sportu na kilka miesięcy.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Oczywiście nie ograniczyłem ilości spożywanego jedzenia i nie zmieniłem też jakości. 15 000 kcal to ilość jaka jest potrzebna, żeby spalić dwa kilogramy tłuszczu. Wiadomo było więc, że waga będzie iść w górę. Ustanowiłem nowy rekord dochodząc do 106 kg, lecz pocieszające jest to, że nie zdołałem jeszcze przekroczyć 110 kg.

Na szczęście niebawem będę mógł rozpocząć powolny powrót do formy. To o czym marzę, to dać sobie maksymalnie w kość, dojść do granicy własnej wytrzymałości i przekroczyć ją. Tak jak wtedy, kiedy w ciągu jednego dnia przejechałem rowerem Słowację.

Nie jestem w stanie zrozumieć tego, jak ludzie mogą funkcjonować bez sportu i bez wysiłku fizycznego. Moje własne priorytety są dla mnie pewnym zaskoczeniem, wysportowana sylwetka wydaje się być ważniejsza niż zarabianie pieniędzy na dyżurach.  Powrót do „ludzkiej” wagi wydaje się być dla mnie teraz kwestią kluczową. Nie lubię chodzić w opiętych ubraniach. Ciekaw jestem też tego, czy uda mi się tym razem wprowadzić jakąś sensowną dietę. Dotychczas brzydziłem się liczenia kalorii i rozwiązaniem za każdym razem wydawało mi się zwiększanie wysiłku fizycznego. Oczywiście znam minusy takiego podejścia, wiem, że można dojść w ten sposób do ściany. Bieganie do pracy wydawało się jednak być cudownym rozwiązaniem.

Razem z Maćkiem – moim przyjacielem neurochirurgiem wierzyłem i cały czas wierzę w to, że pizza na cienkim cieście to swoisty super food. Stworzyliśmy teorię wedle której ma ona ujemny bilans energetyczny, to znaczy, że w przeciwieństwie do normalnego jedzenia, kalorie te nie dodają się lecz odejmują. Warunek jest jeden, trzeba jeść szybko i powinno się popijać piwem. Niestety dotychczasowe rezultaty badań jakie prowadzimy z wielkim zapałem i czasem rozszerzając o dodatkowych badaczy wydają się nie potwierdzać naszych założeń. Pomimo tego nie zniechęcamy się i kontynuujemy eksperyment.

Próbuję to wszystko sobie w ten sposób wytłumaczyć, że mam teraz okres roztrenowania, po którym przyjdzie czas na ciężką pracę. Staram się pamiętać, że we współczesnym sporcie, czy to zawodowym czy amatorskim największym problemem jest intensywność treningu. Problemem dla ambitnych ludzi nie jest to, że ćwiczą za mało, lecz że robią to zbyt często. Znalezienie równowagi wydaje się być kluczowe, przetrenowanie sprawia, że tracimy efektu treningu. Związany z tym wysoki poziom hormonu stresu – kortyzolu sprzyja budowie tkanki tłuszczowej i rozkładowi mięśni. Zdarzyło mi się zresztą już raz mieć objawy podobne do grypy wynikające z przetrenowania się. To nic dobrego, przez kilka dni ledwo byłem w stanie się ruszyć.

Posiadanie tej całej wiedzy to jedno. Wykorzystanie jej w praktyce to drugie. Jeśli jednak chcesz być jak Rocky Balboa, to nie ma drogi na skróty. Potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość i motywacja. Wszystko to zapowiada się na fascynującą przygodę. Być może pojawią się jakieś fotorelacje z postępów jakie będę robić. Najpiękniejsze są początki, bo wtedy efekty są niemal natychmiastowe. Nie mogę doczekać się ponownego spędzania czasu z trenerami na siłowni i ich satysfakcji wynikającej z tego, że po raz kolejny udało mi się pokonać własne ograniczenia.

Proszę o udostępnianie treści:

Początki Porozumienia Rezydentów – spotkanie z prof. Zembalą

Manifestacja, źródło: Polityka Zdrowotna

Manifestacja była wielkim sukcesem, ale nie łatwo było do niej doprowadzić. Początki były trudne, ale też bardzo zabawne. Z perspektywy czasu dostrzegam swoją olbrzymią naiwność, ale też idealizm. Może te cechy są niezbędne do kruszenia głową betonu?

Nie miałem ochoty zakładać żadnej organizacji, odczuwałem głęboką niechęć towarzyszącą wszelkim strukturom. Być może dlatego bardzo się staram żeby Porozumienie Rezydentów było inne, żeby każdy mógł maksymalnie wykorzystać swój potencjał i kreatywność bez oglądania się na regulaminy i statuty.

Po prostu chciałem coś zmienić, odczuwałem dyskomfort związany z sytuacją lekarzy w Polsce. To się nasilało, zwłaszcza, że prawie wszyscy moi znajomi to lekarze i wyglądało na to, że liczne problemy to nasze wspólne doświadczenie pokoleniowe. Nie wiedziałem tylko jak się do tego zabrać i zastanawiałem się nad tym, dlaczego nikt inny tego nie zrobił.

Bezpośrednim bodźcem była wizyta profesora Zembali w moim byłym miejscu pracy. Napisałem krótki list zawierający najważniejsze problemy, kupiłem ładną teczkę i poprosiłem o zgodę na udział w spotkaniu. Naiwnie wymyśliłem sobie, że nikt nie wie jaka jest sytuacja młodych lekarzy, że jak ją przedstawię, to wszystko szybko się zmieni. Teraz już wiem, że to myślenie w stylu „Stalin jest dobry, ale urzędnicy wypaczają jego wizję, gdyby tylko wiedział, to by pomógł”. Większość społeczeństwa i mediów nie orientowała się w naszej sytuacji, lecz rząd wiedział, że jedynym warunkiem funkcjonowania ochrony zdrowia są niewolnicze stawki za pracę. Dodatkowego smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że znacząca część mojego środowiska zamienia biały fartuch na mównicę sejmową.

Profesor Zembala przyjechał, a z nim tabuny dziennikarzy. Niestety była tu uroczystość w starym stylu. Podziękowaniom, gratulacjom, ukłonom, uśmiechom, uściskom ręki nie było końca. Nie wiem czy pamiętacie jeszcze szkolne uroczystości w podstawówce. To było kilka razy dłuższe i o wiele gorsze.

Cierpiałem, uwięziony przez wiele godzin w pierwszym rzędzie, w drewnianej ławce przypominającej to co jest w kościele, z tym na nogi do klęczenia. Wypatrywałem chwili przerwy, w której będę mógł podejść i po prostu wręczyć teczkę. Przez moment profesor Zembala szedł w moim kierunku, jeszcze trzy kroki, dwa, jeden… byłem jak sprężyna, gotowy do szybkiego wstania i wręczenia teczki, ale… zawrócił.

Czas mijał i wykruszali się kolejni profesorowie. Rozczarowani:

szpitale dziecięce mają tyle problemów, a ja słucham o grubych dzieciach, dopalaczach i o podziękowaniach dla harcerzy. Wiem, że to ważne problemy, ale co to ma do funkcjonowania Instytutu?

Opóźnienie rosło, narastała ciemność na zewnątrz, a wraz z nią mój stres. Czy to wszystko na marne? Nagle skończyło się, zaczęły się ponowne uściski ręki, ruszyłem w kierunku mównicy, zręcznie przepychając się między ważnymi ludźmi. Zestresowany coś wydukałem w kierunku profesora:

yyy, jestem młodym lekarzem, yyy mam taki list

Zobaczyłem konsternację, już byłem blisko, już wizualizowałem sobie, że oddaje teczkę, której ciężar rósł z minuty na minutę, po czym zostałem wyminięty z niebywałą gracją, a wcześniej usłyszałem:

nie teraz

Orszak ruszył do sali na konferencję prasową. Błąkałem się załamany po foyer pełnym olbrzymich roślin niczym z Parku Jurajskiego. Nie chciałem się jeszcze poddawać. Zastanawiałem się nad czekaniem przy drzwiach samochodu. Na plus trzeba im oddać tanie państwo, cztery osoby przyjechały kilkuletnią Skodą.

Wydawało mi się to jednak głupie, więc zdecydowałem się na jeszcze głupszy ruch. Postanowiłem czekać przy drzwiach wyjściowych, tak żeby je trochę zastawić niczym Rejtan. Warunki fizyczne są moim atutem (teraz nawet jeszcze większym, bo waga urosła), trudno jest udawać, że się mnie nie dostrzega. Ilekroć obserwowałem takie desperackie próby pośród ludzi, to dostarczało mi to olbrzymią porcję radości. Minister Zembala nie miał szans, szedł w moim kierunku, pozostało tylko czekać…

Nasze spojrzenia skrzyżowały się, Profesor pomimo zmęczenia, uśmiechnął się do mnie, wziął teczkę, powiedział, że jest zbudowany moją postawą i że na pewno do mnie zadzwoni. Tego samego wieczora nagrał się na moją pocztę głosową, mówiąc że to co napisałem, ma sens i że na pewno trzeba się spotkać, powołać jakiś zespół do spraw młodych lekarzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Filip Dąbrowski i Komisja Młodych Lekarzy Naczelnej Rady Lekarskiej (wiem, długa nazwa) bezskutecznie walczyła z betonem, od długiego, długiego czasu. Krótkie rządy ministra Zembali rozbudziły jednak nadzieję na zmiany.

Następnego dnia po odprawie w radosnej atmosferze odsłuchaliśmy nagranie w pokoju lekarskim. Tego samego dnia do mojej poprzedniej ksywki w pracy „most perspective”, dołączyła nowa „minister”. Czas mijał, a do spotkania nie dochodziło. Od czasu do czasu wymieniałem jakieś smsy z Panem Ministrem, ale wszystko co dobre, szybko się kończy, nadchodziły wybory.

Szanowny Panie Ministrze rozumiem, że jest Pan bardzo zajęty, spotkanie nie jest konieczne, w piśmie jakie przekazałem zawarte są nasze postulaty, jeśli spełnienie ich będzie zbyt trudne organizacyjnie to proszę po prostu dać nam podwyżki, bo one są bardzo potrzebne.

Trzeba wiedzieć, że profesor Zembala jest bardzo władczym, silnym i charyzmatycznym człowiekiem. Taka też była odpowiedź. Na szczęście nie mogliśmy się zgrać czasowo i było to kolejne nagranie na skrzynkę głosową. Usłyszałem, że jestem bezczelny i że powinienem się wstydzić, że tak po prostu proszę o pieniądze i że asystenci pana profesora jak piszą granty to zarabiają nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Tak skończyła się moja przygoda z ministrem Zembalą, którego oceniam bardzo pozytywnie. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zdołał zmienić wieloletnią zasadę zarządzania opieką zdrowotną przez PO, żadnych podwyżek w ochronie zdrowia. Wzrost wynagrodzenia dla pielęgniarek nie spełnił ich oczekiwań i był za niski, lecz poczynił pierwszy wyłom w systemie i dał szanse i nadzieję innym grupom zawodowym na walkę.

Były minister powiedział mi jeszcze ciekawą rzecz:

Pana autentyczność uwiarygadnia Pana, to wszystko wydaje się być szczere.

Pełen gniewu i determinacji czułem olbrzymi stres związany z kolejnymi spotkaniami. Dopiero zdobywałem niezbędne doświadczenie i pewną ogładę, która pozwala rozmawiać z ważnymi ludźmi jak równy z równym. Starałem się pamiętać o słowach profesora Zembali i po prostu być sobą. Czas pokazał, że było to najlepsze co mogłem zrobić.

Tytułowe zdjęcie pochodzi z manifestacji, która odbyła się 18 czerwca i zgromadziła ponad 10 000 lekarzy, (według niektórych źródeł mniej). Za udostępnienie dziękuję portalowi Polityka Zdrowotna.

Proszę o udostępnianie treści:

Walcz o swoje!

samolot

Co zrobić, kiedy ktoś nie chce zapłacić za wykonaną pracę? O tym jak bardzo potrzebna jest to wiedza przypomniała mi lektura bloga Facet i Kuchnia. Polecam zwłaszcza wymianę komentarzy autora z przeuroczym Panem Ireneuszem:

http://www.facetikuchnia.com.pl/index.php/asunto-nie-placi/

Wymówki Pana Ireneusza: 

a) kradzież samochodu, kilkukrotnie podkreślając fakt, że był drogi i wyjątkowy

b) zakończenie roku szkolnego córki w gimnazjum

c) pilne spotkania w urzędzie skarbowym

Wszystkie dobre uczynki zostaną ukarane

Znajomi ratownicy szukali lekarza do transportu medycznego, ponieważ firma na co dzień zajmuje się tylko przewozami bez doktora. Nie miałem na to wielkiej ochoty, ale pomyślałem, że pomogę kolegom ratownikom zarobić.

Poza tym atrakcyjność tej oferty polegała na tym, że miałem odebrać pacjenta z lotniska i przewieźć do szpitala. Powiedzmy, że nazywał się Pan Marek. W Szwecji jego stan zdrowia pogorszył się na tyle, że musiał spędzić trzy tygodnie na oddziale intensywnej terapii.

Na zdjęciu widać jak małym samolotem przyleciał Pan Marek. (wymazałem dane firmy z samolotu, bo oni byli w porządku).  Opiekująca się nim młoda pani doktor nie mogła liczyć na pomoc pielęgniarki, czy też ratownika. Była zdana tylko na siebie. Odważnie ja bym chyba się nie podjął tego. Na szczęście podróż odbyła się praktycznie bez problemów, podczas wznoszenia się pacjentowi spadło trochę utlenowanie krwi, ale kilka oddechów przez maskę tlenową rozwiązało problem.

Ubezpieczyciel Pana Marka ze względu na wysokie koszta hospitalizacji w Szwecji postanowił sprowadzić go do Polski, by leczenie dokończył w naszym szpitalu. Trzeba przyznać, że wszystko było zrobione profesjonalnie, mój pacjent był w bardzo dobrym stanie, można było z nim porozmawiać i wszystkiego się dowiedzieć.

Cała podróż w obie strony trwała cztery godziny. Na miejscu wzruszona rodzina powitała powrót marnotrawnego syna, ojca, męża i zapewne głównego żywiciela. Moja usługa miała kosztować 50 złotych brutto za godzinę i to była najlepsza stawka, jaką mi kiedykolwiek zaproponowano. W dobrym nastroju rozstałem się z załogą i z szefem firmy, który prowadził karetkę.

Problemy zaczęły się, kiedy przypomniałem sobie, że minęło dużo czasu, a ja ciągle nie mam pieniędzy (właściciel deklarował, że szybko dostanę je na konto). Uznałem, że ponieważ czynię taką trochę grzecznościową usługę, taką jednorazową fuchę, to należy mi się priorytetowe traktowanie czyli zapłata w terminie. Zaniepokojony zapytałem o termin wykonania przelewu. Wtedy zaczęło się tango.

Już robię przelew, powinien być dzisiaj na koncie

Po tygodniu:

Wykonanie przelewu przekazane do księgowości

 Po dłuższym czasie:

Właśnie zrobiłem przelew, mogę wysłać potwierdzenie

To ostatnie kłamstwo było najgłupsze i najbardziej krótkodystansowe. Wtedy zrozumiałem, że mam do czynienia z profesjonalistą w dziedzinie oszukiwania. Taki talent jest owocem ciężkiej pracy, praktyki i doświadczenia, a nie improwizacji. Wkurzyłem się. Mogę zrozumieć, że właściciel nie ma pieniędzy, mogę czekać nawet kilka miesięcy na wypłatę zysku z dodatkowej pracy. Wiem, bo wielokrotnie mi się to zdarzało. Dla mnie ważne jest to, że pracodawca jest szczery i że mogę mu zaufać, w zupełności wystarcza mi poniższa autentyczna odpowiedź:

Czy Doktor myśli, że mam maszynkę do robienia pieniędzy? Jak będę miał, to od razu zapłacę:

Zaniepokojony zapytałem kolegę, czemu nagrał mi lewą robotę. Odpowiedział mi, że wszędzie czeka się na pieniądze i że zawsze prędzej czy później wypłata jest na koncie. Nie przekonało mnie to, nikt mnie o tym nie poinformował. (stary jak to czytasz, to pamiętaj, że nie mam pretensji, tak czy owak warto było się z Tobą przejechać, skąd mogłeś wiedzieć).

Na kursie z radzenia sobie z sytuacjami konfliktowymi nauczyłem się genialnej rzeczy. Najłatwiej to opisać na przykładzie. Mamy stłuczkę samochodową i wina ewidentnie jest po mojej stronie. Wychodzi facet, zaczyna krzyczeć i mnie obraża. Wtedy mówię mu, że owszem wina jest po mojej stronie, ale nie ma prawa podnosić na mnie głosu i mnie obrażać. Mogę też opowiedzieć o emocjach, które we mnie to wywołuje. Jest to tak dobra zabawa, że obecnie trochę żałuję, że praktycznie nie mam sytuacji konfliktowych. To pozwala zyskać przewagę w kłótni, sprzeczka jest jak szermierka, akcja, reakcja, krzyczysz na kogoś, po czym dajesz mu chwilę przerwy, żeby odpowiedział.

Burząc schemat wprowadzasz przeciwnika w osłupienie i przejmujesz kontrolę. To jest też swoiste dawanie szansy drugiej osobie, jeśli ona z niej nie skorzysta, nie uszanuje mojej dobrej woli, to mogę zareagować maksymalnie agresywnie. Całość wymaga pewności siebie i na początku wydaje się być trudna i abstrakcyjna, ale to naprawdę działa.

Kiedy Pan tak na mnie krzyczy i mnie obraża, to jest mi bardzo przykro i czuję się z tym bardzo niekomfortowo, dlatego proszę przestać. Wina jest po mojej stronie, ale to nie daje Panu prawa do takiej reakcji.

Tego samego spróbowałem z szefem firmy. Nie pomogło, ale przynajmniej dobrze się bawiłem:

Szanowny Panie, jest mi bardzo przykro ze względu na to, że jestem oszukiwany, proszę mnie w ten sposób nie traktować, ponieważ wywołuje to we mnie głęboką frustrację i powoduje utratę wiary w ludzkość, za którą jest Pan odpowiedzialny.

Odczekałem trochę, ale następny ruch był oczywisty:

Informuje Pana, że oprócz umowy dysponuję dokumentacją fotograficzną z tego wyjazdu. Ujawnię Pana dane osobowe i dane osobowe Pana firmy i poinformuję wszystkich znajomych dziennikarzy o tym, że jest Pan oszustem. Ponadto zawiadomię również Urząd Skarbowy i Państwową Inspekcję Pracy. W każdym możliwym medium społecznościowym będę informował o tym, że nie płacicie w terminie. Dalsze rozmowy będzie Pan prowadził z moim prawnikiem. Proszę się wkrótce spodziewać wezwania do zapłaty i wizyty komornika.

Godzinę później pieniądze miałem na koncie. Oczywiście było to o trzydzieści złotych mniej niż powinno być, ale machnąłem na to ręką. Jeśli macie do czynienia z potencjalnym oszustem musicie działać szybko i warto pamiętać o tym, że jest on osobą doświadczoną w swoim fachu. Możecie kopiować powyższą formułkę. Reguła działania jest taka sama jak w sporcie:

w jak najkrótszym czasie maksymalna agresja.

Adrian Zandberg z partii Razem ma rację mówiąc, że część firm w Polsce powinna upaść, bo kreują one tylko złe miejsca pracy, opierają się na taniej sile roboczej i nie mają żadnego potencjału na rozwój. Z pewnością należą do nich przedsiębiorstwa, które zwyczajnie żerują na pracownikach. Można przypuszczać, że czerpią one dodatkowy zysk wynikający z obracania nieswoimi pieniędzmi. Piękno historii polega na tym, że nic tak nie ośmiesza młodego, pełnego sukcesu przedsiębiorcy, za jakiego chciał uchodzić, jak fakt, że zwleka z wypłatą 200 złotych. W Polsce dyskusja na ten temat jest trudna, ponieważ odpowiedzią jest zawsze:

jeśli Ci się nie podoba, to sam zausz firmę!!!

Proszę o udostępnianie treści:

Wszyscy chcą pisać, czy będzie komu czytać?

Po dwóch latach chodzenia wokół tematu, pora ruszyć. Chciałem za dobrze, marzył mi się piękny blog, z imponującą szatą graficzną, taki który jest od początku do końca imponujący. Nie miałem szczęścia, zleciłem pracę kilku osobom i każda z nich po przyjęciu zlecenia znikała bez wieści. Przypadek? Nie sądzę! Podejrzewam spisek innych wpływowych blogerów.
Ponoć samodzielna nauka nie jest specjalnie trudna, ale mi kwestie techniczne sprawiają olbrzymie trudności, poza tym nie mogę już się doczekać tego co najbardziej lubię, czyli pisania. Plan jest taki, że codziennie będę poświęcał trochę czasu na szlifowanie formatu, a do tego czasu będzie tu trochę ascetycznie, to znaczy słowa, zdania, przemyślenia. Trochę staromodnie, media społecznościowe przemodelowały nasze mózgi, sprawiając że jesteśmy zdolni do koncentracji tylko podziwiając koty.

Być może za jakiś czas blog zyska popularność, a ja zyskam kontakty do ludzi, którzy mi pomogą i tym razem nie znikną bez wieści. Jak tylko takowe osoby znajdę, to zatrudniam agencję ochroniarską.
Trudno mi było wystartować, bo trudno jest zacząć działania, które nie mają konkretnego terminu. Wydaję się, że ciągle mamy czas. Zmienić swoje życie, schudnąć, zacząć podróżować, poprawić relacje. Sekretem realizacji tego wszystkiego jest po prostu zacząć, wstajesz i idziesz biegać, nie czekasz do jutra, nie snujesz planów.
Oczywiście pytanie jest też takie, czy te wszystkie marzenia są tak naprawdę nasze, skąd one wzięły się w naszych głowach? Czemu chcemy śnić czyjeś pragnienia? Bo tak jest na reklamach?

Osobną kwestią jest również „chodzenie wokół zadań”. Zanim ruszyło Porozumienie Rezydentów przez kilka miesięcy myślałem nad tym wszystkim, czytałem, zastanawiałem się. Dobrze się bawiłem, szedłem biegać i mówiłem sobie w myślach „musisz być twardy, pewnego dnia będziesz przywódcą”. Jeśli jesteście w stanie krytycznie podchodzić do własnej osobowości i tego co produkuje Wasz umysł, to będziecie mieli dużo radości. Nie był to czas stracony, zaczynając miałem już gotową wizję. Mogłem to zrobić o kilka miesięcy wcześniej, ale wykonanie jednego telefonu i odbycie kilkuminutowej rozmowy to przecież nie jest zadanie, na które zajęty człowiek znajdzie czas DZISIAJ.

Mam nadzieję, że podobnie będzie z tym blogiem, to znaczy, że czas jaki spędziłem na chodzenie wokół niego nie będzie czasem straconym. Łatwo nie będzie, życie jest niesprawiedliwe, na 10 blogerów przypada 3 czytelników, niedługo ten model biznesowy może się odwrócić i ludzie będą dostawać pieniądze za śledzenie cudzych przemyśleń. Czego Wam wszystkim życzę!

Proszę o udostępnianie treści: