Wściekłość

lapa
Spostrzegawczy obserwator (na powiększeniu zdjęcia) dostrzeże różową, idealnie prostą kreskę, czyli bliznę po wideotorakoskopii. To taki odpowiednik laparoskopii, z tym, że kamerą macha się w klatce piersiowej. Pozwala to uniknąć rozcinania mostka i związanych z nimi niedogodności, dzięki czemu w relatywnie krótkim czasie po operacji, mogłem wrócić na siłownię.

Bywam tam regularnie i choć daleko mi do poziomu moich stałych bywalców, to regularnie robię postępy. Na pewno przyczynia się do tego praca w centrum urazowym i próba znalezienia konstruktywnego sposobu na rozładowanie emocji. Dwa razy do roku przychodzi jednak taki czas, kiedy praktycznie zamykam się na siłowni, eskalując ilość treningów do granic możliwości. Na co dzień nie myślę o konieczności wykonywania badań kontrolnych. Cieszę się życiem.

Problem zaczyna się w momencie przekroczenia progu onkologa. Jest przemiłą i fantastyczną młodą lekarką, u której pacjenci spędzają sporo czasu. Wizyty u niej pozwalają mi zrozumieć dlaczego pacjenci (zwłaszcza starsi) tak bardzo kochają rezydentów i mimo, że generalnie to nie lubią lekarzy, to za nami stoją murem.

Niektórzy, przyzwyczajeni do taśmowej obsługi narzekają na to, że muszą czekać na swoją kolej. Nie należę do tych osób. Zrezygnowałem z usług poprzedniej Pani Doktor, po tym jak mnie wkurzyła marudząc, że nie wie czy dożyje do następnej wizyty, bo czuję się strasznie zmęczona. Nienajlepszy żart, wobec osób, które naprawdę mogą nie dożyć do następnej wizyty.

Odliczanie zaczyna się w momencie wyjścia z gabinetu i umówienia terminu na badanie obrazowe. Tutaj zaczynam szczerze współczuć innym chorym i sobie. Pracuje w tym samym szpitalu, w którym byłem pacjentem, co ma swoje plusy. Jak leżałem pod kroplówkami, to kiedy sam je sobie zmieniałem (żeby odciążyć trochę przepracowane pielęgniarki) wyobrażałem sobie, że tak naprawdę tymczasowo pracuje na oddziale onkologii.

To normalne więc, że do rejestracji podchodzę przebrany w strój bojowy lekarza, czyli ze stetoskopem i w fartuchu, a stopy są przyodziane crocsami, dzięki czemu mogę się skradać bezszelestnie. Nie spodziewałem się ciepłego przyjęcia, ale kobieta jest koszmarem:

-czemu pan wybrał ten tomograf?, w szpitalu są jeszcze dwa inne, niech sobie pójdzie i zrobi na tym innym, a nie na tym.

W tym momencie dokonuje szybkiej analizy sytuacji, pani rejestratorka z niewiadomych powodów postanawia mnie upokorzyć, pokazując swoją władzę. Zastanawiam się czy gdybym zbił pięścią oddzielającą nas szybę, to czy wyrzucono by mnie z pracy, czy też dostałbym tylko naganę. Obstawiam to drugie, są braki kadrowe.

Staram się jednak myśleć o niej ze współczuciem i wyrozumiałością, przede mną siedzi sobie na krzesełku biedny, sfrustrowany, nisko opłacany, nieszczęśliwy człowiek, który w ten sposób próbuje się zapewne podbudować. Przypominam sobie wszystkie nauki de Mello, o tym żeby patrzeć na siebie z dystansu i obserwować, by nie przywiązywać się do własnych emocji i myśli, które są tylko wytworem mojej jaźni.

Wiem, że dobre wrażenie zrobiłoby też poproszenie jej o imię i nazwisko i zapisanie go sobie. Oczywiście później nie chciałoby mi się nic z tym robić, ale ludzie tracą inicjatywę, kiedy człowiek każe im się wylegitymować. Czuję narastającą falę gniewu i minimalnie uspokajam się myśląc o tym, że już za godzinę wezmę najcięższego ketla, którego jestem w stanie unieść i będę nim wściekle machać.

-na skierowaniu napisane mam, że mogę w każdym miejscu
-ale nie rozumiem, czemu musi Pan tutaj, powinien pan tam!

To jest jedna z tych sytuacji, w których górę bierze zaskoczenie, zaciekawienie i masochistyczna fascynacja kierunkiem tej rozmowy. Na pewno znacie te absurdalne momenty, kiedy ni z tego ni z owego, ktoś np próbuje Was uderzyć, a Was bawi surrealizm tego co się dzieje.

-proszę mnie zapisać, wszystkie badania wykonywałem na tym tomografie, chciałbym to kontynuować, ponieważ ułatwia to powtarzalność badań.

Nie wiem czemu jestem dla niej miły, wiem, że później nie będę mógł poradzić sobie z wściekłością. Wychodząc z siłowni, czuję się zmęczony, ale ciągle rozdrażniony. Rozpoczyna się odliczanie. Często śmieje się z Koleżankami i Kolegami, że praca w Koperniku liczona jest w psich latach, bo jest tak ciężko.

W tym wypadku jest jeszcze gorzej. Wkrótce pojawią się problemy ze snem, przetrenowane mięśnie będą odmawiać mi posłuszeństwa. Nie boję się śmierci, boję się powrotu na chemioterapię, mimo że dzięki niej dużo się nauczyłem.

W dniu badania próbuje sobie przypomnieć, że w pewnych sytuacjach jedynym zadaniem człowieka jest akceptacja rzeczywistości, stawienie się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie i wytrzymanie chwilowych niedogodności. To nie jest wcale tak dużo.

Po badaniu staram się cierpliwie czekać na opis, obiecuję sobie nie iść do radiologów i nie zawracać im dupy, wiem, że mają bardzo dużo pracy. Nie zawsze mi to wychodzi, w tym momencie jestem już wrakiem człowieka. to jest tryb „dead man walking”. Wszystko to okazuje się być niepotrzebne. Po raz kolejny wyniki są dobre i cały cykl muszę powtórzyć jeszcze tylko 5 razy. Na jakieś 5 miesięcy mogę odetchnąć.

Staram się myśleć o sobie z wyrozumiałością i sympatią. Nie jest najgorzej, konstruktywnie zarządzam swoją złością. Mój przyjaciel twierdzi, że mam po prostu kłopot z odczuwaniem innych negatywnych emocji niż wściekłość, i że w ten sposób odbieram również strach, smutek czy też rozczarowanie. Porozumienie Rezydentów, manifestacje, głodówka, te wszystkie akcje, burzenie muru, cegła po cegle, narzucanie innym ludziom swojej wizji, bronienie swoich pomysłów i wyszarpywanie zmian to wszystko było spowodowane chęcią zagospodarowania mojej wewnętrznej agresji. Skończyły mi się pomysły na toczenie wojny ze sobą i z całym światem i poczułem się zmęczony. Zdałem sobie sprawę z własnych ograniczeń i chciałbym spróbować czegoś nowego, dlatego postanowiłem wypróbować terapii.

Obiektywnie rzecz biorąc bycie pacjentem jest ciężkie, chemioterapia jest trudna, wykonywanie badań kontrolnych to udręka, a stanie w kolejce jest koszmarem. Do tego wszystkiego anestezjologia to jedna z najbardziej depresyjnych specjalizacji, z największym ryzykiem samobójstw pośród lekarzy. Olbrzymim problemem polskiej medycyny jest to, że pozostawiamy zarówno pacjentów, jak i lekarzy samych sobie, nie dając im odpowiedniego wsparcia.

Proszę o udostępnianie treści:

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *