Archiwa kategorii: Społeczeństwo

Hejterzy

Do napisania tekstu zachęciła mnie moja dziewczyna, która jest niezrównaną pomocą zarówno jeśli chodzi o bloga, jak i Porozumienie Rezydentów. Praca nad własnym ego jest bolesnym zadaniem, ale wiem że tylko w ten sposób można stworzyć coś wartościowego.

Kasia twierdzi, że ludzie lubią czytać o różnych typach osobowości, o ludzkich wadach, bo się z nimi nie identyfikują. Są przekonani, że sprawa dotyczy kogo innego.

Po roku działalności publicznej wiem już bardzo dużo na temat różnych rodzajów hejtu. Napisałem setki postów, które następnie kasowałem, albo przenosiłem do notatnika. Wiem, że pewnych wojen nie da się wygrać. Nie warto nawet próbować. Formuła działania Porozumienia Rezydentów czyni mnie szczególnie podatnym na krytykę. Najgorzej było na początku. Teraz wydaje mi się, że hejterom się znudziło i sobie poszli. W jaki sposób ich skategoryzowac? (Tekst dotyczy nie tylko hejterów internetowych)

Lakoniczni nihiliści

Zraziłem się do bezpośrednich spotkań z ludźmi. Wygłaszałem piękne przemowy. Pełne pasji jak Jerry Maguire. Co słyszałem?

-nie uda się

-no ok, ale coś więcej?

-nie uda się, szkoda gadać

Ważni ludzie

Osoby, które mają odpowiednie priorytety. Spotkanie młodych lekarzy, proponuję rozmowę o problemach środowiska. Czuję się jak osoba, która mówi o tolerancji na zlocie narodowców. Zniecierpliwienie, po chwili „musimy zrobić wszystko żeby tegoroczny festiwal nalewek był sukcesem”

Ojczyzna polszczyzna

Najbardziej oklepani. „Damian jako szef tej grupy dbaj proszę o gramatykę i o formę, jak to wygląda? Szanujmy się!!!” Osobiście najbardziej lubię fonetyczną pisownię i czekam aż uprościmy te wszystkie krzaczki, które utrudniają pisanie na telefonie. Zasad przestrzegam, bo nie chce mi się słuchać tego pieprzenia.

Mentorzy

Nikt nie wskaże Ci tyłu możliwości dotyczących rozwoju kariery, co Twoi wrogowie. Miło mi, że ludzie widzą mnie w polityce. Utalentowani w tworzeniu paranoicznych konstrukcji. Jestem miłośnikiem Partii Razem, który dla niepoznaki rozmawia z Rydzykiem, albo odwrotnie.

-Damian nie jest człowiekiem Rydzyka, spotkał się z Razem

-Trudno żeby fan Razem nie spotkał się ze swoją ukochaną partią!!!

-Nie sądzisz, że to trochę nietypowe zachowanie jak na fana partii Razem iść do Radia Maryja?

-To tylko dowodzi jak bardzo się sprzedał wszystkim po kolei, jakie ma parcie na szkło i że nie zamyka sobie żadnej ścieżki kariery.

-Ok nie mam argumentów

Hasło mówiące, że pluralizm nas uwiarygadnia nie ma tu zastosowania. Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie. W każdym razie miło, że ludzie za mnie angażują się w spory.

Na moich plecach

Próbuje się wybić szubrawiec. To nie jest ważne, że ludzie sami nic nie zrobili, ważne jest to że nie mogą pozwolić się wykorzystać, oszukać. Wiadomo, że Damian ma złe intencje, bo ja bym właśnie takie miał. Lansuje się chujek w tym garniaku i głupio uśmiecha.

Tvn Biznes

Macie świadomość tego, że walka o podwyżki nie ma sensu, bo to zje inflacja? Pomińmy fakt, że jeśli chodzi o samych rezydentów to nie ma możliwości, żeby grupa 15 000 osób miała wpływ na gospodarkę. Nawet grupa 500 000 nie będzie miała dużego, jeśli program 500 plus nie spowodował wzrostu inflacji.

Okolicznościowy bunt

Nie do przewidzenia. Osoba, która zaczyna jest niczym kiepski facet, który podrywa dziewczyny hurtowo. Próbuje nieustannie przy pomocy głupich tekstów i prędzej czy później uda mu się nawiązać konwersacje.

„Nie możemy porównywać się do innych zawodów”

„Średnia krajowa to nie jest żaden wyznacznik”

Jak sobie z tym radzić?

Należy po prostu robić swoje. Świadomość mechanizmów ułatwia sprawę. Zamiłowanie do absurdu bardzo pomaga. Zdarzało mi się prosić ludzi żeby tłumaczyli mi przysłowia, albo mówili swoimi słowami jak rozumieją pewne mądrości ludowe. Hitem była dla mnie poważna dyskusja na temat tego co znaczy wyrażenie „perły przed wieprze”

Proszę o udostępnianie treści:

Spotkanie z Ojcem Rydzykiem

spotkanie z ojcem

Przy okazji porządkowania archiwum Porozumienia Rezydentów natrafiłem na taką perełkę. W jaki sposób doszło do spotkania, które wywarło bardzo duży wpływ na nasza działalność?

Poczyniliśmy pewne założenia.  Po pierwsze chcieliśmy wszystko zrobić inaczej niż do tej pory. Zależało nam na totalnym dialogu, na próbie osiągnięcia celu poprzez merytoryczne przygotowanie, otwieranie się na jak największą liczbę środowisk. Oczywiście, że najprościej jest rozmawiać z tymi, którzy się z nami zgadzają, trudniej zaryzykować się i wyjść do ludzi, którzy są nam nie znani.

Nasza najbardziej spektakularna akcja, to jest adopcja posłów, była przejawem praktycznego podejścia do rzeczywistości. Zostało to później bardzo docenione. Poparcie opozycji, chociaż potrzebne nie może prowadzić do wprowadzenia zmian. Opozycja dochodząc do władzy często zapomina o tym, o co walczyła. Chcieliśmy porozumieć się w rządzącą partią, przekonać ją do wprowadzenia zmian w życie, mówić jej językiem, przemawiać do jej elektoratu. Oczywiście było to trudniejsze niż uzyskanie poparcia mediów nastawionych raczej opozycyjnie.

Zaczęliśmy więc szukać możliwości dotarcia do ludzi decyzyjnych poprzez kanały informacyjne, które są dla nich istotne, a dla nas były totalnie nieznane. Nasz Dziennik, Gazeta Polska, wszędzie tam spotkaliśmy się z bardzo dobrym przyjęciem, problemy zostały opisane merytorycznie i fachowo. Podjęliśmy starania o możliwość wystąpienia w Radiu Maryja i Tv Trwam. Nie jest to najłatwiejsza rzecz. Potrzebowaliśmy polecenia zaufanej osoby. Podobnie jak my nie znaliśmy toruńskiego środowiska, podobnie oni nie znali nas.

W końcu nadszedł ten dzień. W czwórkę spotkaliśmy się w dużym budynku nagraniowym. Po chwili podjechał Ojciec Grzegorz Moj, który miał dzisiaj z nami rozmawiać. (osoby prowadzące Rozmowy Niedokończone zmieniają się). Nie przypominał standardowego zakonnika, energiczny, ze słuchawką w uchu, przez którą cały czas prowadził rozmowy. Krótka rozmowa przed wejściem na antenie dała nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z przygotowanym rozmówcą.

Wydawało mi się wtedy, że jako przewodniczący powinienem brać na siebie jak najwięcej. Podobnie jak w amerykańskiej armii oficer pierwszy biegnie z plecakiem, stąd wzięło się wyśmiewane przez znajomych „pozwoli Ojciec, że ja zacznę”. Nie czułem specjalnego stresu, w studiu był jeden telewizor, który pokazywał nam co widzą ludzie przed telewizorami. Jak się później dowiedziałem, to nie było bardzo dokładne urządzenie, stąd czasem kamera pokazywała jak bujałem się na boki.

W teorii niewiele osób ogląda Tv Trwam, w praktyce duża część rodziny i znajomych z uśmiechem odnotowywała „o Damianek w telewizji” i następnie szybko przekazywała te informacje dalej. Czułem pewien dyskomfort, bo wydawało mi się, że jestem za długi, nie wiedziałem co zrobić z nogami, jako postawę ciała przybrać. Na szczęście Ojciec Moj starał się nam pomagać, nie przerywał, naprowadzał, nie atakował, był bardzo przyjazny.

W późniejszym czasie miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Ojcem Mojem. Najbardziej utkwił mi w pamięci ten fragment, kiedy rozmawialiśmy przez telefon i słyszałem jak przekonuje swoich kolegów z redakcji, żeby nagrali jakiś materiał o nas.

– To są młodzi lekarze, walczą o to, w co wierzą. Trzeba im pomóc, my też walczymy o różne rzeczy i dlatego powinniśmy to rozumieć.
-No nie wiem, nie znam ich…
-Im naprawdę warto pomóc…

Wszystkie media i redakcje działają w bardzo zbliżony sposób. Bardzo istotny jest czynnik ludzki, to jest osobiste przekonania osoby, która danego dnia ma np dyżur. To jest odpowiedź na to, dlaczego nie wszystkie nasze materiały są wysyłane dalej. My wykonaliśmy tytaniczną pracę polegającą na rozmawianiu z dziennikarzami, tłumaczeniu im na czym polega nasza sytuacja. To wszystko przyniosło efekty, teraz już jest o wiele, wiele łatwiej.

W studiu starałem się dawać szansę swoim koleżankom i kolegom, ale średnio mi to wychodziło. Spotkało się to oczywiście z łagodnymi drwinami ze strony Ojca Moja w przerwie pomiędzy nagraniem w telewizji, a nagraniem w radiu. Poza tym wolny czas przeznaczyliśmy na rozmowę i wspólny posiłek. Nic wystawnego, zwykła zapiekanka, ale bardzo smaczna. Dowiedzieliśmy się jak wygląda zarządzanie tym wszystkim od kuchni. Dużo pracy, mało czasu na sen, trochę tak jak u nas.
Wszystko odbywało się w bardzo sympatycznej, rodzinnej atmosferze, Ojciec Moj tłumaczył to w ten sposób, że jesteśmy gośćmi i że on też chciałby nas jak najlepiej poznać.

Opowiadał o swojej codzienności, która sprowadzała się do tego, że jednoosobowo pełnił rolę kierownika produkcji. Dużo, dużo, żmudnej pracy, jak jeżdżenie po Polsce i znajdowanie miejsc na maszty przekaźnikowe, nocne rozmowy z kierowcami ciężarówek na antenie radia, praca nad samym sobą. Poza tym olbrzymie poczucie misji, co pozwala zrozumieć czemu Radio Maryja ma najlepszy zasięg w Polsce. Po prostu ma silnie zmotywowanych pracowników.

Duży nacisk Ojciec Moj kładł też na coraz modniejszy patriotyzm gospodarczy. Niektóre spostrzeżenia były ciekawe, jak choćby to, że powszechnie stawiane w Polsce wiatraki nie dają nam za dużo korzyści, produkowane w Niemczech, na niemieckich patentach nie rozwijają naszej gospodarki.

Po przerwie udaliśmy się do radiowego studia. Tam było już o wiele luźniej, w radiu czuję się swobodniej. W czasie rozmowy na kartkach pisaliśmy sobie różne rzeczy, w przerwie wymienialiśmy się opiniami. Mogliśmy nawet posłuchać świetnej piosenki w wykonaniu Jadzi Zareckiej:

Czas szybko leciał, ludzie dzwonili do studia, staraliśmy się jak najgrzeczniej im odpowiadać. Pamiętam jak bardzo byłem zmęczony przed rozpoczęciem nagrania, cały dzień w pracy, szybka podróż do studia. Adrenalina robiła jednak swoje, ale przede wszystkim pomagało nam to, że czuliśmy się swobodnie, byliśmy szczerzy i autentyczni.

Zresztą sami zobaczcie, jak wypadliśmy. Zbieraliśmy się już do wyjścia, kiedy to nagle pojawił się Ojciec Rydzyk i zaprosił nas na krótką rozmowę. Od pewnego czasu ze względu na wiek Ojciec Rydzyk nie prowadzi już Rozmów Niedokończonych, które są jego oczkiem w głowie. Niemniej jednak cały czas bacznie śledzi przebieg rozmów. Powiedział, że przekonaliśmy go do siebie i że chętnie z nami chwilę porozmawia.

W gabinecie chwilę pobawiliśmy się modelem maybacha leżącym na biurku. Jaki jest Ojciec Rydzyk w bezpośrednim kontakcie? Sprawiał wrażenie pewnej siebie, inteligentnej osoby, która w pewien sposób bawi się swoim wizerunkiem, ale też ma pewną skłonność do autoironii, czego dowodzi trzymanie wspomnianej zabawki. Generalnie to ani w radiu, ani w telewizji nie widać było przepychu, wszystko urządzone było skromnie i chyba oszczędzali na ogrzewaniu, bo trochę zmarzłem. Ojciec Rydzyk pokazywał nam zgromadzone przez wiele, wiele lat rozmaite relikwie. Zadeklarował pomoc dla nas, stwierdził że nie podoba mu się to jak działa ochrona zdrowia w Polsce.

Dotrzymał słowa, poprosił polityków PISu o spotkania z nami i o pomoc dla nas. Później kilka razy dzwonił do mnie przez telefon i pytał się, czy mamy jakieś widoki na poprawę sytuacji. (nie znaczy to jednak, że mam nr telefonu do szefa toruńskich mediów, numery były zastrzeżone). Stał się naszym najbardziej nieoczekiwanym sojusznikiem. Z czasem dzięki ciężkiej pracy zyskaliśmy poparcie praktycznie wszystkich środowisk. Wtedy nie wiedzieliśmy jednak, że uda nam się przekonać tak wielu ludzi, że należy zmienić naszą sytuację.

Jaka była cena poparcia? Stosunkowo niewysoka, Ojciec Rydzyk zapytał nas czy przypadkiem nie jesteśmy lewakami, bo nie darzy szacunkiem tej ideologii. Następnego dnia po nagraniu o godzinie 9 rano Ministerstwo Zdrowia wydało pierwszy komunikat w naszej sprawie. Po raz pierwszy rządzący zaczynali rozumieć, że powinni traktować nas poważnie, choć tak naprawdę uświadomili to sobie dopiero po manifestacji. Teraz od czasu do czasu rozmawiam z agencją informacyjną Radia Maryja, podobnie jak dzieje się to z innymi stacjami.

Kiedy w zeszłym miesiącu spotkaliśmy się z Partią Razem to zasugerowałem Adrianowi Zandbergowi podjęcie starań o wizytę w Toruniu. Zostało to odebrane jako dobry żart, niemniej jednak mówiłem poważnie. Młodzi, ideowi, sympatyczni ludzie na pewno zrobiliby dobre wrażenie i pokazali, że możliwy jest dialog, który wydaje się być ekstremalny.

Nam udało się pokazać przez ostatni rok, że nic nie jest dla nas niemożliwe i że jesteśmy w stanie porozmawiać z każdym niezależnie od naszych własnych przekonań. W toku pracy nad Porozumieniem Rezydentów udało pozbyć mi się zresztą przywiązania do pewnych etykietek, jakich ludzie używają do definiowania siebie.

Ciężko pracowałem nad tym, żeby po każdej stronie starać się po prostu znajdować właściwych ludzi, widzieć w nich dobro i potencjał do wspólnej zmiany rzeczywistości. Wiem, że to wszystko może wydawać się bardzo naiwne i idealistycznie, nie mniej jednak ciągle wierze, że w ten sposób można odnieść sukces. Są tylko dwa sposoby na to żeby wygrać:

1) Robić to samo co inni, tylko mocniej, bardziej agresywnie, z większą determinacją
2) Zakwestionować dotychczasowe reguły gry i spróbować narzucić swoje, to drugie wydaje się być o wiele ciekawsze.

Na zakończenie filmik dla tych, którzy ciągle potrzebują motywacji do działania:

Proszę o udostępnianie treści:

„Teraz ze mną na solo nie wygrasz…

w aucie

Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę k… jak brzytwa.” Słowa te zostały wypowiedziane kilka lat temu i do tej pory jestem zaskoczony ich trafnością. Czytanie książek pozwala zyskać bardzo dużą przewagę nad innymi i o tym będzie ten post.

Wie o tym Prezes PIS, którego domowa biblioteka jest dosyć obszerna. Tematy po które sięga pozwoliłby mu na bezproblemową dyskusję z hipsterami z Placu Zbawiciela. Nic tak nie pasuje do sojowego latte jak Kapitał w XXI wieku Pikettego. Książka ta wywołała bardzo duży ferment intelektualny na świecie, podczas gdy u nas przeszła niemal niezauważona. Ciężka cegła, pełna wzorów i analiz (poddałem się 100 stron przed końcem) mówiąca o tym, że praca coraz mniej popłaca.

To tylko przykład, który ma pokazać skąd bierze się przewagą jednych ludzi nad drugimi. Taka, która pozornie wydawać się może nieuchwytna. Bez głębszego wejścia w problem, czyli posiadania wiedzy, trenowania inteligencji, skazujemy się na powierzchowną wizję świata. Ostatnio opowiedziano mi anegdotę, która to dobitnie potwierdza.

Podczas kampanii wyborczej partia A nie miała budżetu, lecz miała ciekawe pomysły, interesujące treści i sztab kreatywnych ludzi. Dzięki temu dosłownie wymiotła w internecie. Partia B dysponując olbrzymią ilością gotówki i wynajętą profesjonalną firmą osiągała dużo gorsze rezultaty w sieci, nie udawały się im wirale. Bardzo Droga Agencja PRowska (w skrócie BDAP) stwierdziła, że od partii A należy skopiować rozmiar publikowanych przez nich memów. Pewnie domyślacie się rezultatu.

Niesie to pocieszenie dla wszystkich, którzy myślą, że to niewłaściwy rozmiar jest przyczyną porażek. Nie, tym ludziom nie wychodzi, dlatego, że są głupi, a są głupi, dlatego, że nie czytają książek. Tyrion z Gry o Tron wie co jest najważniejsze. Staram się brać z niego przykład. Jeden z mądrzejszych lekarzy jakich poznałem uważa, że każdy doktor powinien poświęcać pół godziny dziennie na aktualizowanie swojej wiedzy. Niby nie jest to dużo, ale w praktyce wymaga to żelaznej samodyscypliny. Takie jest zresztą też uzasadnienie jedynego przywileju zawodowego lekarzy.

Nie mam żadnych mitycznych dodatków, jeśli o nich słyszycie to jest to zwyczajna manipulacja rządzących i wielki spisek. Mój dzień pracy jest o 25 minut krótszy, co znaczy, że pracuje siedem godzin i trzydzieści pięć minut. Zaoszczędzony czas powinienem przeznaczyć na doskonalenie swojej wiedzy.

Nie jest to łatwe zadanie. Pierwszą barierą są media społecznościowe, a zwłaszcza facebook, które wpływają na to jak działa ludzki umysł, utrudniając koncentracje. Drugim problemem jest to, że wiedza medyczna jest coraz mniej definitywna. Nauka w liceum, czy na studiach była fajna, bo wystarczyło pewnych rzeczy się nauczyć, zapamiętać i już. Twarda dupa i cierpliwość. Teraz poprzeczka się podniosła wyżej. Czytam o leczeniu ludzi w ciężkim stanie i autor nie chce mi podać jednego, optymalnego sposobu.

Problem jest taki, że w niektórych sytuacjach on po prostu nie istnieje, albo nie udało się tego jeszcze zbadać, udowodnić. Dowiaduje się, że mogę zrobić to i to, ale te wszystkie rzeczy nie wpływają na końcowy efekt. Może w takim razie nie warto podejmować tych działań? Ponieważ aktualnie mam przerwę w karierze zawodowej, to wszystko to są teoretyczne rozważania dla mnie.

Intuicyjnie większość osób będzie skłaniać się ku działaniom, zwłaszcza jeśli one w wyraźny sposób nie szkodzą. Wydaje się, że tego oczekują też sami pacjenci i ich rodziny. Sam tego bym oczekiwał jako pacjent, miałbym gdzieś wszystkie badania naukowe i prawdopodobieństwo. Jedno jest pewne. To wszystko jest bardzo zajmujące intelektualnie, to prawie tak dobra zabawa jaką miałby dr House, gdyby istniał.

Współczesna medycyna idzie w kierunku udowadniania wszystkiego i weryfikowania. To ma głęboki sens. Najłatwiej to pokazać na przykładzie motoryzacyjnym. W laboratorium udowodniono, że dodatek do paliwa A poprawia pracę silnika, co wywołało olbrzymią radość producenta. Udało się zarobić na nim olbrzymie pieniądze. Niestety długoletnie badania pokazały, że ta substancja pomimo tego, że miała poprawiać pracę silnika, to nie zwiększa jego mocy, nie wydłuża czasu pracy, ani nie zmniejsza zapotrzebowania na paliwo. Efekt końcowy wydaje się być wielce rozczarowujący. Ponieważ dodatek do paliwa jest na rynku już długo, to i tak większość osób wierzy w jego dobroczynne działania.

Do tego wszystkiego niezbędna jest wiedza, która pozwala na uzyskanie właściwej perspektywy, podejmowanie najlepszych decyzji. Koncepcja Porozumienia Rezydentów odniosła sukces, ponieważ przeczytałem kilka książek za dużo i chciałem sprawdzić w praktyce, czy pewne rzeczy są możliwe. Udało się stworzyć pewne ramy do działania, pewną przestrzeń, którą później ludzie wypełnili treścią. Pewien kłopot na początku miałem z tym, że poza mną to nikt tych książek nie znał, ciężko było wytłumaczyć o co mi chodzi. Trochę jak w tym filmie:

-czytałem Twoją książkę
-to jest nas dwóch

Oczywiście może być tak, że Porozumienie Rezydentów poza sukcesem organizacyjnym nie odniesie żadnego innego. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko zależy od nas. Niemniej jednak sukces organizacyjny i stworzenie organizacji, która razem z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy zorganizowała manifestacje na 10 000 osób, może być upatrywane za coś konstruktywnego.

Zanim Porozumienie Rezydentów powstało przez długi czas zastanawiałem się nad tym, dlaczego tego nie ma. Jakie są bariery? Największą przeszkody znajdują się w umysłach ludzi, ponieważ często są one zamknięte.

Książki pozwalają pozbyć się tych ograniczeń

 

Proszę o udostępnianie treści:

Prawnicy na aplikacjach

 

Smart beautiful businesswoman with red case in her hands and two men behind her going downstairs

Czy mają gorzej niż lekarze rezydenci? Problem  jest złożony, obie te grupy postrzegane są jako tradycyjnie prestiżowe, inteligenckie zawody. Studenci przynoszą chlubę swoim rodzinom, na medycynę decydują się piątkowi uczniowie najlepszych liceów, którzy lubią nauki przyrodnicze, na prawo idą najlepsi humaniści. Oba zawody postrzegane są jako bardzo dochodowe i fajnie się je ogląda w telewizji, łatwo jest się utożsamiać z postaciami ze szklanego ekranu. Zwłaszcza studenci mają tendencję do wnikliwej analizy produkcji telewizyjnych i komentowania przebiegu operacji czy też zachowania gwiazd palestry.

Absolwentów obu tych kierunków czeka największy szok związany z wejściem w dorosłość. No chyba, ze mają bogatych rodziców, którzy zadbają o to, żeby standard życia się nie obniżył się. Jest w tym dużo ironii losu, że pieniądze jakie część moich znajomych zarówno z prawa, jak i z medycyny dostawała (lub dalej dostaje) były większe niż wynagrodzenie w pierwszej pracy.

Nic tylko wchodzić w dorosłość. Oczywiście to wszystko będzie później tematem pracy dla rzeszy socjologów, którzy będą zastanawiać się nad tym dlaczego młodzi Polacy nie chcą mieć dzieci, nie zakładają rodzin i nie wyprowadzają się z domu rodzinnego. Mnie najbardziej interesuje sytuacja mniej zamożnych znajomych, którzy zmuszeni są samemu się utrzymywać.

Taką osoba jest Kasia, moja koleżanka z Poznania. Bardzo sympatyczna i inteligentna absolwentka prawa, która jest na pierwszym roku aplikacji adwokackiej (do tego ładna, co widać na zdjęciu). Niestety nikt w jej rodzinie nie jest związany ze środowiskiem prawniczym, dlatego nasza bohaterka jest zdana na siebie. Radzi sobie bardzo dobrze, ma zadatki żeby być naprawdę dobrym prawnikiem, jest wrażliwa i empatyczna, czuje powołanie do tego co robi.

Największym problemem dla niej jest to, że nie może się usamodzielnić. W kancelarii zarabia 1900 złotych na rękę, co jest dużym postępem w stosunku do jej początkowej stawki. Powiem tylko tyle, że chciałbym tak szybko zwiększać swój poziom dochodów co ona. Zagadką niech będzie pułap, z którego startowała. Niestety ponad 500 złotych miesięcznie musi przeznaczać na opłaty związane z aplikacją, a także przynależnością do samorządu zawodowego.

Tym co mnie najbardziej fascynuje w całej tej historii jest fakt, że Kasia nie chce określić swojego szefa mianem wyzyskiwacza. Wielokrotnie prosiłem ją, żeby na potrzeby dyskusji zgodziła się, że jest on krwiożerczym kapitalistą. Uważa ona, że warunki jej pracy nie są najgorsze w porównaniu do innych aplikantów. Wydaje się być pogodzona ze swoim losem, choć lekko nie jest. Ile idealizmu zostanie w niej po trzech latach?

Kasia jest bardzo naiwną osobą (podobnie jak ja, może dlatego się przyjaźnimy) i wierzy w to, że uda jej się zachować w życiu równowagę pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. W przyszłości nie chce być jak jej szef, który cały czas pracuje i choć zarabia dużo, to wydaje się być stale zestresowaną osobą. Kasia prawdopodobnie jeszcze nie wie tego, że nie istnieje liniowa zależność, która pozwala przy średnim czasie pracy zarabiać średnie pieniądze. W Polsce możesz albo pozostać na dole drabiny społecznej, albo nadludzkim nakładem sił wyszarpać swój sukces, ale wtedy nie ma przebacz, możesz zapomnieć o pracy na jeden etat.

W całej tej historii fascynuje mnie kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest dramatycznie niska wartość wykształcenia akademickiego. Okazuje się, że studia w obecnej formie są tylko i wyłącznie formą zakamuflowania i odroczenia w czasie bezrobocia, czy też bardzo niskiego poziomu życia. Problem ten tyczy się całej rzeszy młodych ludzi w Polsce, zwłaszcza związanych ze światem nauki. Tym co smuci jest fakt, że jako pokolenie nie możemy nawet wykrzyczeć swojej złości, frustracji i niezgody. (my jako lekarze przynajmniej to zrobiliśmy) Prawnicy na aplikacjach nie zjednoczą się, żeby walczyć o swój los, nie będą się skarżyć. Znamienita część uważa, że trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, taka jest cena sukcesu.

Moim zdaniem w Polsce istnieje coś w rodzaju konfliktu pokoleniowego. Istnieje przyzwolenie na to, żeby młodzi ludzie mieli ekstremalnie ciężko. Tymczasem to nam potrzebne są bardziej pieniądze niż „starym”, chcemy zakładać rodziny, rodzić dzieci, kupować mieszkania i samochody. Chcemy rozwijać gospodarkę, tworzyć wzrost gospodarczy, chcemy niczym nieograniczonej i rozpasanej konsumpcji. Jesteśmy niczym uchodźcy, którzy idą przez tysiące kilometrów na boso marząc o życiu jakie zobaczyliśmy w telewizji. Wierzymy, że w świecie jest dla nas miejsce, a kiedy przychodzimy okazuje się, że jest za późno.

wszystko kończy się tak, że kręcimy się w kółko

Interesujące dla mnie jest to, że wzrost wynagrodzenia dla Kasi o 500 złotych bardzo mocno wpłynąłby na jej standard życia i byłby praktycznie nieodczuwalny dla właściciela kancelarii. Wygląda jednak na to, że głównym czynnikiem wpływającym na dynamikę relacji pomiędzy nią a szefem są reguły wolnego rynku. W związku z uwolnieniem zawodu jest duża podaż aplikantów, więc nie ma presji na wzrost wynagrodzeń. To się może zmienić w przyszłości, ponieważ już w tym roku było mniej chętnych na rozpoczęcie aplikacji.

Nie wszyscy aplikanci prawniczy mogą liczyć na umowy o pracę, część z nich zmuszona jest pracować na umowach zlecenie, czy też prowadzić własną działalność gospodarczą. Co ciekawe według prawników, w Polsce jest bardzo duży potencjalny, niezrealizowany popyt na usługi prawnicze, ponieważ w porównaniu do krajów zachodu bardzo rzadko korzystamy z fachowego doradztwa. Do tego trzeba jednak lat poświęconych kształtowaniu dobrego wizerunku, a także budowaniu zaufania. Z tej perspektywy ciężka sytuacja młodych prawników nie budzi zaufania do całego środowiska i będzie cały ten proces znamiennie utrudniać.

Kasia nie ma pistoletu przy głowie, nie musi robić aplikacji, może poszukać pracy w korporacji, może spróbować znaleźć sobie jakąś niszę (prawo farmaceutyczne?). W teorii mogłaby np wziąć kredyt konsumpcyjny żeby podwyższyć sobie standard życia do akceptowalnego. Otwartą kwestią jest jednak to, czy ma pewność tego, że go spłaci? Czy nie jest to za duże ryzyko? Z drugiej strony w USA to działa w ten sposób, młodzi ludzie wchodzą w dorosłe życie z olbrzymim kredytem, jeśli postanowili się wykształcić. Dla mnie strategia Kasi jest optymalna, dług wydaje się być za dużym obciążeniem psychicznym, choć ceną jest opóźnione wejście w dorosłość.

Oczywiście źródłem kiepskiej sytuacji Kasi jest fakt, że co roku studia opuszcza zbyt wielu absolwentów prawa. W pewien sposób młodym ludziom robiona jest krzywda. Oczywiście najbardziej wytrwali i najbardziej ambitni poradzą sobie w każdych warunkach. Dla mnie kluczowe jest jednakże to, czy w ten sposób nie odcinamy dostępu do zawodu osobom bardziej wrażliwym i empatycznym, które powinny mieć swoje miejsca w zawodach zaufania publicznego?

Co do zasady społeczeństwo może albo stwarzać równe szanse wszystkim i umożliwiać awans społeczny, albo też tylko i wyłącznie utrwalać i powielać istniejącą strukturę społeczną. Sytuacja, w której tylko dzieci z dobrze sytuowanych rodzin mogą pozwolić sobie na wykonywanie pewnych zawodów, z całą pewnością nie jest korzystna dla całej populacji. Nie może być to rozpatrywane tylko i wyłącznie w idealistycznym kontekście. Udowodniono, że egalitarystyczne społeczeństwa są o wiele bardziej innowacyjne, kreatywne i nowoczesne, a co za tym idzie bardziej zamożne.

Odpowiedź na pytanie, czy prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach nie jest jednoznaczna. Wydaje mi się, że jednak lepiej być prawnikiem, ze względu na to, że aplikacja trwa tylko trzy lata. Kasia zdąży skończyć aplikację, podczas gdy jej rówieśnik po 6-letnich studiach i 13 miesięcznym stażu, ledwo zdąży rozpocząć rezydenturę. Proces uzyskiwania specjalizacji lekarskiej w teorii trwa do 6 lat, w praktyce zaś nawet dwa razy dłużej.

Prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach, ale ich sytuacja jest o wiele bardziej przejściowa i krótkotrwała. Na plus bycia lekarzem przemawia to, że w przypadku części specjalizacji lekarskich, papier w ręku to przepustka do lepszego świata. Prawnik po aplikacji jest dopiero na początku długiego procesu wyrabiania sobie nazwiska.

Generalnie uważam, że warto oba te kierunki odradzać młodym ludziom. Są o wiele łatwiejsze sposoby, na udane i satysfakcjonujące życie. Warto już zawczasu tak pokierować swoją karierą, by ustrzec się frustracji i nie musieć stale zmagać się z rozmaitymi przeszkodami. Pasjonaci i ludzie z powołaniem, z prawdziwym poczuciem misji, tak czy owak nie tych ostrzeżeń nie posłuchają. Takich osób też najwięcej potrzeba w obu zawodach.

Proszę o udostępnianie treści:

Czy na manifestację przyjdzie 100 tysięcy osób?

porozumienie zawodów

W Warszawie 24 września odbędzie się pierwsza w historii manifestacja wszystkich zawodów medycznych. Czy będzie sukcesem? Media już zapowiedziały, że może stawić się nawet 180 000 osób. Dużo prawda?

O co w tym wszystkim chodzi?

Praca w ochronie zdrowia funkcjonuje dzięki wyzyskowi. Regularnie śledzimy ogłoszenia z Lidla i już teraz w wielu miastach na kasie można zarobić więcej niż pracując w szpitalu, np jako lekarz w trakcie specjalizacji. Generalnie to w niewielu zawodach można zarobić mniej niż w ochronie zdrowia. Mam kolegę, który pracuje za grosze w pieczarkarni (zarabia tyle co ratownik medyczny/pielęgniarka), ale uznał, że mu się to opłaca, bo robota jest trzy minuty na pieszo do domu. Musi dziennie przenieść parę ton tych smakowitych grzybów, a następnie wraca, otwiera piwo i może cieszyć się czasem spędzonym z rodziną.

Dlaczego pracownicy ochrony zdrowia się na godzą?

Wiem, że to źle zabrzmi, ale problemem jest to, że większość z nas zwyczajnie lubi swoją pracę. Powołanie to górnolotne słowo. Ujmijmy to więc tak, że szkoda nam trochę czasu poświęconego na nabycie umiejętności, wiedzy, doświadczenia, świadomości posiadania wysokich kwalifikacji, pomagania ludziom. Część z nas zwyczajnie lubi swoje miejsce pracy, lubi swój zespół, czuję więź. Pomaganie innym, fachowe wykonywanie swojej pracy dostarcza olbrzymiej satysfakcji, nadaje życiu głęboki sens.

Fukcjonowanie na wysokich obrotach i związane z nim zmęczenie powoduje jednak, że ciężko jest walczyć o swoje. Swoje dokłada presja ekonomiczna, konieczność przeżycia od pierwszego do pierwszego i związane z tym nadgodziny. Część społeczeństwa uważa, że śpimy na pieniądzach, albo że na dyżurach tylko jemy i pijemy kawę. Politycy umiejętnie rozgrywają te negatywne nastroje społeczne „pielęgniarkom chodzi tylko kasę”. Brak pieniędzy, dobrego zarządzania i dbania o szczegóły, procedury odbija się na nas, na pracowników ochrony zdrowia. Wiele prostych i tanich urządzeń powszechnych w krajach zachodu uratowałyby kręgosłupy pielęgniarek od powolnej zagłady. U nas wszystko niestety dzieję się od wypadku do wypadku. Zarządzamy kryzysem zamiast planować.

Jakie są postulaty?

Każda grupa zawodowa poniesie swoje. Motywem przewodnim łączącym wszystkich pracowników ochrony zdrowia i pacjentów będzie zwiększenie nakładów do 6,8% PKB. Niestety obecnie przeznaczane wydatki stawiają nas na poziomie krajów o niskim stopniu rozwoju. Wszędzie na świecie ochrona zdrowia jest priorytetem. Z pośród wszystkich krajów UE przeznaczamy najmniejsze nakłady na profilaktykę i walkę z chorobami.

Wbrew obiegowym opiniom systemu nie da się uszczelnić, ani lepiej zarządzać obecnymi środkami. Widzimy to na każdym kroku, wystarczy popatrzeć na to jak wygląda część szpitali. Bez zwiększenia nakładów nie ma szans na skrócenie kolejek, przyśpieszenie terminów operacji, na lepsze żywienie w szpitalach, kompleksową rehabilitację, czy też na powoływanie multidyscyplinarnych zespołów.

Dlaczego manifestacja i to w sobotę?!

To jest kolejne ostrzeżenie dla rządu, manifestacja jest łatwiejsza do organizacji niż strajk, nie da się tego szantażować emocjonalnie, „odeszli od łóżek”. Termin, czyli 24 września jest o tyle dobry, że wciąż można liczyć na dobrą pogodę, a pracę nad przyszłorocznym budżetem są ciągle w toku. Studenci wracają z wakacji, nauka się jeszcze nie zaczęła. Sobota jest celową grą o frekwencję. W przypadku Porozumienia Rezydentów to zadziałało, więc liczymy na to, że teraz będzie podobnie.

Będą mówić, że się nie uda i że to nie ma sensu

Oczywiście że będą, bo każdy ma swoją rolę do wypełnienia. To jest tak jak mówił Gandhi:

Naj­pierw cię ig­no­rują. Po­tem śmieją się z ciebie. Później z tobą wal­czą. Później wyg­ry­wasz.

Trzeba pamiętać, że jest to pierwsze wspólne działanie, ryzyko jest duże, wiadomo że nie od razu wszystko się zmieni. Wciąż jednak trwają pracę nad tą nieszczęsną ustawą o płacach minimalnych, a także dotyczące wzrostu finansowania ochrony zdrowia, który przewidziano na następną dekadę. Jeśli nie zareagujemy teraz, pozwolimy żeby to się „przyklepało”, to pretensje powinniśmy mieć tylko do siebie. Demokracja nie polega na tym, że raz na cztery lata idziemy wybierać mniejsze zło, ale wymaga od obywateli walki w obronie tego, co uważają za słuszne. Po wszystkim będziemy wiedzieli, że przynajmniej próbowaliśmy, że mieliśmy odwagę i siłę zaprotestować. Manifestacja jest tylko wstępem do dalszych działań, którym może być ogólnopolski, totalny strajk.

Czy się przejmą tą manifestacją?

To zależy od ilości osób, które przyjdą. Kiedy KOD wyprowadził na ulicę podobną liczbę ludzi (lub nie, w zależności kto liczył) to do komputera posadzono Prezesa żeby odpowiadał na pytania internautów. Było to bezprecedensowe wydarzenie, którego cel był ewidentny, odwrócenie uwagi.

Media nas lubią

Bo racja jest po naszej stronie i to coraz łatwiej pokazać. Mamy w Polsce wzrost gospodarczy, rekordowo niskie bezrobocie, a u nas dalej bieda. Jako Porozumienie Rezydentów odbyliśmy setki rozmów w ciągu ostatniego roku z dziennikarzami, cierpliwie tłumaczyliśmy, opowiadaliśmy o naszej sytuacji, nawiązywaliśmy kontakty. Staraliśmy się mówić też o sytuacji innych zawodów medycznych. To wszystko teraz procentuje, o naszej czerwcowej manifestacji mówiono tylko i wyłącznie dobrze. Tym razem będzie podobnie. Wiele protestów przechodzi bez echa, ale z nami tak nie będzie. Staramy się działać unikając szantażu, przedstawiając racjonalne argumenty. Być może naiwnie wierzymy, że one się obronią, a beton prędzej czy później skruszeje.

Czy zawody medyczne się dogadają?

Tutaj dużo zależy od rozmaitych organizacji, związków zawodowych, charyzmy liderów, zaufania jakim są obdarzeni. 5 sierpnia odbyło się kolejne spotkanie w tej sprawie (następne będzie na początku września) i wszystko pozwala na optymizm. Pomaga to, że motorem są ludzie młodzi i młodzi mentalnie. Porozumienie Rezydentów jako organizacja działa dosyć niestandardowo, jest oparta o zaufanie, inicjatywę, kreatywność, oddolną pracę. Ten schemat warto promować i jeśli Porozumienie Zawodów Medycznych będzie działać tak samo, to jest skazane na sukces. Wobec siły jaką dają media społecznościowe to wszystko pozwala osiągać olbrzymie rezultaty. Chodzi o tworzenie pewnej sieci kontaktów, wzajemne poznawanie się, uczenie się od siebie nawzajem, wychodzenie do siebie na przeciw.

To wszystko zamiast biurokracji, formalności,  niekończących się narad, głosowań. Maksimum działania, efektywności i minimum marnowania czasu. To oczywiście wymaga dużo zaufania i podejmowania pewnego ryzyka, ale jak do tej pory udało nam się unikać potknięć.

Oczywiście taka forma działania na początku może budzić zrozumiały sprzeciw.

No bo kto tym wszystkim zarządza? Kto reprezentuje? Kto jest odpowiedzialny?

Ty sam!!!

Ja, czuję się upoważniony żeby mówić o problemach swojej grupy zawodowej, przy czym całym sercem będę wspierał działania wszystkich innych pracowników ochrony zdrowia. Ciężko jest zarządzać tak olbrzymim i różnorodnym środowiskiem, dlatego wydaję się, że Porozumienie Zawodów Medycznych powinno być grupą ściśle współpracujących ze sobą organizacji. Jeśli chcecie żeby Wasze organizacje działały lepiej, to po prostu musicie się zaangażować w ich pracę, podobnie jak my staramy się robić w naszym środowisku.

Dlaczego jesteśmy skazani na współpracę? Czy nie lepiej walczyć samemu?

Do współpracy cierpliwie przekonywali nas ministrowie Radziwiłł i Pinkas. Z ojcowską troską upominali, że nie możemy myśleć tylko o sobie, że przecież inni mają gorzej. Karcili za egoizm. Problemy zostaną rozwiązane systemowo i wszystkim się poprawi. Postanowiliśmy posłuchać, choć na razie nic nie wskazuje na to, żeby gorzej sytuowanym od lekarzy miało się na lepsze.

W każdym razie w starciu z taką retoryką nie mieliśmy szans. Według Prawa i Sprawiedliwości zarobki mają być spłaszczane, dlatego niskie dochody innych grup zawodowych są dla lekarzy naturalna barierą. W moim egoistycznym interesie jest to, żeby np. pielęgniarka zarabiała jak najwięcej. Podobnie innym grupom zawodowym powinno zależeć na tym, żeby lekarz zarabiał możliwie dużo, bo wiadomo, że to będzie zawsze punkt odniesienia. Wiem, że ta logika może wydawać się trudna i bolesna, wobec wielu zaszłości, ale musimy skoncentrować się na przyszłości.

Przecież dla wszystkich nie starczy pieniędzy?

Do tej pory każdy myślał tylko o sobie i jesteśmy tu gdzie jesteśmy, czyli sami wiecie gdzie. Pieniądze nie są największym problemem, gorsza jest świadomość ludzi i polityków. Wszystko jest tylko i wyłącznie kwestią priorytetów, które należy zmieniać. Tutaj mamy olbrzymie pole do popisu. Musimy stworzyć nową hieriarchie ważności, w której pacjent jest priorytetem.

Czy na manifestację przyjdzie 100 000 osób?

Jestem pewien, że tak. Nikt za bardzo w to nie wierzył, ale sami rezydenci zmobilizowali 10 tysięcy osób. W ochronie zdrowia w Polsce pracuję około 700 000 ludzi. Tak naprawdę jeśli na manifestacji będzie „tylko” 30 000 osób, to i tak gwarantuje Wam, że jest to tak niewyobrażalny tłum, że to zrobi wrażenie. Nawet jeśli nie jesteście przekonani co do tego, czy uda nam się coś zmienić, to warto po prostu być. Moi znajomi byli bardzo zadowoleni z tego, że wzięli udział, to świetna sprawa, móc wykrzyczeć swój sprzeciw. Nie oszukujmy się, ta manifestacja to dopiero początek całej historii, początek wszystkich starań.

Świat można zmienić!!!

Proszę o udostępnianie treści:

Bajka o inżynierze Michale

karol 1

Anthony de Mello twierdzi, że w opowieściach tkwi potężna siła, że w naturalny sposób znajdują one drogę do naszych umysłów. Postanowiłem to sprawdzić.

Michał ma 28 lat, skończył trudne, prestiżowe studia. Lubi swoją pracę, czuje się potrzebny, chce się rozwijać, Załóżmy, że jest inżynierem. Studiował 6 lat, wiecie, no bo mało kto studiował 5 lat, ale jest bardzo zdolny. Na początku zarabiał 2000 złotych brutto przez trzynaście miesięcy. Następnie dostał zawrotną podwyżkę do 3170 brutto i tak przez dwa lata. Teraz z dumą co miesiąc inkasuje 3458 złotych brutto. Będzie to trwało jeszcze cztery lata, bo tyle czasu zajmie zrobienie wszystkich uprawnień. Później bywa różnie, Michał wierzy, że dopisze mu szczęście i że będzie zarabiał dużo więcej, ale niepokoi go to, że jak patrzy na swoich starszych kolegów inżynierów, to wcale nie jest różowo. No ale pewnie nie umieli się odnaleźć w rzeczywistości, robili niewłaściwe kursy i uprawnienia. Pomimo tego, że Michał ciągle jeszcze nie ma formalnie potwierdzonych kwalifikacji, to pracuje jak stary, doświadczony inżynier. Jest dobry w tym co robi. Wydaje dużo pieniędzy, żeby zyskać niezbędne uprawnienia.

Niestety nasz bohater mieszka w dużym mieście, gdzie takie luksusowe zachcianki jak wynajem kawalerki i jedzenie kosztują dosyć sporo. Ze względu na charakter pracy czasem Michał potrzebuje samochodu, niestety auto, które miało być tanie, jest trochę droższe ze względu na częste wizyty u mechanika. Nasz inżynier nie narzeka, z natury jest introwertykiem, ciężko nawiązuje relacje, w warsztacie prawie że zyskał przyjaciół.

Michał codziennie pracuje od 7:30 do 15:30. Ponieważ szef jest w porządku, jak skończy swoją robotę to nie siedzi bezczynnie, może wyjść 15 minut wcześniej. Jest to zbawienne, bo Michał jak tylko kończy swoją pracę to zaczyna udzielać korepetycji. Udało mu się to tak genialnie poukładać, że każdego dnia udziela 5 godzin korepetycji na jednym z łódzkich osiedli, dzięki czemu może pracować wydajnie. Zaczyna o godzinie 16 i kończy o 21, a ponieważ są to godziny lekcyjne, to w ciągu 15 minut jest w stanie przemieścić się pomiędzy mieszkaniami. Czasem Michał się zastanawia czy nie dałby rady też poroznosić trochę pizzy, zawsze jakiś dodatkowy grosz wpadłby do portfela.

W skali miesiąca Michał oprócz swojego etatu, (około 168 godzin w miesiącu, bo przeważnie miesiąc ma 21 roboczych dni), udziela 150 godzin korepetycji. Nasz inżynier jest trochę korwinistą, dlatego cieszy się z tego, że udziela lekcji na czarno, bo dzięki temu państwo go nie okrada i nie musi utrzymywać tego obrzydliwego socjalu i lewactwa. Za godzinę korepetycji stawkę ma umiarkowaną, to jest 40 złotych. Łatwo podliczyć, że dzięki temu do pensji inżynieryjnej – około 2500 złotych na rękę wpada dodatkowe 6000 złotych. Z zarobkami wynoszącymi 8500 netto Michał może być uważany za finansową elitę naszego kraju. Wkrótce kupi sobie dobry samochód i uzbiera na wkład własny do mieszkania.

Ludzie będą wtedy mówić, taki młody inżynier, a tak dobrze zarabia. Oczywiście Michał ponosi duże koszta swoich wyborów życiowych. Szkoda mu trochę pracy w weekendy, narzeczona marudzi, że nie spędzają razem za dużo czasu, no ale kiedy się mają dorobić, jak nie teraz. Michał na studiach lubił grać w piłkę i spotykać się z kolegami, ale teraz to już przeszłość. Oczywiście Michał nie ma pistoletu przy głowie i spojrzenie z boku każe myśleć o tym, że praca inżyniera jest w Polsce niepotrzebna, bo jest tak nisko wyceniana. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia bardziej opłaca mu się przekwalifikowanie, albo same udzielanie korepetycji.

Problem polega na tym, że Michał lubi swoją pracę, czuję się w niej potrzebny, ma świadomość, że fachowców z jego kwalifikacjami i zacięciem brakuje, że trochę zmienia świat na lepsze. Michał ma skomplikowaną osobowość, jest bardzo zdeterminowaną osobą.

Michał ma koleżankę Magdę. Magda jest lekarzem. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ma dokładnie taką samą sytuację życiową jak jej kolega. Popołudniami zamiast udzielać korepetycji przez 5 godzin przyjmuje jako lekarz rodzinny, a w weekendy bierze jeden dwunastogodzinny dyżur w nocnej pomocy lekarskiej. Różnica jest tylko taka, że zarabia trochę mniej, bo od tych 40 złotych na godzinę (lekarz zarabia tyle samo co korepetytor!) musi zapłacić podatek. Na szczęście jest zwolenniczką partii Razem i cieszy się, że płaci podatki bo uważa, że państwo jest potrzebne. Ma nadzieję, że Razem wygra wybory i wtedy będzie jeszcze więcej państwa.

Czy ta bajka ma jakikolwiek morał?

Wnioski z tej całej historii są dla mnie dużym zaskoczeniem. Po pierwsze taki tryb życia jest możliwy, setki tysięcy pracowników ochrony zdrowia w ten sposób funkcjonują. Nie tylko lekarze, ale również pielęgniarki czy ratownicy medyczni regularnie przepracowują ponad 300 godzin w miesiącu. Być może są po prostu bardziej wytrenowani w tym ze względu na konieczność pracy dyżurowej, zmianowej etc. Oczywiście jest to dewastujące dla zdrowia, w ten sposób można funkcjonować parę miesięcy, jak człowiek ma duże potrzebny finansowe, ale nie przez kilka lat.

Po drugie okazuje się, że nie tylko pracownicy ochrony zdrowia mogą dorabiać. Jeśli Michał będzie miał problemy ze znalezieniem takiej rzeszy klientów, to zawsze może np. dorabiać w Uberze. Na szczęście Michał jest trochę geniuszem i ma bardzo szeroką grupę klientów, od uczniów podstawówek po studentów. Okazuje się, że praktycznie każdy człowiek w Polsce, jeśli weźmie przykład z pracowników ochrony zdrowia, czy też Michała może znacznie poprawić swoją sytuację materialną. Po części więc Mateusz Grzesiak ma rację, można w krótkim czasie odmienić swoje życie. Zarobione pieniądze nasz inżynier może przeznaczyć np. w rozwój własnej firmy.

Patrząc krytycznie można powiedzieć, że wszyscy ludzie, którzy dużo zarabiają, dużo pracują. Nie wiem jak jest w korporacjach, ale część osób twierdzi, że konieczna jest praca po kilkanaście godzin na dobę. Podobnie funkcjonują mali przedsiębiorcy, freelancerzy etc. Czyżby praca na etacie od 8 do 16 stawała się przeżytkiem? Część socjologów twierdzi, że wkrótce wszyscy będziemy funkcjonować niczym takie małe, jednoosobowe przedsiębiorstwa, to jest przez większą część doby będziemy szukać różnych źródeł dochodu. To w pewien sposób zmienia myślenie, jeśli w dodatkowej pracy mogę zarobić 40 złotych na godzinę brutto, czy znaczy to tyle, że tyle jest warta godzina mojego wolnego czasu? Czy jeśli pójdę pograć w piłkę, to znaczy, że straciłem 80 złotych?

Sprawa jest o tyle interesująca, bo wysokość zarobków na etacie w Polsce wręcz zmusza ludzi do szukania dodatkowej pracy. Coraz więcej ludzi zmuszonych jest jednakże korzystać z „nowoczesnych form zatrudnienia” (tak nazywał umowy śmieciowe minister Zembala) i o umowie o pracę może tylko pomarzyć. Duża część dziennikarzy, z którymi rozmawiam musi w ten sposób funkcjonować. Michał może zapracować się na śmierć, a i tak nie ma szans osiągnąć postulowanych zarobków pierwszej damy, (13 540 miesięcznie brutto). Ma pewien margines wolnych godzin do wykorzystania, w końcu w soboty i w niedziele pracuje tylko po 5 godzin dziennie, a w tygodniu mógłby np. chodzić na noce do pracy jako stróż. Nawet wtedy nie przeskoczy bariery, która będzie dzieliła go od ludzi, którzy mieli szczęście odziedziczyć pokaźny majątek.

Problem staje się o tyle poważny, że prognozy na przyszłość są pesymistyczne. Ciężka praca zwyczajnie przestaje się opłacać i jeśli ludzie nie zaczną temu przeciwdziałać, to nie pomoże im nawet sprzedanie własnej duszy. Po prostu rynkowa cena na nią stała się zbyt niska, za duża podaż. Wygląda na to, że dominującym doświadczeniem dla większości ludzi będzie niepewność i strach przed przyszłością. Oczywiście nigdy nie jest tak, że wszyscy tracą. Psychiatrzy, psychologowie i psychoterapeuci będą mieli pełne ręce roboty.

Nie chcę żeby tekst miał przygnębiający wydźwięk, nie warto się poddawać. Pewne sygnały, pozwalają na optymizm, przynajmniej w ochronie zdrowia. Ludzie się jednoczą, uczą współpracować, różne związki zawodowe zaczęły ze sobą dogadywać. Społeczeństwo i media zaczynają rozumieć, że ochrona zdrowia nie może funkcjonować dalej w dotychczasowy sposób. Niezwykle cieszy mnie to, że 24 września ponownie wyjdziemy na ulicę Warszawy. Powiemy wtedy głośno, że praca po 300 godzin w miesiącu nie jest żadnym przywilejem. Kiedy to zrobią inne zawody?

If you want to be hero well just follow me

 

Proszę o udostępnianie treści:

Moja dieta to bułki i pizza

To szczerze i bezprecedensowe wyznanie nie mogło przejść bez echa. Moja koleżanka spodziewa się dziecka i podczas wizyty usłyszała, że musi teraz o siebie dbać, dobrze się odżywiać i generalnie prowadzić zdrowy tryb życia.

Inny niż ja, bo moja dieta to bułki i pizza, powiedział ginekolog, który został opisany jako duży mężczyzna. Doświadczenie nauczyło mnie, że osoby, które postrzegane są jako duże w stosunku do mnie ważą minimum 130 kg.

Piszę żeby Was ostrzec, LEKARZE NIE SĄ AUTORYTETAMI JEŚLI CHODZI O ZDROWY TRYB ŻYCIA. Niestety jest wręcz przeciwnie, generalnie jako środowisko jesteśmy przykładem wszystkiego tego, czego nie powinno się robić. Ma to swoje odzwierciedlenie w statystykach, żyjemy o 10 lat krócej niż społeczeństwo, którym się opiekujemy. Na pewno kluczową kwestią jest łączna ilość godzin przepracowanych w miesiącu, a także praca nocą, na dyżurach.

Część z Was pewnie nie wie tego, ale dyżury lekarskie różnią się od dyżurów w innych zawodach. Np strażacy są w pracy 24h i później mają dwa dni wolne. Ludzie, którzy chodzą do fabryki na różne zmiany, czasem pracują nocami, ale generalnie po prostu przesuwa im się cykl dobowy. Cała konstrukcja organizacji pracy lekarskiej w Polsce, w tym dyżurów, służy temu by ludzie pracowali jak najwięcej, za jak najmniejsze pieniądze. O tym też trzeba będzie napisać więcej, ale dzisiaj skoncentrujmy się na tym, że mamy ludzi, którzy pracują jakieś 80h tygodniowo.

To uruchamia nam całą kaskadę zdarzeń. Kiepskie, śmieciowe jedzenie, bo nie ma czasu kiedy ugotować, ani zjeść. Sam, kiedy jeżdżę karetką z dziką pasją zajadam orlenowskie zapiekanki. Możecie mi zaufać jestem koneserem, miałem niezwykłą przyjemność wypróbować wszystkie stacje benzynowe. To ma swój urok, obsługa kiedy nakłada Ci sos (polecam barbecue) czasem zapyta się czy dyżur był ciężki, czy roboty było dużo. Wtedy choć ze zmęczenia nie widzisz na oczy, czujesz się potrzebną i ważną częścią społeczeństwa, nawet jeśli przez pół nocy ganiałeś się z Panami Menelami po mieście.

Wiedza przeciętnego lekarza na temat dietetyki i zasad zdrowego odżywiania się jest taka sama jak w społeczeństwie. Nie zmieniło tego kilka godzin na studiach poświęconych zdrowemu odżywianiu się, więc nie pytajcie się lekarzy o to. Chyba, że stanie przed Wami okaz zdrowia, który w przerwie między pisaniem recept będzie na zmianę się podciągał i robił pompki.

Do pełnowartościowego pożywienia pełnego zdrowego glutenu i bielutkiej mąki dochodzą oczywiście energetyki i dawki kofeiny, które dla większości ludzi byłyby śmiertelne. Do tej pory pamiętam cichą rozpacz po awarii ekspresu do kawy, atmosferę pełną wzajemnych pretensji i oskarżeń, taka sytuacja jak w związku, kiedy chcielibyście żeby ta druga osoba się zdematerializowała. Wtedy też zostałem bohaterem, wziąłem urządzenie na plecy, (wielki kombajn, myślałem, że wejdzie do plecaka i że można z tym jechać rowerem) i przeszedłem pół miasta, informując serwis, że jeśli nie dokonają natychmiastowej naprawy, to stanie blok operacyjny.

Pamiętam taką sytuację ze studiów, kiedy musieliśmy zdawać praktyczny egzamin z rzeczy, których nigdy nie robiliśmy (nie było sprzętu/klucza do sali/asystenta) i przez całą noc piliśmy energetyki i oglądaliśmy filmiki szkoleniowe na youtubie. Kolega pod wpływem stymulantów (legalnych) zdołał dokonać takiej incepcji na swoim umyśle, że zdał egzamin praktyczny na piątkę, po prostu był pewien, że robił to już setki razy.

Dorabianie popołudniami uniemożliwia jakąkolwiek aktywność fizyczną i dlatego nie pracuję popołudniami, bo ciężko jest to pogodzić z siłownią. Mam swoje priorytety i zasady i wiem, że życie to nieustanna sztuka wyboru. Niestety na treningach nie widuje zbyt wiele osób ze studiów, na szczęście czasem udaje się jeszcze umówić z nimi piłkę. Większość męskiej populacji lekarskiej można scharakteryzować terminem, który chyba jeszcze nie ma polskiego odpowiednika: skinny fat. To jest taki człowiek, który w ubraniu wygląda szczupło i zdrowo, ale jak zdejmie koszulkę to się okazuje, że mógłby trochę poćwiczyć.

Zainspirował mnie kiedyś artykuł o tym, że jak stażyści przyszli do pracy do jakiejś korporacji to nagle zapełnił się parking, bo wyższy personel zazwyczaj biega do pracy. Od kilku lat do szpitala i po mieście poruszam się głównie rowerem. Łódzka komunikacja miejska jest w kiepskim stanie, a co do jazdy autem, to na te kilka/kilkanaście kilometrów to się diesla nie opłaca włączać, bo to szkodzi turbinie. Kiedy było szczególnie dużo roboty w Porozumieniu Rezydentów, to jeździłem pociągiem, miałem te kilkanaście minut, żeby w komfortowych warunkach pozałatwiać zaległości.

W mojej poprzedniej pracy temat jazdy rowerem był okazją do niekończących się small talków i żartów, ale na szczęście lubię się wyróżniać, więc nie było źle. Jeden żart był szczególnie dobry, „jak wróciłeś do domu, po tym jak ukradziono Ci siodełko”. Parę razy jechałem też do pracy na rolkach i muszę powiedzieć, że była to świetna zabawa.

Ostatnio praktykowałem bieganie do pracy. Pomysł początkowo wydaje się być głupi i ekstrawagancki, generalnie dlatego, że nikt tego nie robi. Trzeba jednak wziąć pod uwagę uwarunkowania i spróbować. Mam wielkie szczęście, że pracuje na bloku operacyjnym i tam są nowe, nieużywane prysznice. Tylko dla Damianka i nawet je ktoś czyści, normalnie lepiej niż w domu. Szkoda tylko, że z uwagi na dystans, czyli 8 km w jedną stronę takie bieganie nie jest osiągalne dla mnie codziennie. Przy mojej masie jest to za duże obciążenie dla stawów, ale jest to kierunek, w którym chciałbym iść. Człowiek czuję się w pracy pełen energii, po powrocie do domu trochę gorzej, ale przynajmniej masz spokój z treningiem i już. Możesz poczuć się lepszy od tych wszystkich ludzi, którzy jadą na siłownię samochodem, żeby tam biegać lub jeździć na rowerze.

Część osób może się zapytać, Damian jak to możliwe, że tyle ćwiczysz, przejeżdżasz rowerem kilka tysięcy kilometrów rocznie i ciągle masz nadwagę? Odpowiedź na to pytanie moi drodzy, jest prosta, po prostu lubię jeść, autentycznie robię to z pełną świadomością. Moja motywacja do diety spada wraz z utratą wagi, wtedy myślę sobie, że warto się jakoś nagrodzić, a w miarę tego jak staje się coraz bardziej trzycyfrowa biorę się w ryzy. Koło życia, jak w Królu Lwie. Zresztą swoim pacjentom, a zwłaszcza pacjentkom (bo one częściej łapią się w te ostre kryteria) powtarzam, że tak naprawdę to waga nie ma znaczenia, o ile tylko jest dwucyfrowa. Czego Wam wszystkim życzę!

Jeszcze jedno, kto jest w takim razie wzorem do naśladowania? Trenerzy, których poznałem na fitfabric. Wiedzą wszystko o żywieniu, o dietach, o wpływie stresu na ludzki organizm, o działaniu kortyzolu. Lubię z nimi rozmawiać i wiem, że im w kwestii zdrowego trybu życia można zaufać. W przeciwieństwie do lekarzy, ale zaufanie to nie jest najwłaściwsze słowo, bo oni tak naprawdę chcą pomóc, chcą dobrze, to nie jest ich wina, lepszym opisem sytuacji będzie:

Lekarze nie praktykują zdrowego trybu życia

Proszę o udostępnianie treści:

Czy warto osiągnąć sukces w życiu?

To nie jest takie oczywiste. Do myślenia dały mi rozmowy ze znajomymi i to co jest najciekawsze, czyli to czego ludzie nie mówią. Zadziwiająco duża część społeczeństwa cierpi na rozmaite dolegliwości psychiczne, które są wstydliwie ukrywane. Jest to duży problem, ponieważ łatwiej ludziom by się funkcjonowało, gdyby na imprezie mogli opowiedzieć o swoich lękach, obawach, o tym jakie leki muszą brać, żeby zasnąć, o napięciu, które im towarzyszy. Pewnie częściej też szukaliby pomocy specjalistów. Po moich znajomych, którzy uczęszczają na psychoterapię widzę, że to naprawdę działa i pomaga i że osoby, które otwarcie mierzą się z własnymi problemami na przestrzeni lat osiągają imponujące rezultaty. To działa w podobny sposób, w jaki pracuje się z ofiarami różnych traum, opowiadanie tej samej historii po wielokroć sprawia, że jesteśmy się w stanie inaczej do niej odnieść i z czasem przestaje nas przerażać.

Zastanawia mnie funkcjonowanie na zasadzie „jest kiepsko, ale mam tabletki, jakoś zacisnę zęby, nie mogę zwolnić”. Ludzie nie rozumieją, kiedy pytam się, czy to jest tego wszystkiego warte, czy nie lepiej zwolnić, przecież nie są szczęśliwi. Wydają mi się być zapętleni, niczym zombi. Mój kolega zaczyna pracę w poniedziałek o 8 rano, kończy we wtorek o 20:00. W środę znowu na 8 do pracy i schodzi z szychty o 20 w czwartek. W piątek pracuje już normalnie i chwali się wolnymi weekendami. Czemu takie szaleństwo jest w ogóle możliwe? Wysłuchując historii walczyłem z chęcią uderzenia go, czy też powiadomieniu jakiejś instytucji. Tylko jakiej? Kogo to obchodzi?

Koszta sukcesu ukrywane są przed najbliższymi, lekarze czasem decydują się na samoleczenie się, czasem pojawia się alkohol do snu. Liczne badania mówią o wyższej niż przeciętnej liczbie chorób psychicznych u osób wykonujących zawody medyczne. Zagadnieniu temu będzie poświęcony osobny wpis, gdyż problem ten wydaje się być zaniedbywany.

Najbardziej interesuje mnie odpowiedź na tytułowe pytanie. Jak patrzę na ludzi, to wydaje mi się, że nie warto, że to wszystko kosztuje za dużo. Bardziej racjonalnym podejściem wydaje się być próba ograniczenia konsumpcji, zmniejszenie swojego przywiązania do rzeczy. Problemem dla mnie wydaje się to, że nie znam zbyt wielu osób, u których sukces nie wiązałby się z pewnym lękiem. Najpierw jako młodzi ludzi toczymy dramatyczną walkę o zdobycie pewnej pozycji społecznej, a później lękamy się jej utraty. Być może nigdy nie osiągnę życiowego sukcesu, ale jakoś tak wydaję mi się, że ważna jest cierpliwość, że na wszystko jest czas, że prędzej czy później pieniądze człowieka znajdą. Wciąż czekam.

Dużo dał mi rok spędzony w Hiszpanii, zetknięcie z innym sposobem myślenia, z całą kulturą latynoską było dla mnie szokiem. „Jestem szczęśliwy, mam rodzinę, jestem zdrowy, mam pracę nie mam powodów do narzekań”. Jak to możliwe, że ci ludzie tak jakby mniej narzekali, bardziej potrafili cieszyć się życiem?

W Polsce po tym jak ukradziono mi ukochane auto nauczyłem się obywać bez samochodu, przez cały rok niezależnie od pogody pokonywałem rowerem 25 km dziennie. Bywało ciężko, zwłaszcza gdy padał śnieg, ale miałem z tego dużo radości. Samochód kupiłem dopiero ze względu na działalność w Porozumieniu Rezydentów i jego największą zaletą jest to, że był tani i że spełnia swoją funkcję użyteczną.

Nie chciałbym żebyście mieli mylne wrażenie. Nie mam nic przeciwko odnoszeniu sukcesów, lubię ludzi z pasją, kreatywnych, po prostu nie spotkałem zbyt wielu osób, których życie było jakoś tak zdrowo poukładane, wyważone. Po prostu mam wrażenie, że ludzie nie bardzo wiedzą co zrobić ze swoim życiem i że traktują swoją pracę jako formę ucieczki, a zewnętrzne objawy dobrobytu jako formę potwierdzenia własnej wartości. Irytuje mnie pewne nachalne opowiadanie o własnych zarobkach. Nie wiem czy wynika to z tego, że sam zarabiam stosunkowo mało, że nie odnoszę specjalnych sukcesów i zwyczajnie zazdroszczę, że nie mogę na tym polu podjąć rękawicy. Nie chcę spłycać tematu do błyskotliwej puenty, ale kiedy słyszę, „zobacz jakie mam mieszkanie w kredycie, jak urządzone, jakie auto w leasingu”, mam ochotę powiedzieć, „ale też trochę jesteś wrakiem człowieka i jak zaczniesz psychoterapię, to specjaliści dużo na Tobie zarobią”.

Być może znowu jest to polską specyfiką, że wszystko tyle kosztuje, być może kiedyś będzie u nas lepiej, ale nie sądzę. Brakuje solidarności i gry zespołowej, ludzie wierzą w to, że są w stanie w pojedynkę pokonać system, odnieść sukces, podobnie jak Amerykanie uważają się za milionerów z przejściowymi trudnościami.

To wszystko boli mnie także dlatego, że jako pacjent nie chcę żeby mną i moimi bliskimi zajmował się lekarz, który pracuje 300 godzin w miesiącu. W momencie wizyty chcę żeby był maksymalnie skoncentrowany, on ma być osobą, która pracuje mało, zarabia dobrze, a w wolnych chwilach zamiast dorabiać, może pozwolić sobie na aktualizacje wiedzy, na udział w konferencjach. Chcę żeby on miał czas na życie w społeczeństwie, na pójście do kina, na zabawę z dziećmi.

Jako lekarz nie mogę zaakceptować tego, że zakrzywiamy prawa popytu i podaży, jest nas mało, ale nasza stawka godzinowa jest żałosna. Irytują mnie ludzie, którzy podejmują pracę za niższą stawkę od mojej, tylko dlatego żeby dostać więcej dyżurów. Oczywiście tak działa kapitalizm, mam tego świadomość. Nie ma takiej liczby godzin, której nie byłby w stanie przepracować polski lekarz. Czy informatycy próbują osiągnąć dobrobyt poprzez absurdalne zwiększanie ilości nadgodzin płatnych 28 PLN brutto? W ten sposób może z Polski wyemigrować nawet połowa medyków, a i tak nie doprowadzi to do zwiększenia wynagrodzeń.

Na zakończenie warto odnieść się do klasyki. Po jednej z bitew z Rzymianami, Pyrrus jednym zdaniem zdołał przejść do historii:

 Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a będziemy straceni

Życzę Wam, żeby codziennie zwycięstwa, nie przybliżały Was do nieuchronnej klęski, lecz były źródłem satysfakcji i szczęścia. Na początku będzie trudno, ale w kolejnych postach postaram się opowiedzieć, czym jest prawdziwy rozwój, a nie korzystanie z protez, które pozwalają na holowanie swoich neuroz przez życie.

Proszę o udostępnianie treści:

Fenomen nic nie wartych prac

„Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić.” To zdanie przeczytałem w artykule o kontrowersyjnym tytule: „Fenomen gówno wartych prac” parę lat temu. Do tej pory tkwi mi w pamięci i jest zadziwiająco trafnym opisem współczesności. Gówno wartymi pracami autor nazywa ludzką działalność, której zniknięcie nie byłoby dla nas bolesne (a czasem nawet korzystne)

Zalicza do niej sektor administracyjny, a także nowe dziedziny gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations. oraz całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

Nie zgadzam się w całości z tezami przedstawionymi w artykule, a zwłaszcza z listą tych zawodów, moim zdaniem warto z nimi dyskutować. Jeśli ludzie czerpią satysfakcję i dumę z własnej pracy, to nie należy się zastanawiać nad żadnym uniwersalnym kryterium przydatności. Gorzej kiedy ludzie sami mają poczucie bezsensu czynności jakie wykonują.

Sięgam po ten tekst ze względu na pewną kluczową myśl, to że istnieje pewien rodzaj społecznego przyzwolenia, żeby opłacać nisko tych, którzy są najbardziej przydatni. Można w ten sposób tłumaczyć oburzenie Ministra Radziwiłła związane ze strajkiem pielęgniarek, pielęgniarki codziennie wykonują najbardziej potrzebną pracę na świecie i jeszcze chcą za to pieniędzy? Nie wystarczy im to, że są potrzebne? Bycie ministrem, a zwłaszcza ministrem zdrowia jest o wiele trudniejsze, ciężko wykonywać konkretną pracę, kiedy mamy ograniczony wpływ na rzeczywistość i jesteśmy ciągle młodszym bratem ministra finansów. Bez jego zgody nie zrobimy żadnej reformy, dużo czasu zajmuje nam praca w zespołach, wyciąganie wniosków i planowanie. Dni przemijają, o efekty trudno, dlatego takie stanowisko musi być odpowiednio wysoko wynagradzane. Czy zlikwidowanie stanowiska ministra zdrowia, czy też połowy wiceministrów zachwiałoby życiem Polaków? Czy bardziej negatywnie wpłynie na los społeczności, to jak ostatni lekarz rodzinny w regionie pójdzie na emeryturę?

Usilnie staramy się dać ludziom jakiekolwiek zajęcie, najlepiej żeby polegało ono na sprawdzaniu osób, które są faktycznie potrzebne.  Prosty przepis:  zwiększamy zatrudnienie urzędników, zatrudniamy prawników i informatyków, wprowadzamy co raz bardziej rygorystyczne kontrole. Odbywa się to w wielu branżach, ale w medycynie jest to o tyle bolesne, że ogranicza czas poświęcany pacjentom i czyni wykonywanie zawodów medycznych coraz bardziej absurdalnymi. Osobiście miałem przyjemność przez jakiś czas liczyć wszystkie ampułki leków zużyte przy danym pacjencie.

Niewielkim pocieszeniem będzie fakt, że autor jest amerykańskim antropologiem, co każe myśleć, że trendy te dotyczą całego świata.  Oczywiście u nas większość zjawisk odbywa się o wiele brutalniej. Z tego powodu w szkole jesteśmy zmuszani do czytania nic nie wnoszących lektur o udręczonych ludziach, o heroizmie i powstaniach, dlatego że codzienne życie w naszym kraju wymaga bohaterstwa,

Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne, Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani.”

Jeśli jesteście nisko opłacani, najprawdopodobniej Wasza praca jest potrzebna, ma ona realną wartość dla społeczeństwa. Zwiększa ilość dobra w świecie. Zaskakujące dla mnie jest to, że w kraju rzekomo tak bardzo katolickim, nikt nie porusza najciekawszej dla mnie idei Kościoła, to jest godności pracy. Czarno na białym mowa tam o tym, że ludzie mają prawo do godziwego wynagrodzenia za codzienny trud, o tym, że bogactwo powinno być w odpowiedni sposób dzielone. Czemu nie bronimy 20 artykułu Konstytucji?

Społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej.

Do rzeczy. Jako lekarz, podobnie jak inni pracownicy ochrony zdrowia mam niebywałe szczęście wykonywać pracę, która jest potrzebna. Każdego dnia po powrocie do domu, pomimo zmęczenia wiem, że było warto.

Niestety we współczesnym świecie nie ma żadnego przełożenia pomiędzy zapotrzebowaniem na konkretną pracę, a jej odpowiednim wynagradzaniem. Fakt, że to co robię jest niesłychanie ważne, (a we wszystkich cywilizowanych krajach również dobrze opłacane) jest bez znaczenia.

Na szczęście nie jestem bez szans, 24 września wyjdę żeby powiedzieć, moja praca jest potrzebna, ale to nie znaczy, że możecie mnie z tego powodu wykorzystywać. 18 czerwca było ze mną 10 000 osób, teraz będzie ich 100 000.

Cały artykuł dla zainteresowanych:
http://nowyobywatel.pl/2013/09/23/fenomen-gowno-wartych-prac

Proszę o udostępnianie treści: