Jest w porządku

Damianek_rozowodamian chory

Tekst został zamówiony przez jedną z bliskich mi osób. Zakończyłem leczenie we wrześniu. To nie ma znaczenia. Ważne jest to, że pół roku po wszystkim ludziom zdarza się płakać i teatralnym szeptem pytać „Czy z Damianem jest wszystko w porządku? Doszły mnie słuchy, że nie jest najlepiej. Tak bardzo go lubiłam, czy on będzie żył”?

To byłoby nawet zabawne, gdyby dotykało mnie osobiście, ale dla moich najbliższych może być krępujące. Dlatego też postanowiłem zakończyć ten stan rzeczy poprzez onkologiczny coming out i rozpoczęcie kariery jako onkocelebryta. Kolejne badania wykazały, że wszystko jest w porządku, dla świętego spokoju postanowiłem też rozszerzyć tomografię o PET.
Niestety w miarę upływu czasu mój zapał do dzielenia się jakimikolwiek informacjami zmniejszył się. Z drugiej strony mam świadomość, że dla osób dotkniętych chorób, czy też dla ich najbliższych kluczową rzeczą wydaje się być nadzieja. Świadomość tego, że można przezwyciężyć wszystkie trudności, że nie należy się poddawać. Nic w tym nie pomaga tak bardzo jak pozytywne przykłady.
Z tego powodu wrzucam dwa zdjęcia dla porównania. Jak widać z powrotem udało mi się wyhodować włosy, w bonusie dostałem nawet trochę brody. Dzisiaj będzie więc tylko pozytywnie. Żeby jednak trochę ponarzekać, to powiem, że z brodą jest trochę problemów, bo trzeba mistrza od brody rezerwować z dwutygodniowym wyprzedzeniem, a sam nie umiem jej przycinać.
Od zakończenia leczenia zredukowałem masę ciała ze 105 kg do około 100 kg i jestem na dobrej drodze. Sam proces leczenia wiązał się dla mnie z dużymi niespodziankami. Czuję się teraz dobrze, praktycznie wróciłem do formy sprzed operacji. Miałem dużo szczęścia, że nie rozcinano mi klatki piersiowej, nie drutowano mostka, lecz zastosowano wideotorakoskopie. To dosyć nowoczesna metoda i bardzo korzystna dla pacjentów, która najogólniej mówiąc jest odpowiednikiem laparoskopii, tylko że wykonywanym wyżej. Dzięki temu szybko wróciłem do siebie poza zabiegu.
Generalnie pomagał mi fakt, że byłem dosyć mocno zajęty. Otrzymałem bardzo wiele wsparcia od mojej wspaniałej dziewczyny, rodziny, czy przyjaciół. Podczas pobytu w szpitalu Dominik siedział u mnie praktycznie codziennie.
Bardzo mocno moją uwagę zaprzątała chęć podszkolenia się w Fifę. Miałem dobre warunki do tego, jednoosobowa sala i telewizor, XBOXa przynosiłem z domu. Poza tym dużo czasu zajmowały mi rozmowy z dziennikarzami, udzielanie wywiadów etc. Generalnie dobrze jest być celebrytą, to pomaga. Nawiązałem dzięki temu wiele serdecznych relacji, które utrzymuje do dzisiaj.
Starania o poprawę losu lekarzy to zadanie na pełen etat, dzięki któremu nie miałem kiedy myśleć o chorobie. Poza tym niewiele osób podczas uzupełniającej chemioterapii zorganizowało dwie manifestacje. Wymyślałem sobie też różne głupie aktywności. Regularnie chodziłem się opalać, dopóki nie zauważyła tego moja Pani Onkolog (pozdrawiam Cię serdecznie ;)) i mi zabroniła, bo ponoć nie można. Na chemioterapię dojeżdżałem rowerem. Próbowałem też ćwiczyć na siłowni, ale smuciła mnie świadomość, że moje mięśnie zamiast rosnąć po prostu umierają i że ta aktywność nie ma sensu.
Tak czy owak na to też dostałem zakaz, w momencie w którym okazało się, że liczba moich białek krwinek spadła do niebezpiecznie niskiego poziomu i musiałem zrobić tydzień przerwy od chemioterapii na regeneracje. Musiałem też regularnie szprycować się czynnikami wzrostu, co akurat było zabawne, bo czułem się jakbym się przygotowywał do olimpiady. Mniej wesołe było to, że pod wpływem tego lekarstwa fizycznie czułem gdzie produkowany jest szpik kostny. Bolały mnie plecy. Poza tym zaczęły mi się wyrzynać ósemki, co mi trochę próbowało przemodelować zgryz, ale uspokoił mnie dentysta mówiąc, że mam tak dużą diastemę, że nie muszę się obawiać, bo mam sporą rezerwę.
Oczywiście miałem problem z żyłami, bo chemioterapia jest jak płynący w naczyniach napalm. Z czasem było ich coraz mniej, pojawiło się też wędrujące zapalenie żył (jest naprawdę wędrujące), ale na to cudownym remedium była sauna. Żałowałem, że nie założyłem sobie portu donaczyniowego, co polecam wszystkim chorym i ich rodzinom. Sam nawet takie porty zakładałem ludziom i bardzo lubię to robić.
Zimno mi też było w głowię, jak nie masz włosów to nagle się okazuje, że strasznie wieje i że dużo ciepła się w ten sposób traci. Z drugiej strony przez długi czas nie musiałem się golić i to było sporą oszczędnością czasu. Byłby to plus gdyby nie to, że miałem aż za dużo czasu.
Wykorzystałem całkowicie limit 182 dni zwolnienia. Żałowałem, że nie dano mi więcej czasu na odpoczynek i regeneracje. Zwłaszcza tego dobrego czasu, od odebrania wyników, które mówiły że wszystko jest w porządku, a powrotem do aktywności zawodowej. Nie chciałem jednak stawać przed jakąś tam komisją i prosić o zasiłek, nie lubię papierów.
Zastanawiałem się nad tym ile rzeczy zapomniałem, jak bardzo będę musiał sobie wszystko przypominać. Nawet po tak długiej przerwie, gdy stajesz za głową pacjenta i do ręki dostajesz laryngoskop, to już wiesz, że wszystko będzie dobrze.
Mam wyostrzony węch, co jest wadą, bo czuję, że powietrze śmierdzi, a z drugiej strony wydaje mi się, że niektóre rzeczy potrafię wywąchać. Ponoć niektóre psy potrafią wyczuć zapach chorób i boję się, że idę w tym kierunku, w każdym razie ćwiczę swoje umiejętności.
To by było na tyle, jak będę miał ochotę to jeszcze coś tam napiszę w tym temacie, ale kwestia jest taka, że to czego naprawdę chcesz w trudnych momentach to powrót do normalności. W szpitalu myślałem o tym, że jeśli wychodząc do domu nie potrafisz się cieszyć, to jest to trochę bez sensu. Z drugiej strony leczyłem się w tym samym szpitalu co pracuje, przychodziłem więc do tego samego miejsca co zwykle. Przy odrobinie starania mogłem wyobrazić sobie, że wcale nie jestem tu pacjentem.

We just livin’ in the moment, making our past, losin’ our grasp through the grand parade

Proszę o udostępnianie treści:

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *