Archiwa kategorii: Medycyna

Maczeta i motocykle

Długo nie było tekstów, ale o tym dlaczego później. Ten powstał, bo muszę się czymś zająć, by zregenerować się po wczorajszym dyżurze. Paskudna migrena, męczący jetlag wynikający z braku snu mocno zawęża zakres rzeczy, które mogę robić. Mam nadzieję, że czytanie, będzie dla Ciebie równie ciekawe co dla mnie pisanie.

Od ponad roku pracuję w centrum urazowym. Bardzo chciałem wyszkolić się w leczeniu ofiar wypadków, ale intensywność tego szkolenia przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wystarczy kilka dyżurów, a czujesz się jakbyś przepracował 100 lat i przeżył 1000.

Motocykliści:

Tradycyjnie duża grupa pacjentów urazowych w sezonie. Sprawiają, że ze szczerą nienawiścią patrzysz na tych bez dobrego kasku, bez dobrej zbroi. Widząc ich w krótkich spodenkach, myślisz o tym, w jaki sposób asfalt, piach i żwir łączy się z ludzkim organizmem, tworząc wyjątkowo paskudny tatuaż.

Współczuję im, są całkowicie bezbronni podczas kolizji z samochodami. Bardzo często są niewinni, a do tragedii dochodzi w skutek nieuwagi kierowców. Podziwiam konsekwencje motocyklistów.

-Skasowałeś dwa motocykle i drugi raz jesteś w szpitalu, czy będziesz dalej jeździć?
-Na razie nie
-To dobrze, wiesz być może uniwersum chce Ci coś powiedzieć…
-Muszę szybko zarobić na trzeci motor

Niesamowicie zmęczony podczas dyżuru, koncentrując się na tym by zapewnić chorym jak najlepszą opiekę staram się znaleźć jakiś punkt odniesienia. Najlepszy jest taki kontekst kulturowy, który pozwala osadzić Twoje zmagania w szerszej rzeczywistości, w świecie sztuki, literatury. Dzięki temu można zyskać energię i siły do dalszej pracy.

W takich chwilach myślę o Mad Maxie. Producent, scenarzysta i reżyser filmu był australijskim lekarzem pracującym na intensywnej terapii. Napatrzył się na ofiary wypadków, z poświęceniem leczył ciężkie urazy, a w jego głowie powstawał pomysł na świetny film drogi.

Pierwszy Mad Max miał niewielki budżet, ale imponował realizmem. Gangsterów motocyklowych grali gangsterzy motocyklowi. George Miller odkładał pieniądze na film, bez przerwy dyżurując.

Wzbogacony o tak piękne punkty odniesienia, niczym trener na ostatniej odprawie przedmeczowej w szatni, staram się motywować zespół:

-Szybko zoperujemy kolejnego motocyklistę i jak dobrze pójdzie, to już o 5 rano będziemy mogli odpocząć. Czy wiecie, jak powstał Mad Max, najlepszy film akcji wszech czasów? Może za jakiś czas my też będziemy mieć wkład w rozwój światowej kultury?

Machete kills

Dokonała się niepokojąca zmiana w zachowaniu narkomanów – smutnym głosem informuje nas na wykładzie profesor toksykologii. Kiedy zaczynałem pracę zawodową, kiedy byłem małym Misiewiczem i nosiłem teczkę za innym profesorem, ludzie brali narkotyki żeby poszerzać horyzonty, żeby uciec od szarej rzeczywistości, żeby się zrelaksować i rozluźnić, teraz biorą tylko i wyłącznie stymulanty. Chcą być cały czas pobudzeni, naładowani energią. Być może jest to kwestia kulturowa, niemniej jednak fakt, że sięgają po dopalacze, które są o wiele bardziej niebezpieczne niż tradycyjne narkotyki, sprawia, że nasza praca jest coraz trudniejsza. Niestety zawsze pewna część społeczeństwa będzie sięgać po substancje niedozwolone.

Niezwykle pasjonującą częścią pracy lekarza jest możliwej szczerej rozmowy z pacjentami, takiej w której ludzie Ci ufają i są w stanie bez ogródek opowiadać historie: (historię zostały trochę zmienione)

1) rany cięte rąk
Siedzieliśmy i piliśmy, taki dobry wieczór, aż przyszli ONI. Pokłóciliśmy się, ale nie wiem o co. Ucieszyliśmy się, że sobie idą, ale niestety wrócili z nożami. Jeden zdołaliśmy zabrać, drugiego już nie...

2) rany cięte rąk i nóg, późniejszy niedowład ręki ze względu na przecięcie nerwu
Poskładane z relacji różnych osób i poszkodowanego:
Byłem na imprezie, w pewnym momencie postanowiłem wyjść na miasto. Coś tam brałem, oprócz tego piłem alkohol. Po powrocie jakoś tak się śpieszyłem, albo byłem po prostu zły, że nie chciało mi się otwierać szklanych drzwi, tylko przez nie przeszłem.

3) prawie amputowana głowa – niewiarygodne jak można sobie przeciąć szyję, by nie uszkodzić dużych naczyń, dowód na istnienie opatrzności – facet wyszedł bez szwanku

Być może w wieku 70 lat nie powinienem sięgać po piłę motorową, zwłaszcza, że nie robiłem tego od wielu lat, ale poczułem nagłą potrzebę cięcia drewna. Niestety nie wyszło mi to za dobrze.

Jakiś czas temu ukazała się genialna książka „Porąb i Spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”. Przypadek? Nie sądzę.

4) rany cięte nóg

Powiem szczerze, nie wiem za co zostałem pocięty. Coś tam piłem, kogoś tam spotkałem, pewnie odpyskowałem i tak się skończyło.

Co można zrobić?

Często może dojść do konfliktów. Nigdy nie wiadomo, kto jest akurat pod wpływem dopalaczy, kto ma w kieszeni nóż. Napisałem więc wzór wypowiedzi, który może pozwolić Ci uniknąć hospitalizacji, a mi może zaoszczędzić trochę ciężkiej pracy:

Przepraszam wcale nie chciałem się krzywo spojrzeć, to tylko dlatego, że mam zeza. Czy pozwolisz że wesprę Cię finansowo zawartością swojego portfela i użyczę Ci swojego telefonu? Jestem pewien, że zrobisz z nich dobry użytek. Lub: Pozwól, że w ramach przeprosin, za to że niechcący Cię potrąciłem, (tylko dlatego, że jestem taki duży) postawię kolejkę Tobie i Twoim przyjaciołom?

Brzmi frajersko prawda? Kiedyś też tak myślałem, to wszystko co widziałem zmienia jednak punkt widzenia. Szybko dochodzi do złych zdarzeń i jestem pewien, że sprawcy też chcieliby cofnąć czas.

Optyka się potrafi solidnie zmieniać.

Niestety mam prawny obowiązek poinformować Panią o tym, że znieczulenie wiąże się z ryzykiem. Nie lubię tego robić, bo z jednej strony jako dorosły człowiek powinna Pani znać możliwe konsekwencje, z drugiej strony większość pacjentów wcale nie chce słuchać o tym, że coś może pójść nie tak i chce wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Więc tak, to ryzyko nie jest specjalnie duże, mamy wiedzę, pasję, zaangażowanie, umiejętności, wykonywaliśmy te procedury tysiące razy. W porównaniu z tym co robiłem Pani operacja to nie jest specjalnie trudna sprawa. Widzi Pani to jak lot samolotem, przecież wszyscy nimi latamy, ale niestety od czasu do czasu dzieję się coś złego, tak samo jest ze znieczuleniem.

Jakiś czas temu siedząc w samolocie przeklinałem siebie w duchu, myśląc o tym, jak bardzo niedoskonała jest ta przemowa. Wcale nie pomagała mi świadomość, że lot samolotem jest jak znieczulenie.

Znieczulenie jest jak lot w kosmos?

 

 

Proszę o udostępnianie treści:

Udane wakacje = ubezpieczenie

wakacje za granica

Nie warto ponosić niepotrzebnego ryzyka. Nawet jeśli jesteś okazem zdrowia i bez zadyszki rozpalasz grilla, to licho nie śpi. Brak szczęścia może sprawić, że wymarzone wakacje wpędzą Cię w długi i uniemożliwią powrót do kraju.

W poprzednim artykule pisałem o Panu Marku. Pobyt na intensywnej terapii go nie zrujnował, ponieważ miał dobre ubezpieczenie. Dzięki temu mógł dokończyć leczenie w otoczeniu rodziny i został przetransportowany do kraju samolotem. W Internecie znalazłem informacje, że koszt takiego transportu to cena dobrego auta.

NFZ teoretycznie może zapłacić za taki powrót, ale tylko pod wieloma warunkami. Pierwszym z nich jest posiadanie karty EKUZ (europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego). Informacje zawarte na stronie NFZ są napisane mało zrozumiałym językiem. W skrócie: jest ona bezpłatna, wyrobienie stosunkowo proste, wniosek można złożyć przez internet. Działa ona na terenie UE, a także na Islandii, w Liechtensteinie, Norwegii i Szwajcarii. Drugim warunkiem jest to, że cena transportu i leczenia w Polsce jest mniejsza niż koszt dalszej terapii za granicą.

Karta EKUZ nie zapewnia bezpłatnego leczenia, ale daje prawo do korzystania z ochrony zdrowia na takich samych warunkach, jakie mają obywatele danego kraju. W wielu państwach istnieje bowiem współpłacenie za usługi. Nie są to kwoty, które zrujnują Twój budżet, lecz mogą być dokuczliwe. Korzystanie z ochrony zdrowia może dotyczyć tylko nagłych przypadków, nie zaś planowanego leczenia. Dostęp do takiego leczenia za granicą ciągle jest administracyjnie utrudniany i zapewne uzyskanie zgody będzie biurokratyczną drogą przez mękę.

Teoretycznie ta karta zabezpieczy nas przed bankructwem w przypadku nagłego zachorowania, ale moim zdaniem warto zaopatrzyć się w dodatkowe ubezpieczenie. Dzięki niemu możemy też uniknąć kontaktu z polską biurokracją. Oferuje je większość biur podróży i firm ubezpieczeniowych i jest dostępne w różnych wariantach. Jeśli planujemy wycieczkę na inny kontynent, to staje się ono koniecznością. Zasada jest prosta: im wyższa kwota gwarantowana i im szerszy zakres świadczeń, tym lepiej. Bolący ząb nie zagrozi Twojemu życiu, lecz może skutecznie zniszczyć wakacje życia na Malediwach.

Oczywiście nawet najdroższe ubezpieczenie może nie pokryć pewnych zdarzeń. Mój kolega podczas urlopu w Tajlandii ze względu na niedoskonałość mechaniczną lateksu zmuszony był zasięgnąć pomocy lekarskiej i brać leki zapobiegające rozwinięciu się pewnego wirusa.

Co się stanie jeśli jednak postanowimy zaryzykować?

Naprawdę nie warto. Ostatnio głośna była historia Polaka, który nie może opuścić Meksyku, dopóki nie odda szpitalowi 800 tysięcy złotych. Według statystyk pewnego biura podróży około 80% Polaków nie wykupuje dodatkowego ubezpieczenia, którego koszt w tym wypadku wynosił 90 złotych.

Jesteś młody i zdrowy i teoretycznie nic Ci nie grozi. Długo zastanawiałem się nad przykładem, który pokaże Ci, że ciągle ryzykujesz. Niestety będzie brutalnie. Masz pecha i powodujesz wypadek komunikacyjny i OC sprawcy nie pokryje kosztów. Sprawa jest na tyle poważna, że kończy się pobytem na oddziale intensywnej terapii, czyli najdroższym miejscu w szpitalu. Bez ubezpieczenia jedyną szansą na powrót do kraju będzie dla Ciebie bohaterska ucieczka ze szpitala i następnie przeszczep twarzy i zmiana tożsamości. Niestety takie usługi też kosztują. Koło się zamyka.

Trzeba się było ubezpieczać

Powiedział w 1997 roku premier Cimoszewicz. Powiedzenie prawdy ofiarom powodzi kosztowało go utratę popularności i naraziło na powszechną krytykę. Od tego czasu politycy starają się unikać szczerych rozmów na temat rzeczywistości, bo to zbyt wiele kosztuje.

You only live twice to nie jest piosenka o Tobie. YOLO, żyjesz tylko raz i dlatego nie możesz pozwolić sobie na błędy, więc pamiętaj o ubezpieczeniu.

Proszę o udostępnianie treści:

O pracy w transporcie medycznym

karetka

Pamiętacie film Transporter? Mniej więcej o to chodzi w transporcie medycznym. Bezpieczne dostarczenie pasażera z punktu A do punktu B. Oczywiście sytuacja się komplikuje, ponieważ pracujemy z ludźmi. Dwóch lekarzy zostało skazanych za to, że niewłaściwie zabezpieczyli pacjenta na czas transportu, medyk który zamawiał przewóz i ten, który wiózł. Tak więc do moich obowiązków, jako lekarza, należy ocena tego, czy chory nadaje się do przewiezienia do innego szpitala, a także zlecenie zadań, które powinien zrealizować lekarz prowadzący, aby było to możliwe. Na miejscu mamy szereg możliwości, z których możemy skorzystać, w karetce już nie za bardzo. Kłopotliwe bywa nawet podawanie leków, nie mówiąc już o ich nabieraniu do strzykawki.

Teoretycznie najprościej jest z pacjentami w najcięższym stanie, z tymi, którzy są wentylowani przez respirator i mają podłączone silnie działające leki podawane przez automatyczne pompy. Z takimi chorymi mam też najwięcej doświadczenia. Tutaj nie ma zbyt wielu decyzji do podjęcia, jeśli pacjent jest w stanie ciężkim, ale stabilnym, to po prostu starasz się zebrać jak najwięcej informacji i można ruszać.

Najbardziej błahym przykładem sytuacji związanej z przygotowaniem pacjenta do transportu, było 3-letnie dziecko, które miało być przewiezione z małego do dużego szpitala pediatrycznego w związku z niewielkimi poparzeniami. Nic groźnego dla życia, ale problem był taki, że dziecko nie miało wenflonu. Zostałem poproszony o to, żeby zabrać pacjenta bez drogi dożylnej, na co oczywiście się nie zgodziłem. Za duże ryzyko dla małego pacjenta, kondycja dzieci bardzo szybko ulega zmianie i zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze. Doprowadziło to do pewnego impasu, ponieważ wyglądało na to, że na miejscu nie mogą sobie z tym poradzić. Wybrałem najprostsze rozwiązanie. Sam założyłem wenflon, po czym zleciłem podanie niewielkiej dawki środka uspokajającego, żeby zmniejszyć stres dziecka. Nie należało to do zakresu moich obowiązków, ale generalnie polska medycyna funkcjonuje tylko dlatego, że personel medyczny nieustannie dla dobra pacjenta wykonuje rzeczy, których nie musi/nie powinien robić/za które nikt nie płaci. Trzymając się zasad mógłbym powiedzieć: – próbujcie zakładać wenflon, ja poczekam, jak będziecie gotowi to dajcie znać. Na szczęście, to była dla mnie stosunkowo prosta sprawa.

Transport medyczny dzieli się chyba na trzy kategorie:

– sanitarny, czyli w zasadzie zwykła taksówka, np. odwożenie relatywnie zdrowych ludzi do domu

– z ratownikiem

– z lekarzem.

Za transport pomiędzy szpitalami płaci szpital zlecający transport. Można też zamówić prywatną usługę transportu medycznego, jeśli macie np. chorego członka rodziny i chcecie przewieźć go do szpitala. Jest to przydatne zwłaszcza w przypadku dysfunkcji ruchu, pacjentów leżących, czy na wózkach inwalidzkich, gdzie podróż prywatnym autem jest drogą przez mękę. Ze względu na to, że ratownicy medyczni i kierowcy zarabiają bardzo mało, to cała usługa nie jest specjalnie kosztowna.

Z transportem medycznym związanych jest kilka problemów. Najistotniejszym jest stan pacjenta. Im jest gorzej, tym więcej stresu, nerwów, zmęczenia, tym szybsza podróż. Gdy jeździsz po mieście na sygnale i przejeżdżasz skrzyżowania na czerwonym, to starasz się jak najbardziej zrelaksować, myśleć o tym, że choć prawdopodobieństwo wypadku jest całkiem realne, to akurat się nie przydarzy. Z czasem przyzwyczajasz się do tego, choć pewnym problem jest hałas związany z taką jazdą. O włączeniu sygnałów w karetce transportowej decyduje lekarz lub ratownik medyczny. Na szczęście większość kierowców, z którymi miałem przyjemność jeździć ma umiejętności, które pozwoliłyby im na wzięcie udziału w 24-godzinnym wyścigu w Le Mans. Wydolnościowo są na pewno przygotowani, jeżdżą tak bez przerwy. Dzięki temu czuję się z nimi bezpiecznie. Nie zazdroszczę im roboty, to prawdziwi twardziele, zdolni do intensywnej pracy na wysokich obrotach przez 24h na dobę.

Drugim potencjalnym problemem jest zespół. Znasz ludzi, ufasz im, wiesz co potrafią, robota jest prosta. Możesz liczyć na wsparcie, rady, pomoc. To jest bardzo ważne. Co jeśli jednak dostaniesz niedoświadczonych ludzi prosto po szkole? Wtedy poziom trudności rośnie. Na szczęście mam przyjemność pracować z bardzo dobrymi, doświadczonymi ratownikami i kierowcami.

Wreszcie kwestia sprzętu. W szpitalu jestem przyzwyczajony do tego, że w ciągu kilku sekund dostaję wszystko czego potrzebuję. Ewentualne braki można bardzo szybko uzupełnić. W karetce nie jest to takie oczywiste. Przed rozpoczęciem pracy dobrze jest zorientować się w sytuacji, chociaż tutaj znowu dobry ratownik rozwiązuje problem.

W środku karetki poruszasz się trochę jak na statku, jeśli próbujesz się przemieszczać, ryzykujesz tym, że może nagle rzucić tobą o ścianę. Zasadniczo to jest taki samochód, który ze względu na olbrzymią masę, niezależnie od stanu technicznego bardzo powoli się rozpędza do danej prędkości, z trudem ją utrzymuję i nie jest w stanie zatrzymać się w miejscu. Dlatego tak ważna jest pomoc innych uczestników ruchu. Czasem aż miło popatrzeć, gdy korek pięknie się organizuje, żeby nas przepuścić.

Przygody

To jest taka praca, że generalnie jej nienawidzisz, ale też trochę ją lubisz. Taki syndrom sztokholmski. Nie cierpisz jej latem, kiedy umierasz z upałów i zimą kiedy łatwo się przeziębić. Zastanawiasz się, jakie poczyniłeś złe wybory w życiu, kiedy nocą godzinami czekasz na swoją kolejkę na izbie wytrzeźwień, albo podróżujesz z kolejną ofiarą dopalaczy na toksykologię. Ma to swój urok, bo możesz poznać policjantów, czy też strażników miejskich, czujesz wtedy, że wykonujecie ważną społeczną misję. Inni śpią, a wy czuwacie, niczym Batman nad Gotham City.

Nie możesz pozbyć się delikatnego uczucia współczucia, kiedy kolejny nastolatek z psychiatrii młodzieżowej nieudolnie próbuje złamać sobie rękę uderzając pięścią o ścianę. Wykorzystujesz cały swój talent pedagogiczny, żeby wytłumaczyć, że jak kości nie są złamane, to gips nie jest potrzebny (wszyscy z nich chcą mieć gips na ręce) i starasz się ich pocieszyć i wysłuchać.

Irytujesz się długimi godzinami nudy, kiedy twoje umiejętności nie są do niczego potrzebne, a cała praca sprowadza się do bycia skrzyżowaniem taksówki i firmy transportowej. Czasem jednak przychodzi ten czas, że działasz i wtedy podejmujesz decyzje w ciągu ułamku sekund. Robisz wszystko, żeby zwiększyć szanse swojego pacjenta na przeżycie. Dzwonisz i każesz załodze drugiego szpitala na siebie czekać przy drzwiach. Przekonujesz ich do optymalnych rozwiązań, kiedy wiesz, że masz rację.

Po wszystkim wiesz, że dobrze jest chwilę posiedzieć na bazie i porozmawiać z ludźmi o głupotach, albo zupełnie na poważnie wymienić się doświadczeniami, porozmawiać o pacjentach. Zapytać o to co można było zrobić inaczej.

Czasem też czujesz się jak na pikniku. Na przykład jak trzeba zawieźć na badanie najcięższego człowieka w Łodzi (ponad 200 kilogramów). Wtedy spotykają się dwie lub trzy załogi karetek i razem ustalają strategię działania. Zmieniają w trakcie trudnych manewrów na klatce schodowej. Na szczęście dla kręgosłupów ratowników teraz chyba inna firma przejęła ten lukratywny kontrakt.

Z pracą w karetce transportowej wiąże się też okres największego lenistwa zawodowego. Poznałem takie miejsce, w którym zdarzało się, że karetka nie wyjeżdżała przez całą dobę. Do tego baza była wyjątkowo piękna, bo był to duży 300 metrowy dom wynajęty po kosztach od lokalnego biznesmena, który wyprowadził się do większego. Idylli dopełniali mili, gospodarni ludzie, jak to w Wielkopolsce. Własny pokój z dużym tarasem, a na nim leżak, duży ogród, dobrze wyposażona kuchnia, piękny salon. Nigdzie nie obejrzałem tylu odcinków Mam Talent co tam, czy też zapoznałem się ze wszystkimi bohaterami Rolnik Szuka Żony. Oczywiście robota była nisko płatna (28 złotych za godzinę brutto i trzeba było dojechać 100 km w jedną stronę). Wyjazdy kiedy się zdarzały, to bywały naprawdę ekstremalnie trudne. Po około roku szpital zorientował się, że utrzymywanie karetki transportowej, która bardzo rzadko rusza się z miejsca, nie jest najlepszym sposobem na wydawanie publicznych pieniędzy.

Wracając do tych trudnych wyjazdów. Nigdy nie zapomnę długiej podróży z bardzo chorym dzieckiem i jego mamą. Pacjent od urodzenia był wentylowany respiratorem domowym i nieznana była przyczyna jego ciężkiego stanu, co kazało myśleć o takiej wielkiej, smutnej książce pod tytułem „Choroby Rzadkie”. Ze względu na infekcję oddechową, respirator miał trudności z wentylowaniem płuc. Od czasu do czasu musiałem więc robić to ręcznie za pomocą worka samorozprężalnego, co pozwalało na przejściową poprawę funkcjonowania płuc. Byłem pod wrażeniem rodziców, bardzo młodych ludzi, którzy potrafili sami całkowicie opiekować się dzieckiem. Mama pomagała mi odsysać nadmiar wydzieliny z dróg oddechowych, umiała ustawić respirator, od czasu do czasu sięgała też po worek ambu. Byli naprawdę dzielni. Generalnie jeśli chodzi o stosunek zysk/ryzyko, to była całkowicie nieopłacalna robota, miałem świadomość tego, że w przypadku znacznego pogorszenia się stanu, moje możliwości w karetce są bardzo ograniczone. Na szczęście udało nam się dojechać do specjalistycznej kliniki, gdzie wszyscy czekali.

To tylko etap w życiu

Mam nadzieję że ta praca to tylko etap przejściowy. Rezydenci anestezjologii mają bardzo ograniczone możliwości dorabiania, nie ma żadnych poradni, ani prywatnych gabinetów. To jest w gruncie rzeczy praca, do której jestem najlepiej przygotowany ze względu na umiejętność radzenia sobie w sytuacjach nagłych. Staram się wyciągać z niej jak najwięcej, zastanawiać się nad wdrożonym leczeniem, jak najwięcej pytać, dowiadywać się. Po uzyskaniu tytułu specjalisty, o ile przebieg mojej kariery zawodowej potoczy się zgodnie z planem, to będę zbyt wykwalifikowanym pracownikiem, żeby jeździć w karetce transportowej. Swoistym plusem tej pracy jest fakt, że tutaj nigdy nie zabraknie tematów do opisania na blogu.

Proszę o udostępnianie treści:

Czy lekarze potrafią szybko biegać?

Side view of doctor running in the hospital

W poprzednim wpisie pisałem o tym, że lekarze nie mają czasu prowadzić zdrowego trybu życia. Spotkało się to ze zdecydowaną reakcją mojej znajomej, której wiara w środowisko medyczne jest silna i niezachwiana. To jedna z niewielu takich osób i jest to na swój sposób piękne. Żywi ona głębokie przekonanie, że nie powinno się mówić o rzeczach, które mogą kwestionować lekarski autorytet. Podważenie wiary w lekarzy, może doprowadzić do tego, że pacjenci nie będą się liczyli ze zdaniem medyków. Gruby doktor, może pozostać gruby, o ile ma do dyspozycji autorytet. Przy jego pomocy będzie w stanie udzielać niemalże ojcowskich porad, wykorzystując całą swoją patriarchalną pozycję. Zakwestionowanie tego może sprawić, że lekarz nie będzie na przykład w stanie przekonać pacjenta z nadwagą do utraty kilogramów.

Wedle tej argumentacji wobec medyków można stosować trochę inne, mniej surowe kryteria, ponieważ jeśli zachowują się niewłaściwie pod kątem zdrowotnym, to robią z całą świadomością negatywnych konsekwencji. Po prostu taki wybór ścieżki życiowej, a nuż się okaże, że mają anegdotyczne geny Churchilla? Wtedy wszystko ujdzie im na sucho, czy warto jednak podejmować to ryzyko? Obiecałem więc specjalnie dla niej, że napiszę coś pozytywnego.

Lekarze potrafią biegać zadziwiająco szybko.

Bylibyście zaskoczeni tym, bo w życiu nie pomyślelibyście o tym, biorąc pod uwagę wiek, czy też kondycję fizyczną. Pomimo tego, że generalnie jestem dosyć sprawny, to często ciężko było nadążyć, zanim się orientowałem zwyczajnie zostawałem z tyłu. Czy to wygląda tak jak w serialach? O dziwo tak, jest to jedna z niewielu sytuacji, którą produkcje telewizyjne dobrze pokazują. Serce rośnie, kiedy biegniesz, myślisz sobie


ale fajnie, zupełnie jak w telewizji, o czymś takim marzyłem zostając lekarzem

Jeśli jest do tego jakaś publiczność, to ludzie zazwyczaj patrzą się na to z podziwem i uznaniem, jest to jakaś głęboko zakorzeniona w podświadomości wizja, ludzie w białych fartuchach biegną, stetoskopy im radośnie bujają się na boki. Ile jest w nich pasji i oddania dla pacjentów, to nie są konowały, które tylko siedzą i piją kawę!

W jakich sytuacjach biegają lekarze? Zasadniczo są dwie, najpoważniejsza jest ta z pacjentem na łóżku. Przykład: przyjeżdża karetka, przylatuje helikopter, ofiara wypadku musi być jak najszybciej przetransportowana na blok/odział intensywnej terapii. Nie ma czasu do stracenia, każda sekunda zmniejsza szanse na przeżycie. Wszystko wymaga dobrej organizacji, zwłaszcza w szpitalach, które nie do końca są przemyślane architektonicznie. Osoba na przodzie musi być wtedy najszybsza, jej zadaniem jest otwieranie i przytrzymanie drzwi i usuwanie wszelkich innych przeszkód. Generalnie jest to sport drużynowy, przy kilku wspólnych przebiegach wszystko odbywa się niejako naturalnie, intuicyjnie, każdy zna swoją rolę. Nawet fakt, że kółeczka w łóżkach nie chcą się tak do końca kręcić, tylko zostawiają ostry ślad na wysłużonym gumoleum, nie stanowi przeszkody. Taką siłę wyzwala u ludzi adrenalina i poczucie, że chciałbyś żeby się udało.

Druga sytuacja jest domeną anestezjologów. Lekarz, bądź ich grupa biegnąca bez pacjenta też niczego dobrego nie wróży. Anestezjolodzy są lekarzami najbardziej doświadczonymi w kryzysowych sytuacjach i dlatego wzywani są do wszystkich ciężkich przypadków.

Niech anestezjolog biegnie

Znaczy tyle, że sytuacja jest naprawdę poważna. W szpitalu dziecięcym wszystko dzieję się o wiele szybciej, mali pacjenci mają niewielkie rezerwy i dlatego tempo pracy jest niewiarygodne. Tam najczęściej spotkacie się z biegnącym personelem medycznym. Oczywiście nie tylko lekarze biegają, podobna sprawa ma się z ratownikami, którzy przywożą pacjenta do szpitala. Wiadomo, że bez pielęgniarki anestezjologicznej cała zabawa nie ma większego sensu, nawet nie warto zaczynać biegu. To tak jakby spróbować rozegrać mecz piłki nożnej bez bramkarza.

Generalnie ilekroć widziałem, że mój kolega biegnie w jakimkolwiek kierunku, to zawsze się przyłączałem. Podobnie, gdy ktoś nagle wybiegał z pokoju lekarskiego. Byłoby to zresztą źle widziane, że jeden z młodszych członków zespołu nie jest zainteresowany, tylko akurat siedzi i odpoczywa. W kryzysowych sytuacjach liczy się każda para rąk do pomocy. W dobrze funkcjonujących zespołach ludzie wiedzą, że mogą nawzajem na sobie polegać i nawet nie muszą prosić o wsparcie, wiedzą że zawsze będą mogli na nie liczyć. Zostaną z Tobą tak długo jak tylko będzie trzeba, nawet jeśli dawno już powinni iść do domu.

You’ll never run alone

Proszę o udostępnianie treści: