I po egzaminie

sss

Ponieważ większość z Was pewnie się nudzi i siedzi w domu, to pomyślałem sobie, że jest to niepowtarzalna szansa, żeby odświeżyć bloga. Przecież nie macie nic lepszego do roboty. Ze względu na wirus odwołano drugą część europejskiego egzaminu z anestezjologii, do której miałem przystępować pod koniec marca w Hamburgu. Kilkaset godzin nauki, koncentracja, długie dupogodziny nad książką, tabletem, słownikiem medycznego angielskiego. Po tym wszystkim mam większe poczucie zrozumienia codziennej pracy i organizmu człowieka.

Brałem ten wariant cały czas pod uwagę i próbowałem oszacować jego podobieństwo. Codziennie śledziłem wykresy rozprzestrzeniania się epidemii i udawałem, że jestem taki mądry, jak ci panowie z telewizji, którzy kreślą sobie różne krzywe i mówią, że giełda będzie rosnąć, albo spadać. W poczuciu wiary w koniec epidemii kupiłem bilet na samolot (pewnie nie najmądrzejszy pomysł) i zarezerwowałem nocleg.

Część mnie liczyła na to, że odwołają, bo bardzo bałem się tego, że nie zdam. Miałem poczucie, że pomimo tego, że uczę się po 10 godzin dziennie (na czas nauki wziąłem urlop) to nie jestem w stanie zdążyć z materiałem. Teraz jednak żałuję, przerobiłem najtrudniejsze zagadnienia, spędziłem długie godziny nad licznymi wykresami i czuję, że mogłoby mi się udać.

Z drugiej strony miałem wrażenie, że jeśli już zdecyduję się zdawać to będę musiał jechać samochodem, bo lotniska teraz nie są najlepszym pomysłem, Miałem pewien rodzaj dysonansu poznawczego, z jednej strony czułem, że przemieszczanie się teraz to niepotrzebne ryzyko, z drugiej strony świat potrzebuje tego, żebym po tych 7 długich latach w końcu dostał papier.

Patrząc z dystansu to jest specyficzny egzamin, ponieważ jest mocno wzorowany na systemie kształcenia w Anglii i położono na nim duży nacisk na nauki podstawowe, to jest fizykę, chemię, anatomię, fizjologię, biochemię, farmakologię etc. Wszystkie rzeczy, co do których myślałem, że pożegnałem je na studiach z powrotem dały znać o sobie. Bardzo dużo rysowania, schematów etc.

Trudno mi było realnie ocenić własne przygotowanie i dlatego po pierwszej części byłem przekonany, że oblałem. Egzamin był koszmarem, 120 minut na 300 pytań typu prawda i fałsz dotyczących nauk podstawowych i następnie po przerwie kolejnych 300 pytań, tym razem dotyczących praktyki klinicznej. Z tych 240 minut, 60 minut trzeba było poświęcić na malowanie kółeczek w arkuszu odpowiedzi.

Wyniki mnie zaskoczyły, okazało się, że z części teoretycznej miałem 80%, a z klinicznej 75%, przy progu wynoszącym 70%. (każdego roku wykreślana jest krzywa Gaussa i założenie jest takie, że 40% zdających musi oblać). Trochę żałowałem tej części klinicznej ponieważ brakło mi czasu na przygotowanie się do niej i mogłem opierać się tylko na codziennej praktyce i tym co przeczytałem wcześniej.

Teraz dzień po odwołaniu egzaminu czuję się trochę jak Andrzej Grabowski mówiący o swojej roli w Pitbullu „Do tej roli przytyłem, w sumie nikt mi tego nie kazał robić, więc nie wiem po co” Parafrazując Himilsbacha „Z tą wiedzą zostałem jak ten chuj”

W każdym razie ostatni egzamin w moim życiu zawodowym i zwieńczenie 14 lat edukacji i pracy dopiero przede mną i mam wrażenie, że udało mi się wiele rzeczy przewartościować. Myślę teraz, że egzamin jest tak naprawdę dla mnie, że jest to formalne potwierdzenie wysokiego poziomu kwalifikacji i dlatego musi być trudny, żeby miał jakąkolwiek wartość.

To jest też tak jak mówił mi jeden z moich mentorów „później pojedziesz gdzieś do pracy i wszyscy będą patrzeć na Ciebie wiedząc gdzie pracowałeś i oczekiwać pewnego poziomu”

Proszę o udostępnianie treści:

Comments

comments

2 myśli nt. „I po egzaminie

  1. Mateusz

    Staram się wspierać dziesiątki moich koleżanek i kolegów, którzy są w takiej sytuacji jak Ty. Łatwo mówić i pisać z perspektywy kogoś kto ma to za sobą. Współczuję, bo wiem co znaczy fizyczne i psychiczne zmęczenie nauką, udupiony urlop, nerwowe oczekiwanie, zaburzony plan życia i pracy. Do tego dochodzą utopione kilka stów za podróż.
    Może na to popatrzeć tak:
    Dotychczas w głowie mieściły nam się dwa scenariusze- pierwszy: zdam i drugi: nie zdam. Pojawił się nieoczekiwanie trzeci- nikt nie będzie zdawał… Nie jest on pozytywny jak pierwszy, ani tak negatywny jak drugi. Ma wiele minusów, ale ma też plusy – dotychczas zarezerwowana dla scenariusza 2 konieczność drugiego powtórzenia materiału i utrwalenia zdobytej kilka miesięcy wcześniej wiedzy, ale bez poczucia porażki i jeszcze większej presji. Sądzę, że jeśli chodzi o wszelkie ustne to stosunek komisji jesienią będzie jednak nieco inny, bardziej empatyczny…
    Co do ważnych wniosków dla CEM i innych tego typu instytucji – może już najwyższy czas na testy online? Skoro w wielu krajach ufamy sobie na tyle, że głosujemy w wyborach przez internet to zdanie testu z tzw wiedzy zbędnej nie powinno być problemem. Uważam, że prawdziwą weryfikacją czy ktoś nadaje się na bycie np. anestezjologiem czy pediatrą powinny być cztery punkty odcięcia:
    – rozmowa po pierwszym roku studiów w randze „egzaminu z komunikacji interpersonalnej”
    – testy kompetencji zawodowej po 5 roku studiów
    – merytoryczna ocena opiekuna specjalizacji
    – egzamin ustny- rozmowa z profesurą.
    Co Ty na to?

    Odpowiedz
    1. admin Autor wpisu

      Dziękuję za ten komentarz, myślę, że kiedy wejdzie egzamin z giełdy pytań, fajnie by było, gdyby można go było zdawać jak egzamin na prawo jazdy, np co miesiąc

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *