5/10

damianek

Połowa dyżurów już za mną, jeszcze tylko 5. Na szczęście zdołam trochę odpocząć. Pójdę w końcu na zebranie Łódzkiej Izby Lekarskiej, poprzednie musiałem opuścić ze względu na braki kadrowe w pracy. Wezmę udział w konkursach na pielęgniarki oddziałowe (oczywiście, jako jury, a nie uczestnik). Pojadę na konferencję do Karpacza. Nie mogę się doczekać tych kilku dni, kiedy mądrzy ludzie będą do mnie mówić, a ja będę sobie siedział i słuchał w gronie całej masy przyjaciół i znajomych. To dużo przyjemniejsze niż żmudne siedzenie nad książkami. Potem przyjdzie grudzień, w którym nie mam żadnego dyżuru i wrócę do pracy z dziećmi.

Ciągle nie mamy pełnej obsady, co sprawia, że wzrasta obciążenie pracą. Na szczęście ostatni dyżur był stosunkowo łatwy, co rzadko zdarza się w centrum urazowym. Zaczęliśmy od dywulsji. Bardzo szybki i prosty zabieg, chirurg wkłada śpiącemu pacjentowi palce w odbyt celem jego naprawy. Wymaga olbrzymiego wyczucia, ponieważ musi włożyć w to dokładnie tyle siły by odpowiednio wszystko rozciągnąć, tak żeby poprawiło się ukrwienie i na tyle mało, żeby nic nie pękło. Jest to jeden z takich zabiegów, które są painful to watch i stresuje się wtedy, że coś może pójść nie tak. Trudność anestezjologiczna jest taka, że to jest okolica bardzo wrażliwa, wstrząsorodna. Pacjenci muszą spać bardzo głęboko i trzeba czuwać nad tym, by nie doszło do odruchowego spowolnienia akcji serca. Podobnie jak w przypadku każdej choroby istnieje ryzyko nawrotów i powikłań.

Znalazłem też chwilę czasu by pozbyć się dwóch ciężkich kartonów pełnych ulotek dotyczących tego jak rzucić palenie, jak rozpoznać czerniaka, a także jak żyć zdrowo. Wysłali mi je pocztą organizatorzy szkolenia z wczesnego rozpoznawania nowotworów i do tej pory nie mogłem się zmotywować, żeby je rozdać. (pewnie dlatego, że jeden karton ważył jakieś 30kg). Odczekały sobie jakieś pół roku. Kiedy będę mieć gorszy dzień to będę brać je ze stolika, na którym je zostawiłem i zacznę wręczać stojącym pod drzwiami szpitala palaczom, prosząc grzecznie, żeby sobie poszli, bo stoją zbyt blisko budynku użyteczności publicznej. (najbardziej bezczelni pacjenci palą w szpitalu na korytarzu)

Udało mi się też rozdać kilkanaście kilogramów jabłek, które dostałem od zaprzyjaźnionego rolnika. Pielęgniarki, instrumentariuszki, salowe i ochroniarze ucieszyli się, najwyraźniej rzadko dostają prezenty. Mogłem też pomóc trochę na intensywnej terapii zajmując się pacjentami i wybierając się z jednym z nich na wycieczkę do tomografii. Dzięki tym wszystkim aktywnościom udało mi się przejść zalecaną dzienną liczbę kroków. Przekonałem również jedną z Koleżanek do zamówienia wegańskiego jedzenia na obiad.

Można więc powiedzieć, że wręcz czekałem na jakąś akcję i nie zawiodłem się, w końcu dlatego wybrałem pracę w centrum urazowy. Kiedy na salę wjechał pęknięty tętniak byłem wypoczęty, zrelaksowany i gotowy do walki. Cieszyłem się, że przyjechał w dzień, nie zaś jak to często bywa o 3 w nocy. Pamiętam swoje początki z takimi zabiegami, czy też z urazami wielonarządowymi i czuję satysfakcję widząc jak daleką przeszedłem drogę.

Pacjent jak większość mężczyzn w średnim wieku nie wiedział na jakie choroby choruje, ani jakie leki bierze. (Ci szczęśliwsi mają żony, które za nich to pamiętają, pewnie dlatego żonaci mężczyźni dłużej żyją). W momencie kiedy pacjent zasnął rozpoczął się wyścig z czasem i walka o życie. Im lepsze przygotowanie przed pierwszym nacięciem i w pierwszych minutach zabiegu, tym lepsza, sensowniej poukładana robota przez cały zabieg.

Roboty było tyle, że w zasadzie biegałem koło stołu, podłączając kocyk grzewczy, ogrzewacz płynów, zakładając duże wkłucia do toczenia krwi i takie, które ułatwiają monitorowanie. Wszystko to wymaga sporej koncentracji i podzielności uwagi. Wtedy wszelkie żarty na temat anestezjologów, którzy czytają książki i robią sudoku cichną.

Dużo w takich sytuacjach zależy od doświadczenia i umiejętności pielęgniarki czy też pielęgniarza anestezjologicznego, którzy są elitą w swoim fachu. W dobrym zespole, każdy sam z siebie wie co ma robić i lekarz nie musi wydawać zleceń, lecz pozostaje otwarty na sugestie zespołu.

Po kolei zlecałem rozmrażanie osocza, prosiłem serologię o zwiększanie ilości krzyżowanej krwi i szykowanie płytek. Później modliłem się o to, żeby prawidłowo wypełnić sterty karteczek i dobrze wpisać kolejne preparatów do Wielkiej Księgi Przetoczeń Krwi. Środki bezpieczeństwa przy przetaczaniu krwi i preparatów krwiopochodnych obligują do drobiazgowego wypełniania stosów dokumentacji. To ma głęboki sens, ale jest też olbrzymim problemem przy trudnych zabiegach związanych z dużą utratą krwi. Po kilku godzinach zrobiłem się zmęczony, mimo że Kolega przyszedł mi pomóc ogarnąć te wszystkie papiery.

Zabieg zakończył się sukcesem, co znaczy że pacjent przeżył do końca. Niestety tak duże operacje wiążą się z późniejszymi problemami i rokowanie jest bardzo zmienne. Pocieszające jest to, że od czasu do czasu pacjenci, którzy zupełnie nie rokowali wychodzą na własnych nogach.

Proszę o udostępnianie treści:

Comments

comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *