Gołębie, wiewiórki i lód

Damian_rowerTo najwięksi wrogowie rowerzysty zimą. Dwie pierwsze kategorie to całoroczni wrogowie. Zwłaszcza gołębie, które mają duże skłonności samobójcze i zwyczajnie nie chcą latać. Chcą zostać rozjechane. Pamiętam, jak źle się czułem, kiedy potrąciłem kurę jadąc rowerem (winne było jej niezdecydowanie i to, że w ostatniej chwili zmieniła trajektorię). Niechęć do krzywdzenia istot opóźnia moją podróż o cenne sekundy. Największe skupiska gołębi są u mnie na osiedlu (dużo starych ludzi) i na Alei Politechniki (dużo studentów). Obie te grupy dzielą z gołębiami zamiłowanie do suchego, starego chleba (ech to studenckie życie, jak to fajnie że młodzi ludzie są biedni, prawda?,  czemu Ci emeryci tak zrzędzą? )

Wiewiórki są małe, zwinne i pojawiają się znikąd. To nie są te inteligentne stworzenia, które oswojone przez portiera w szpitalu na Spornej przychodzą po orzechy. Upierdliwe ADHD, które również szuka śmierci pod kołami. Przeciwny biegun ekstremum niż gołębie, tak szybkie, że zdają się poruszać bez celu. Występują w parkach.

Lód – najmniejsza przeszkoda. Łagodne zimy, ocieplenie klimatu. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że drogi rowerowe i chodniki w Łodzi są świetnie utrzymane. Dużo bardziej ślisko jest na ulicach. ( W Łodzi masa krytyczna została zawieszona i strach przed jej powrotem jest silnym bodźcem dla służb drogowych). Z lodem spotykam się więc hobbystycznie, kiedy czuję się bardziej znużony życiem niż zwykle i potrzebuję wyzwań. Podobnie jak wiewiórki znajduję go na polach i w parku. Po lodzie da się jechać, ale wymaga to pewnej koncentracji. Na razie zdołałem już zaliczyć jeden upadek, ale nie poddaje się.

Zimno, wiatr, deszcz i śnieg nie są istotnymi problemami. Jeśli to prawda, że jesteśmy owocem milionów lat ewolucji, albo też zostaliśmy stworzeni tacy doskonali, (co kto woli), to chyba jesteśmy w stanie wytrzymać pewne niedogodności. Zresztą bardziej marznę, podczas skrobania szyb, czy wsiadania do zimnego auta. Problemem jest również spacer z parkingu do szpitala, gdyż autem nie da się podjechać pod same drzwi (chciałoby się prawda?). Poza tym uważam, że zwierzęta poruszają się na pieszo, a człowiekowi to nie przystoi.

Prawdziwym wrogiem rowerzystów jest sygnalizacja świetlna, do której w ramach protestu podchodzę mocno liberalnie. (Spotyka się to z krytyką bojowników rowerowych. To są Ci sami, że jak im samochodem trochę zastawisz ścieżkę rowerową, to specjalnie zahamują, żeby uderzać ręką o maskę samochodu. Kiedyś jednego doprowadziłem do frustracji, bo po prostu za nim jechałem, przez co usłyszałem, że nie mogę korzystać z jego tunelu areodynamicznego). Sygnalizacja świetlna jest tak ustawiona, żebyś wiedział, że na pieszo to chodzą zwierzęta, a rowerami poruszają się lewaki. Znam cykle świateł i wiem, że jadąc z prędkością 25km/h od fit fabric 1 do Mickiewicza akurat załapię się na 10 sekundowe okienko, żeby wjechać do parku. W przeciwnym wypadku 5 minut czekania na światłach, spóźnienie na odprawę lub płacz, bo tego dnia wyjątkowo zabieg miał zacząć się punktualnie.

Dlaczego jeżdżę rowerem do pracy? Bo tego potrzebuje, niczym Al Pacino w Gorączce muszę utrzymać pewien poziom napięcia, żeby normalnie funkcjonować. Poranne stanie w korku mi tego nie umożliwia.

Zdjęcie zostało zrobione w Radiu Łódź. Piosenka w temacie – tutaj.

Comments

comments

Cross fit

na bloga

Przepraszam za długą przerwę w niepisaniu, działo się dużo rzeczy do których jeszcze nie zdołałem się dobrze odnieść i wystarczająco zdystansować, żeby móc w sposób właściwy opisać. Obawiam się, że straciłem dyscyplinę pisarską, więc przygotujcie się dzisiaj na dużo dygresji.

Mówiąc w skrócie, po około pół rocznym zwolnieniu lekarskim niebawem wracam do pracy i czuję się coraz lepiej. Jedyne co mi doskwiera to niewielkie objawy związane z przejściowym uszkodzeniem nerwów obwodowych. Na szczęście nie jest to najbardziej dokuczliwa dolegliwość na świecie, przestałem wykonywać gesty przypominające liczenie pieniędzy, nie czuję już rano takich szpileczek. Nie czerpię już dziwnej przyjemności wynikającej z pocierania stopami o coś szorstkiego (najlepszy był surowy beton). Potrafię rozegrać coraz więcej meczy w Fifę bez konieczności wykonywania przerwy (drętwieją mi ręce, tak że przez jakiś czas nie mogę ich wyprostować). Pracuję manualnie, więc muszę mieć pewność, że wszystko już jest w porządku i dlatego jeszcze czekam z powrotem do pracy. Dużo satysfakcji daje wykonywanie pracy rękoma, fajnie było też jak ludzie zastanawiali się jak tymi wielkimi łapami intubowałem noworodki. Odpowiedź jest prosta – przy pomocy narzędzi.

Od wpisu pod tytułem powrót do formy minęło prawie półtora miesiąca i wiem, że to nie był zmarnowany czas. Nigdy nie byłem tak słaby, zdałem sobie sprawę z tego czym prawdopodobnie jest starość, to taka sytuacja w której twoje ciało nie chce robić tego, czego życzy sobie umysł. Na szczęście to był odwracalny stan. Biegałem w śmiesznym tempie, robiłem co chwilę przerwy, ale nie poddawałem się, aż w końcu zacząłem osiągać przyzwoite rezultaty.

Sterydy i związany z nimi przyrost wagi zrobił swoje. Wbrew stereotypom podczas leczenia przytyłem, co koniec końców nie było najgorszą rzeczą na świecie, zresztą i tak było to kilka kilogramów mniej niż mentalna granica, którą sobie postawiłem. Niestety innym ludziom prawdopodobnie umknęło to, że w przerwach między zorganizowaniem trzech manifestacji, wizytą w Dzień Dobry TVN i wieloma spotkaniami, to generalnie walczyłem o życie i spędziłem prawie miesiąc leżąc pod kroplówkami. Nie udało im się również skojarzyć tak subtelnych objawów jak utrata włosów na głowie, a w końcowym etapie utrata brwi i rzęs. Ot taka ekstrawagancja. Nikt nie zastanawiał się, czemu nagle polubiłem czapki. Napiszę kiedyś więcej na ten temat.

Zaczynam myśleć, że we współczesnym świecie bycie grubym to coś bardziej stygmatyzującego niż AIDS. Część znajomych wyrażała po prostu zaskoczenie moim obecnym wyglądem i to było w porządku, ale część chyba postanowiła wykorzystać okazję do podbudowania się. Dobrym przykładem był mój kolega, z którym nie widziałem się od roku:

„Elo
Jak tam twoja aktywność fizyczna
Bo na fotach trochę się spasłeś”

Ehh, to wszystko potwierdza to o czym pisała jedna z moich ulubionych blogerek: Dziewczyny przestańcie być dla siebie takimi pizdamiTytuł jest trochę mylący, bo przecież jak widać chłopaki też potrafią być dla siebie niemili. Żeby było jasno, nie wymagam od ludzi żadnego wsparcia, nie potrzebuję go, jestem na prostej drodze do spełnienia jednej z moich ambicji, to jest bycia najtwardszym człowiekiem na ziemi. Wystarczy mi tylko, że nie będą mi wchodzić w drogę i nie będą próbowali ugrać czegoś dla siebie moim kosztem.

Niestety prawdopodobnie prowadzić to będzie do jeszcze większego ograniczenia kontaktów społecznych. Moment, w którym dostrzegasz w co bawią się inni ludzie, sprawia, że tracisz ochotę na kontakty z nimi. To jest tak, że takie sytuacje, o ile są sporadyczne nie są nawet rejestrowane, człowiek przynajmniej trochę odporny psychicznie jest w stanie sobie poradzić. Problem pojawia się wtedy, kiedy takie zachowania stają się nagminne, zbyt częste, wtedy ludzie nie rozumieją czemu reagujesz bardzo dużą agresją na niewinne ich zdaniem uwagi, które wynikają z domniemanej troski.

Oczywiście dobrze jest też nie dawać im powodów do tego, żeby mogli się do ciebie dowalić, bo nie da się zrezygnować całkowicie z aktywności społecznej. Kiedyś rozmawiałem o tym z kolegą, który zrobił dużo dobrego dla lokalnej społeczności i jest aktywnym politykiem:

Najlepiej jak nic ci nie wychodzi i tylko narzekasz, im mniej masz pieniędzy i sukcesów tym lepiej, wszyscy będą cie uwielbiać.

Tyle tytułem wstępu, teraz będzie już tylko konkretnie. Pewnie niepotrzebnie o tym wszystkim piszę, skoro tak czy owak jest to sytuacja przejściowa, bo niedługo znowu będę piękny i młody, niech no tylko odrosną mi włosy na głowie ;).

W ciągu półtora miesiąca schudłem około 2 kg, co jest rewelacyjnym wynikiem biorąc pod uwagę to, że jeszcze nie wprowadziłem diety i nie rozpocząłem regularnych dojazdów do pracy rowerem lub biegając. Poza tym na początku rozpoczęcia treningów waga często idzie do góry, ze względu na przyrost masy mięśniowej. Restrykcje żywieniowe będą wprowadzane z czasem, niejako naturalnie, bo zostaną one wymuszone przez rytm treningowy. Konieczność zachowania przerwy między treningiem, a posiłkiem w naturalny sposób wymusza pewną organizację. Poza tym jak poświęcasz naprawdę dużo czasu na wysiłek fizyczny, to nie chcesz tego psuć przez niewłaściwe żywienie. Coraz bardziej skłaniam się ku diecie pudełkowej, niestety pensja rezydencka w zasadzie ledwo pokrywa koszt takiego cateringu z dowozem dla dwóch osób.

Wczoraj byłem na pierwszym treningu cross fitu od ponad pół roku i cieszę się czując przyjemne zakwasy we wszystkich mięśniach. Już zapomniałem jak przyjemny to stan i muszę się hamować, żeby nie wejść w rytm treningowy zbyt intensywnie. Poszedłem na trening o obiecującej nazwie wprowadzenie do cross fitu/technika, ale dla mnie to było jak wprowadzenie do piekła. Ćwiczyłem niedaleko drzwi, żeby w razie czego karetka miała blisko żeby podjechać. Cieszyłem się, że przez kilka godzin przed treningiem nic nie zjadłem, bo w przeciwnym wypadku byłoby naprawdę źle.

Uwielbiam te treningi, głównie dlatego, że bardzo wiele im zawdzięczam. Mam świetnych trenerów, którzy walczą z takim drewnem jak ja i są w stanie pokonać mój brak koordynacji. Potrafią rozebrać trudne i skomplikowane ćwiczenia rozbić na czynniki pierwsze, pokazując mi poszczególne etapy. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę robił takie cuda jak np. double unders. Mój trener też się tego nie spodziewał, niemniej jednak w końcu zaczęło wychodzić. Stałem się lepszym graczem w piłkę nożną (tę prawdziwą) i byłem pod wrażeniem rzeczy, które umiem zrobić.

Regularna walka z własnymi słabościami, nauczyła mnie wytrwałości. Łatwo nie było, po pierwszym treningu przez całą noc wymiotowałem. Mój przyjaciel Dawid śmiał się ze mnie, kiedy mówiłem mu o przypadkach rabdomiolizy (gwałtowny rozpad mięśni) powiązanej z cross fitem, lecz ja wierzę w to, że jest to możliwe. Nie jest to niestety łatwy trening dla początkujących. Przez większość czasu oszukiwałem i dalej oszukuje, zawyżając liczbę powtórzeń jakie robię, żeby trenerom nie było przykro, że jestem aż tak słaby. Na początku bez cienia skrępowania walczyłem z dziewczynami o lekkie ciężarki. Najsłabszy na treningu, miałem świadomość, że jeśli chodzi o populację lekarską to jestem jedną z bardziej sprawnych fizycznie osób.

Tłumaczyłem, że ponieważ wiele ćwiczeń wykonuje się z ciężarem własnego ciała, to ja ćwiczę o wiele ciężej niż inni. Poza tym robię wszystko wolniej, bo jestem większy, jak robimy padnij, powstań to dłużej lecę na ziemię (większa wysokość), poza tym na synapsach są opóźnienia, a nawet zakłócenia.

Odnośnie zaś wspomnianych ciężarków to pokochałem kulturystykę, choć nie są to łatwe ćwiczenia. Podoba mi się to, że dzięki temu lepiej jestem w stanie czuć własne ciało, co wydaje mi się bardzo potrzebne w pracy zawodowej. Wykonywanie nowych ćwiczeń pozwala na tworzenie nowych połączeń mózgowych, zwiększa pewien rodzaj inteligencji.

Wkrótce będę na tyle sprawny, że będę w stanie robić pompki stojąc na rękach. Moim największym marzeniem jest jednak to, żeby pojeździć z dziewczynami na deskorolce. Zdjęcie tytułowe zostało zrobione wieki temu i przedstawia mnie podczas jednego z meczów rugby 7, jak widać nogi były zrobione ;).

Comments

comments

Hejterzy

Do napisania tekstu zachęciła mnie moja dziewczyna, która jest niezrównaną pomocą zarówno jeśli chodzi o bloga, jak i Porozumienie Rezydentów. Praca nad własnym ego jest bolesnym zadaniem, ale wiem że tylko w ten sposób można stworzyć coś wartościowego.

Kasia twierdzi, że ludzie lubią czytać o różnych typach osobowości, o ludzkich wadach, bo się z nimi nie identyfikują. Są przekonani, że sprawa dotyczy kogo innego.

Po roku działalności publicznej wiem już bardzo dużo na temat różnych rodzajów hejtu. Napisałem setki postów, które następnie kasowałem, albo przenosiłem do notatnika. Wiem, że pewnych wojen nie da się wygrać. Nie warto nawet próbować. Formuła działania Porozumienia Rezydentów czyni mnie szczególnie podatnym na krytykę. Najgorzej było na początku. Teraz wydaje mi się, że hejterom się znudziło i sobie poszli. W jaki sposób ich skategoryzowac? (Tekst dotyczy nie tylko hejterów internetowych)

Lakoniczni nihiliści

Zraziłem się do bezpośrednich spotkań z ludźmi. Wygłaszałem piękne przemowy. Pełne pasji jak Jerry Maguire. Co słyszałem?

-nie uda się

-no ok, ale coś więcej?

-nie uda się, szkoda gadać

Ważni ludzie

Osoby, które mają odpowiednie priorytety. Spotkanie młodych lekarzy, proponuję rozmowę o problemach środowiska. Czuję się jak osoba, która mówi o tolerancji na zlocie narodowców. Zniecierpliwienie, po chwili „musimy zrobić wszystko żeby tegoroczny festiwal nalewek był sukcesem”

Ojczyzna polszczyzna

Najbardziej oklepani. „Damian jako szef tej grupy dbaj proszę o gramatykę i o formę, jak to wygląda? Szanujmy się!!!” Osobiście najbardziej lubię fonetyczną pisownię i czekam aż uprościmy te wszystkie krzaczki, które utrudniają pisanie na telefonie. Zasad przestrzegam, bo nie chce mi się słuchać tego pieprzenia.

Mentorzy

Nikt nie wskaże Ci tyłu możliwości dotyczących rozwoju kariery, co Twoi wrogowie. Miło mi, że ludzie widzą mnie w polityce. Utalentowani w tworzeniu paranoicznych konstrukcji. Jestem miłośnikiem Partii Razem, który dla niepoznaki rozmawia z Rydzykiem, albo odwrotnie.

-Damian nie jest człowiekiem Rydzyka, spotkał się z Razem

-Trudno żeby fan Razem nie spotkał się ze swoją ukochaną partią!!!

-Nie sądzisz, że to trochę nietypowe zachowanie jak na fana partii Razem iść do Radia Maryja?

-To tylko dowodzi jak bardzo się sprzedał wszystkim po kolei, jakie ma parcie na szkło i że nie zamyka sobie żadnej ścieżki kariery.

-Ok nie mam argumentów

Hasło mówiące, że pluralizm nas uwiarygadnia nie ma tu zastosowania. Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie. W każdym razie miło, że ludzie za mnie angażują się w spory.

Na moich plecach

Próbuje się wybić szubrawiec. To nie jest ważne, że ludzie sami nic nie zrobili, ważne jest to że nie mogą pozwolić się wykorzystać, oszukać. Wiadomo, że Damian ma złe intencje, bo ja bym właśnie takie miał. Lansuje się chujek w tym garniaku i głupio uśmiecha.

Tvn Biznes

Macie świadomość tego, że walka o podwyżki nie ma sensu, bo to zje inflacja? Pomińmy fakt, że jeśli chodzi o samych rezydentów to nie ma możliwości, żeby grupa 15 000 osób miała wpływ na gospodarkę. Nawet grupa 500 000 nie będzie miała dużego, jeśli program 500 plus nie spowodował wzrostu inflacji.

Okolicznościowy bunt

Nie do przewidzenia. Osoba, która zaczyna jest niczym kiepski facet, który podrywa dziewczyny hurtowo. Próbuje nieustannie przy pomocy głupich tekstów i prędzej czy później uda mu się nawiązać konwersacje.

„Nie możemy porównywać się do innych zawodów”

„Średnia krajowa to nie jest żaden wyznacznik”

Jak sobie z tym radzić?

Należy po prostu robić swoje. Świadomość mechanizmów ułatwia sprawę. Zamiłowanie do absurdu bardzo pomaga. Zdarzało mi się prosić ludzi żeby tłumaczyli mi przysłowia, albo mówili swoimi słowami jak rozumieją pewne mądrości ludowe. Hitem była dla mnie poważna dyskusja na temat tego co znaczy wyrażenie „perły przed wieprze”

Comments

comments

Spotkanie z Ojcem Rydzykiem

spotkanie z ojcem

Przy okazji porządkowania archiwum Porozumienia Rezydentów natrafiłem na taką perełkę. W jaki sposób doszło do spotkania, które wywarło bardzo duży wpływ na nasza działalność?

Poczyniliśmy pewne założenia.  Po pierwsze chcieliśmy wszystko zrobić inaczej niż do tej pory. Zależało nam na totalnym dialogu, na próbie osiągnięcia celu poprzez merytoryczne przygotowanie, otwieranie się na jak największą liczbę środowisk. Oczywiście, że najprościej jest rozmawiać z tymi, którzy się z nami zgadzają, trudniej zaryzykować się i wyjść do ludzi, którzy są nam nie znani.

Nasza najbardziej spektakularna akcja, to jest adopcja posłów, była przejawem praktycznego podejścia do rzeczywistości. Zostało to później bardzo docenione. Poparcie opozycji, chociaż potrzebne nie może prowadzić do wprowadzenia zmian. Opozycja dochodząc do władzy często zapomina o tym, o co walczyła. Chcieliśmy porozumieć się w rządzącą partią, przekonać ją do wprowadzenia zmian w życie, mówić jej językiem, przemawiać do jej elektoratu. Oczywiście było to trudniejsze niż uzyskanie poparcia mediów nastawionych raczej opozycyjnie.

Zaczęliśmy więc szukać możliwości dotarcia do ludzi decyzyjnych poprzez kanały informacyjne, które są dla nich istotne, a dla nas były totalnie nieznane. Nasz Dziennik, Gazeta Polska, wszędzie tam spotkaliśmy się z bardzo dobrym przyjęciem, problemy zostały opisane merytorycznie i fachowo. Podjęliśmy starania o możliwość wystąpienia w Radiu Maryja i Tv Trwam. Nie jest to najłatwiejsza rzecz. Potrzebowaliśmy polecenia zaufanej osoby. Podobnie jak my nie znaliśmy toruńskiego środowiska, podobnie oni nie znali nas.

W końcu nadszedł ten dzień. W czwórkę spotkaliśmy się w dużym budynku nagraniowym. Po chwili podjechał Ojciec Grzegorz Moj, który miał dzisiaj z nami rozmawiać. (osoby prowadzące Rozmowy Niedokończone zmieniają się). Nie przypominał standardowego zakonnika, energiczny, ze słuchawką w uchu, przez którą cały czas prowadził rozmowy. Krótka rozmowa przed wejściem na antenie dała nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z przygotowanym rozmówcą.

Wydawało mi się wtedy, że jako przewodniczący powinienem brać na siebie jak najwięcej. Podobnie jak w amerykańskiej armii oficer pierwszy biegnie z plecakiem, stąd wzięło się wyśmiewane przez znajomych „pozwoli Ojciec, że ja zacznę”. Nie czułem specjalnego stresu, w studiu był jeden telewizor, który pokazywał nam co widzą ludzie przed telewizorami. Jak się później dowiedziałem, to nie było bardzo dokładne urządzenie, stąd czasem kamera pokazywała jak bujałem się na boki.

W teorii niewiele osób ogląda Tv Trwam, w praktyce duża część rodziny i znajomych z uśmiechem odnotowywała „o Damianek w telewizji” i następnie szybko przekazywała te informacje dalej. Czułem pewien dyskomfort, bo wydawało mi się, że jestem za długi, nie wiedziałem co zrobić z nogami, jako postawę ciała przybrać. Na szczęście Ojciec Moj starał się nam pomagać, nie przerywał, naprowadzał, nie atakował, był bardzo przyjazny.

W późniejszym czasie miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Ojcem Mojem. Najbardziej utkwił mi w pamięci ten fragment, kiedy rozmawialiśmy przez telefon i słyszałem jak przekonuje swoich kolegów z redakcji, żeby nagrali jakiś materiał o nas.

– To są młodzi lekarze, walczą o to, w co wierzą. Trzeba im pomóc, my też walczymy o różne rzeczy i dlatego powinniśmy to rozumieć.
-No nie wiem, nie znam ich…
-Im naprawdę warto pomóc…

Wszystkie media i redakcje działają w bardzo zbliżony sposób. Bardzo istotny jest czynnik ludzki, to jest osobiste przekonania osoby, która danego dnia ma np dyżur. To jest odpowiedź na to, dlaczego nie wszystkie nasze materiały są wysyłane dalej. My wykonaliśmy tytaniczną pracę polegającą na rozmawianiu z dziennikarzami, tłumaczeniu im na czym polega nasza sytuacja. To wszystko przyniosło efekty, teraz już jest o wiele, wiele łatwiej.

W studiu starałem się dawać szansę swoim koleżankom i kolegom, ale średnio mi to wychodziło. Spotkało się to oczywiście z łagodnymi drwinami ze strony Ojca Moja w przerwie pomiędzy nagraniem w telewizji, a nagraniem w radiu. Poza tym wolny czas przeznaczyliśmy na rozmowę i wspólny posiłek. Nic wystawnego, zwykła zapiekanka, ale bardzo smaczna. Dowiedzieliśmy się jak wygląda zarządzanie tym wszystkim od kuchni. Dużo pracy, mało czasu na sen, trochę tak jak u nas.
Wszystko odbywało się w bardzo sympatycznej, rodzinnej atmosferze, Ojciec Moj tłumaczył to w ten sposób, że jesteśmy gośćmi i że on też chciałby nas jak najlepiej poznać.

Opowiadał o swojej codzienności, która sprowadzała się do tego, że jednoosobowo pełnił rolę kierownika produkcji. Dużo, dużo, żmudnej pracy, jak jeżdżenie po Polsce i znajdowanie miejsc na maszty przekaźnikowe, nocne rozmowy z kierowcami ciężarówek na antenie radia, praca nad samym sobą. Poza tym olbrzymie poczucie misji, co pozwala zrozumieć czemu Radio Maryja ma najlepszy zasięg w Polsce. Po prostu ma silnie zmotywowanych pracowników.

Duży nacisk Ojciec Moj kładł też na coraz modniejszy patriotyzm gospodarczy. Niektóre spostrzeżenia były ciekawe, jak choćby to, że powszechnie stawiane w Polsce wiatraki nie dają nam za dużo korzyści, produkowane w Niemczech, na niemieckich patentach nie rozwijają naszej gospodarki.

Po przerwie udaliśmy się do radiowego studia. Tam było już o wiele luźniej, w radiu czuję się swobodniej. W czasie rozmowy na kartkach pisaliśmy sobie różne rzeczy, w przerwie wymienialiśmy się opiniami. Mogliśmy nawet posłuchać świetnej piosenki w wykonaniu Jadzi Zareckiej:

Czas szybko leciał, ludzie dzwonili do studia, staraliśmy się jak najgrzeczniej im odpowiadać. Pamiętam jak bardzo byłem zmęczony przed rozpoczęciem nagrania, cały dzień w pracy, szybka podróż do studia. Adrenalina robiła jednak swoje, ale przede wszystkim pomagało nam to, że czuliśmy się swobodnie, byliśmy szczerzy i autentyczni.

Zresztą sami zobaczcie, jak wypadliśmy. Zbieraliśmy się już do wyjścia, kiedy to nagle pojawił się Ojciec Rydzyk i zaprosił nas na krótką rozmowę. Od pewnego czasu ze względu na wiek Ojciec Rydzyk nie prowadzi już Rozmów Niedokończonych, które są jego oczkiem w głowie. Niemniej jednak cały czas bacznie śledzi przebieg rozmów. Powiedział, że przekonaliśmy go do siebie i że chętnie z nami chwilę porozmawia.

W gabinecie chwilę pobawiliśmy się modelem maybacha leżącym na biurku. Jaki jest Ojciec Rydzyk w bezpośrednim kontakcie? Sprawiał wrażenie pewnej siebie, inteligentnej osoby, która w pewien sposób bawi się swoim wizerunkiem, ale też ma pewną skłonność do autoironii, czego dowodzi trzymanie wspomnianej zabawki. Generalnie to ani w radiu, ani w telewizji nie widać było przepychu, wszystko urządzone było skromnie i chyba oszczędzali na ogrzewaniu, bo trochę zmarzłem. Ojciec Rydzyk pokazywał nam zgromadzone przez wiele, wiele lat rozmaite relikwie. Zadeklarował pomoc dla nas, stwierdził że nie podoba mu się to jak działa ochrona zdrowia w Polsce.

Dotrzymał słowa, poprosił polityków PISu o spotkania z nami i o pomoc dla nas. Później kilka razy dzwonił do mnie przez telefon i pytał się, czy mamy jakieś widoki na poprawę sytuacji. (nie znaczy to jednak, że mam nr telefonu do szefa toruńskich mediów, numery były zastrzeżone). Stał się naszym najbardziej nieoczekiwanym sojusznikiem. Z czasem dzięki ciężkiej pracy zyskaliśmy poparcie praktycznie wszystkich środowisk. Wtedy nie wiedzieliśmy jednak, że uda nam się przekonać tak wielu ludzi, że należy zmienić naszą sytuację.

Jaka była cena poparcia? Stosunkowo niewysoka, Ojciec Rydzyk zapytał nas czy przypadkiem nie jesteśmy lewakami, bo nie darzy szacunkiem tej ideologii. Następnego dnia po nagraniu o godzinie 9 rano Ministerstwo Zdrowia wydało pierwszy komunikat w naszej sprawie. Po raz pierwszy rządzący zaczynali rozumieć, że powinni traktować nas poważnie, choć tak naprawdę uświadomili to sobie dopiero po manifestacji. Teraz od czasu do czasu rozmawiam z agencją informacyjną Radia Maryja, podobnie jak dzieje się to z innymi stacjami.

Kiedy w zeszłym miesiącu spotkaliśmy się z Partią Razem to zasugerowałem Adrianowi Zandbergowi podjęcie starań o wizytę w Toruniu. Zostało to odebrane jako dobry żart, niemniej jednak mówiłem poważnie. Młodzi, ideowi, sympatyczni ludzie na pewno zrobiliby dobre wrażenie i pokazali, że możliwy jest dialog, który wydaje się być ekstremalny.

Nam udało się pokazać przez ostatni rok, że nic nie jest dla nas niemożliwe i że jesteśmy w stanie porozmawiać z każdym niezależnie od naszych własnych przekonań. W toku pracy nad Porozumieniem Rezydentów udało pozbyć mi się zresztą przywiązania do pewnych etykietek, jakich ludzie używają do definiowania siebie.

Ciężko pracowałem nad tym, żeby po każdej stronie starać się po prostu znajdować właściwych ludzi, widzieć w nich dobro i potencjał do wspólnej zmiany rzeczywistości. Wiem, że to wszystko może wydawać się bardzo naiwne i idealistycznie, nie mniej jednak ciągle wierze, że w ten sposób można odnieść sukces. Są tylko dwa sposoby na to żeby wygrać:

1) Robić to samo co inni, tylko mocniej, bardziej agresywnie, z większą determinacją
2) Zakwestionować dotychczasowe reguły gry i spróbować narzucić swoje, to drugie wydaje się być o wiele ciekawsze.

Na zakończenie filmik dla tych, którzy ciągle potrzebują motywacji do działania:

Comments

comments

Powrót do formy

forma

Kiedy byłem w lepszej kondycji, miałem na brzuchu sześciopak. Niestety znikał za każdym razem, kiedy zdejmowałem klubową koszulkę z wyrysowanymi mięśniami. W swojej najlepszej formie potrafiłem przebiec 17 km w 1,5h. Oto dowód. Było to oczywiście zanim powstało Porozumienie Rezydentów, trochę ponad rok temu. Wściekły na wszystko tak bardzo, że po takim biegu ciągle odczuwałem złość. Składało się na to wiele czynników. Miało to swoje dobre strony, biegałem coraz szybciej i szybciej, ćwiczyłem coraz mocniej i mocniej. Działalność w Porozumieniu Rezydentów w pewnym sensie pomogła, teraz już nie czuję frustracji związanej z rzeczywistością. Jest jak jest, ale zrobiłem wszystko co było możliwe, żeby to zmienić. Muszę akceptować, że mam ograniczony wpływ na rzeczywistość.

Bardzo lubię aktywność fizyczną i w zasadzie codziennie staram się uprawiać sport. Szacowałem, że standardowo byłem w stanie spalać około 15 000 kcal miesięcznie. Przy bardziej aktywnych miesiącach wartość ta dochodziła do 20 000 kcal. Sądzę, że są to dosyć wiarygodne szacunki. Wartości podawane przez Endomondo są o wiele zawyżone i należy brać poprawkę, że organizm szybko adaptuje się do codziennych aktywności wykonywanych przy stałym tętnie, jak np jazda rowerem do pracy. Czasem żeby się lepiej poczuć, jako rodzaj treningu wybierałem bieg na orientację, przy którym kalorie lecą jak głupie, w tempie dwu lub trzykrotnie szybszym niż przy zwykłym joggingu. Podobnie cały dzień spędzony na rowerze według Endomondo pozwalał na spalenie kilku tysięcy kcal.

Niestety Porozumienie Rezydentów ograniczyło czas, jaki mogłem poświęcić na sport. Czasem trzeba było zrezygnować z treningów. Miało to swoje konsekwencje, na szczęście niezbyt dotkliwe,  w ciągu pół roku waga wzrosła z 92 kg do 98 kg. Przy wzroście wynoszącym 190 cm ciągle jeszcze było to dla mnie akceptowalne. Obowiązków związanych z działalnością społeczną nie ubywało, zaś dodatkowo czynniki zdrowotne wykluczyły mnie ze sportu na kilka miesięcy.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Oczywiście nie ograniczyłem ilości spożywanego jedzenia i nie zmieniłem też jakości. 15 000 kcal to ilość jaka jest potrzebna, żeby spalić dwa kilogramy tłuszczu. Wiadomo było więc, że waga będzie iść w górę. Ustanowiłem nowy rekord dochodząc do 106 kg, lecz pocieszające jest to, że nie zdołałem jeszcze przekroczyć 110 kg.

Na szczęście niebawem będę mógł rozpocząć powolny powrót do formy. To o czym marzę, to dać sobie maksymalnie w kość, dojść do granicy własnej wytrzymałości i przekroczyć ją. Tak jak wtedy, kiedy w ciągu jednego dnia przejechałem rowerem Słowację.

Nie jestem w stanie zrozumieć tego, jak ludzie mogą funkcjonować bez sportu i bez wysiłku fizycznego. Moje własne priorytety są dla mnie pewnym zaskoczeniem, wysportowana sylwetka wydaje się być ważniejsza niż zarabianie pieniędzy na dyżurach.  Powrót do „ludzkiej” wagi wydaje się być dla mnie teraz kwestią kluczową. Nie lubię chodzić w opiętych ubraniach. Ciekaw jestem też tego, czy uda mi się tym razem wprowadzić jakąś sensowną dietę. Dotychczas brzydziłem się liczenia kalorii i rozwiązaniem za każdym razem wydawało mi się zwiększanie wysiłku fizycznego. Oczywiście znam minusy takiego podejścia, wiem, że można dojść w ten sposób do ściany. Bieganie do pracy wydawało się jednak być cudownym rozwiązaniem.

Razem z Maćkiem – moim przyjacielem neurochirurgiem wierzyłem i cały czas wierzę w to, że pizza na cienkim cieście to swoisty super food. Stworzyliśmy teorię wedle której ma ona ujemny bilans energetyczny, to znaczy, że w przeciwieństwie do normalnego jedzenia, kalorie te nie dodają się lecz odejmują. Warunek jest jeden, trzeba jeść szybko i powinno się popijać piwem. Niestety dotychczasowe rezultaty badań jakie prowadzimy z wielkim zapałem i czasem rozszerzając o dodatkowych badaczy wydają się nie potwierdzać naszych założeń. Pomimo tego nie zniechęcamy się i kontynuujemy eksperyment.

Próbuję to wszystko sobie w ten sposób wytłumaczyć, że mam teraz okres roztrenowania, po którym przyjdzie czas na ciężką pracę. Staram się pamiętać, że we współczesnym sporcie, czy to zawodowym czy amatorskim największym problemem jest intensywność treningu. Problemem dla ambitnych ludzi nie jest to, że ćwiczą za mało, lecz że robią to zbyt często. Znalezienie równowagi wydaje się być kluczowe, przetrenowanie sprawia, że tracimy efektu treningu. Związany z tym wysoki poziom hormonu stresu – kortyzolu sprzyja budowie tkanki tłuszczowej i rozkładowi mięśni. Zdarzyło mi się zresztą już raz mieć objawy podobne do grypy wynikające z przetrenowania się. To nic dobrego, przez kilka dni ledwo byłem w stanie się ruszyć.

Posiadanie tej całej wiedzy to jedno. Wykorzystanie jej w praktyce to drugie. Jeśli jednak chcesz być jak Rocky Balboa, to nie ma drogi na skróty. Potrzebna jest cierpliwość, wytrwałość i motywacja. Wszystko to zapowiada się na fascynującą przygodę. Być może pojawią się jakieś fotorelacje z postępów jakie będę robić. Najpiękniejsze są początki, bo wtedy efekty są niemal natychmiastowe. Nie mogę doczekać się ponownego spędzania czasu z trenerami na siłowni i ich satysfakcji wynikającej z tego, że po raz kolejny udało mi się pokonać własne ograniczenia.

Comments

comments

„Teraz ze mną na solo nie wygrasz…

w aucie

Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę k… jak brzytwa.” Słowa te zostały wypowiedziane kilka lat temu i do tej pory jestem zaskoczony ich trafnością. Czytanie książek pozwala zyskać bardzo dużą przewagę nad innymi i o tym będzie ten post.

Wie o tym Prezes PIS, którego domowa biblioteka jest dosyć obszerna. Tematy po które sięga pozwoliłby mu na bezproblemową dyskusję z hipsterami z Placu Zbawiciela. Nic tak nie pasuje do sojowego latte jak Kapitał w XXI wieku Pikettego. Książka ta wywołała bardzo duży ferment intelektualny na świecie, podczas gdy u nas przeszła niemal niezauważona. Ciężka cegła, pełna wzorów i analiz (poddałem się 100 stron przed końcem) mówiąca o tym, że praca coraz mniej popłaca.

To tylko przykład, który ma pokazać skąd bierze się przewagą jednych ludzi nad drugimi. Taka, która pozornie wydawać się może nieuchwytna. Bez głębszego wejścia w problem, czyli posiadania wiedzy, trenowania inteligencji, skazujemy się na powierzchowną wizję świata. Ostatnio opowiedziano mi anegdotę, która to dobitnie potwierdza.

Podczas kampanii wyborczej partia A nie miała budżetu, lecz miała ciekawe pomysły, interesujące treści i sztab kreatywnych ludzi. Dzięki temu dosłownie wymiotła w internecie. Partia B dysponując olbrzymią ilością gotówki i wynajętą profesjonalną firmą osiągała dużo gorsze rezultaty w sieci, nie udawały się im wirale. Bardzo Droga Agencja PRowska (w skrócie BDAP) stwierdziła, że od partii A należy skopiować rozmiar publikowanych przez nich memów. Pewnie domyślacie się rezultatu.

Niesie to pocieszenie dla wszystkich, którzy myślą, że to niewłaściwy rozmiar jest przyczyną porażek. Nie, tym ludziom nie wychodzi, dlatego, że są głupi, a są głupi, dlatego, że nie czytają książek. Tyrion z Gry o Tron wie co jest najważniejsze. Staram się brać z niego przykład. Jeden z mądrzejszych lekarzy jakich poznałem uważa, że każdy doktor powinien poświęcać pół godziny dziennie na aktualizowanie swojej wiedzy. Niby nie jest to dużo, ale w praktyce wymaga to żelaznej samodyscypliny. Takie jest zresztą też uzasadnienie jedynego przywileju zawodowego lekarzy.

Nie mam żadnych mitycznych dodatków, jeśli o nich słyszycie to jest to zwyczajna manipulacja rządzących i wielki spisek. Mój dzień pracy jest o 25 minut krótszy, co znaczy, że pracuje siedem godzin i trzydzieści pięć minut. Zaoszczędzony czas powinienem przeznaczyć na doskonalenie swojej wiedzy.

Nie jest to łatwe zadanie. Pierwszą barierą są media społecznościowe, a zwłaszcza facebook, które wpływają na to jak działa ludzki umysł, utrudniając koncentracje. Drugim problemem jest to, że wiedza medyczna jest coraz mniej definitywna. Nauka w liceum, czy na studiach była fajna, bo wystarczyło pewnych rzeczy się nauczyć, zapamiętać i już. Twarda dupa i cierpliwość. Teraz poprzeczka się podniosła wyżej. Czytam o leczeniu ludzi w ciężkim stanie i autor nie chce mi podać jednego, optymalnego sposobu.

Problem jest taki, że w niektórych sytuacjach on po prostu nie istnieje, albo nie udało się tego jeszcze zbadać, udowodnić. Dowiaduje się, że mogę zrobić to i to, ale te wszystkie rzeczy nie wpływają na końcowy efekt. Może w takim razie nie warto podejmować tych działań? Ponieważ aktualnie mam przerwę w karierze zawodowej, to wszystko to są teoretyczne rozważania dla mnie.

Intuicyjnie większość osób będzie skłaniać się ku działaniom, zwłaszcza jeśli one w wyraźny sposób nie szkodzą. Wydaje się, że tego oczekują też sami pacjenci i ich rodziny. Sam tego bym oczekiwał jako pacjent, miałbym gdzieś wszystkie badania naukowe i prawdopodobieństwo. Jedno jest pewne. To wszystko jest bardzo zajmujące intelektualnie, to prawie tak dobra zabawa jaką miałby dr House, gdyby istniał.

Współczesna medycyna idzie w kierunku udowadniania wszystkiego i weryfikowania. To ma głęboki sens. Najłatwiej to pokazać na przykładzie motoryzacyjnym. W laboratorium udowodniono, że dodatek do paliwa A poprawia pracę silnika, co wywołało olbrzymią radość producenta. Udało się zarobić na nim olbrzymie pieniądze. Niestety długoletnie badania pokazały, że ta substancja pomimo tego, że miała poprawiać pracę silnika, to nie zwiększa jego mocy, nie wydłuża czasu pracy, ani nie zmniejsza zapotrzebowania na paliwo. Efekt końcowy wydaje się być wielce rozczarowujący. Ponieważ dodatek do paliwa jest na rynku już długo, to i tak większość osób wierzy w jego dobroczynne działania.

Do tego wszystkiego niezbędna jest wiedza, która pozwala na uzyskanie właściwej perspektywy, podejmowanie najlepszych decyzji. Koncepcja Porozumienia Rezydentów odniosła sukces, ponieważ przeczytałem kilka książek za dużo i chciałem sprawdzić w praktyce, czy pewne rzeczy są możliwe. Udało się stworzyć pewne ramy do działania, pewną przestrzeń, którą później ludzie wypełnili treścią. Pewien kłopot na początku miałem z tym, że poza mną to nikt tych książek nie znał, ciężko było wytłumaczyć o co mi chodzi. Trochę jak w tym filmie:

-czytałem Twoją książkę
-to jest nas dwóch

Oczywiście może być tak, że Porozumienie Rezydentów poza sukcesem organizacyjnym nie odniesie żadnego innego. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko zależy od nas. Niemniej jednak sukces organizacyjny i stworzenie organizacji, która razem z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy zorganizowała manifestacje na 10 000 osób, może być upatrywane za coś konstruktywnego.

Zanim Porozumienie Rezydentów powstało przez długi czas zastanawiałem się nad tym, dlaczego tego nie ma. Jakie są bariery? Największą przeszkody znajdują się w umysłach ludzi, ponieważ często są one zamknięte.

Książki pozwalają pozbyć się tych ograniczeń

 

Comments

comments

Prawnicy na aplikacjach

 

Smart beautiful businesswoman with red case in her hands and two men behind her going downstairs

Czy mają gorzej niż lekarze rezydenci? Problem  jest złożony, obie te grupy postrzegane są jako tradycyjnie prestiżowe, inteligenckie zawody. Studenci przynoszą chlubę swoim rodzinom, na medycynę decydują się piątkowi uczniowie najlepszych liceów, którzy lubią nauki przyrodnicze, na prawo idą najlepsi humaniści. Oba zawody postrzegane są jako bardzo dochodowe i fajnie się je ogląda w telewizji, łatwo jest się utożsamiać z postaciami ze szklanego ekranu. Zwłaszcza studenci mają tendencję do wnikliwej analizy produkcji telewizyjnych i komentowania przebiegu operacji czy też zachowania gwiazd palestry.

Absolwentów obu tych kierunków czeka największy szok związany z wejściem w dorosłość. No chyba, ze mają bogatych rodziców, którzy zadbają o to, żeby standard życia się nie obniżył się. Jest w tym dużo ironii losu, że pieniądze jakie część moich znajomych zarówno z prawa, jak i z medycyny dostawała (lub dalej dostaje) były większe niż wynagrodzenie w pierwszej pracy.

Nic tylko wchodzić w dorosłość. Oczywiście to wszystko będzie później tematem pracy dla rzeszy socjologów, którzy będą zastanawiać się nad tym dlaczego młodzi Polacy nie chcą mieć dzieci, nie zakładają rodzin i nie wyprowadzają się z domu rodzinnego. Mnie najbardziej interesuje sytuacja mniej zamożnych znajomych, którzy zmuszeni są samemu się utrzymywać.

Taką osoba jest Kasia, moja koleżanka z Poznania. Bardzo sympatyczna i inteligentna absolwentka prawa, która jest na pierwszym roku aplikacji adwokackiej (do tego ładna, co widać na zdjęciu). Niestety nikt w jej rodzinie nie jest związany ze środowiskiem prawniczym, dlatego nasza bohaterka jest zdana na siebie. Radzi sobie bardzo dobrze, ma zadatki żeby być naprawdę dobrym prawnikiem, jest wrażliwa i empatyczna, czuje powołanie do tego co robi.

Największym problemem dla niej jest to, że nie może się usamodzielnić. W kancelarii zarabia 1900 złotych na rękę, co jest dużym postępem w stosunku do jej początkowej stawki. Powiem tylko tyle, że chciałbym tak szybko zwiększać swój poziom dochodów co ona. Zagadką niech będzie pułap, z którego startowała. Niestety ponad 500 złotych miesięcznie musi przeznaczać na opłaty związane z aplikacją, a także przynależnością do samorządu zawodowego.

Tym co mnie najbardziej fascynuje w całej tej historii jest fakt, że Kasia nie chce określić swojego szefa mianem wyzyskiwacza. Wielokrotnie prosiłem ją, żeby na potrzeby dyskusji zgodziła się, że jest on krwiożerczym kapitalistą. Uważa ona, że warunki jej pracy nie są najgorsze w porównaniu do innych aplikantów. Wydaje się być pogodzona ze swoim losem, choć lekko nie jest. Ile idealizmu zostanie w niej po trzech latach?

Kasia jest bardzo naiwną osobą (podobnie jak ja, może dlatego się przyjaźnimy) i wierzy w to, że uda jej się zachować w życiu równowagę pomiędzy pracą, a życiem prywatnym. W przyszłości nie chce być jak jej szef, który cały czas pracuje i choć zarabia dużo, to wydaje się być stale zestresowaną osobą. Kasia prawdopodobnie jeszcze nie wie tego, że nie istnieje liniowa zależność, która pozwala przy średnim czasie pracy zarabiać średnie pieniądze. W Polsce możesz albo pozostać na dole drabiny społecznej, albo nadludzkim nakładem sił wyszarpać swój sukces, ale wtedy nie ma przebacz, możesz zapomnieć o pracy na jeden etat.

W całej tej historii fascynuje mnie kilka rzeczy. Pierwszą z nich jest dramatycznie niska wartość wykształcenia akademickiego. Okazuje się, że studia w obecnej formie są tylko i wyłącznie formą zakamuflowania i odroczenia w czasie bezrobocia, czy też bardzo niskiego poziomu życia. Problem ten tyczy się całej rzeszy młodych ludzi w Polsce, zwłaszcza związanych ze światem nauki. Tym co smuci jest fakt, że jako pokolenie nie możemy nawet wykrzyczeć swojej złości, frustracji i niezgody. (my jako lekarze przynajmniej to zrobiliśmy) Prawnicy na aplikacjach nie zjednoczą się, żeby walczyć o swój los, nie będą się skarżyć. Znamienita część uważa, że trzeba zacisnąć zęby i przeczekać, taka jest cena sukcesu.

Moim zdaniem w Polsce istnieje coś w rodzaju konfliktu pokoleniowego. Istnieje przyzwolenie na to, żeby młodzi ludzie mieli ekstremalnie ciężko. Tymczasem to nam potrzebne są bardziej pieniądze niż „starym”, chcemy zakładać rodziny, rodzić dzieci, kupować mieszkania i samochody. Chcemy rozwijać gospodarkę, tworzyć wzrost gospodarczy, chcemy niczym nieograniczonej i rozpasanej konsumpcji. Jesteśmy niczym uchodźcy, którzy idą przez tysiące kilometrów na boso marząc o życiu jakie zobaczyliśmy w telewizji. Wierzymy, że w świecie jest dla nas miejsce, a kiedy przychodzimy okazuje się, że jest za późno.

wszystko kończy się tak, że kręcimy się w kółko

Interesujące dla mnie jest to, że wzrost wynagrodzenia dla Kasi o 500 złotych bardzo mocno wpłynąłby na jej standard życia i byłby praktycznie nieodczuwalny dla właściciela kancelarii. Wygląda jednak na to, że głównym czynnikiem wpływającym na dynamikę relacji pomiędzy nią a szefem są reguły wolnego rynku. W związku z uwolnieniem zawodu jest duża podaż aplikantów, więc nie ma presji na wzrost wynagrodzeń. To się może zmienić w przyszłości, ponieważ już w tym roku było mniej chętnych na rozpoczęcie aplikacji.

Nie wszyscy aplikanci prawniczy mogą liczyć na umowy o pracę, część z nich zmuszona jest pracować na umowach zlecenie, czy też prowadzić własną działalność gospodarczą. Co ciekawe według prawników, w Polsce jest bardzo duży potencjalny, niezrealizowany popyt na usługi prawnicze, ponieważ w porównaniu do krajów zachodu bardzo rzadko korzystamy z fachowego doradztwa. Do tego trzeba jednak lat poświęconych kształtowaniu dobrego wizerunku, a także budowaniu zaufania. Z tej perspektywy ciężka sytuacja młodych prawników nie budzi zaufania do całego środowiska i będzie cały ten proces znamiennie utrudniać.

Kasia nie ma pistoletu przy głowie, nie musi robić aplikacji, może poszukać pracy w korporacji, może spróbować znaleźć sobie jakąś niszę (prawo farmaceutyczne?). W teorii mogłaby np wziąć kredyt konsumpcyjny żeby podwyższyć sobie standard życia do akceptowalnego. Otwartą kwestią jest jednak to, czy ma pewność tego, że go spłaci? Czy nie jest to za duże ryzyko? Z drugiej strony w USA to działa w ten sposób, młodzi ludzie wchodzą w dorosłe życie z olbrzymim kredytem, jeśli postanowili się wykształcić. Dla mnie strategia Kasi jest optymalna, dług wydaje się być za dużym obciążeniem psychicznym, choć ceną jest opóźnione wejście w dorosłość.

Oczywiście źródłem kiepskiej sytuacji Kasi jest fakt, że co roku studia opuszcza zbyt wielu absolwentów prawa. W pewien sposób młodym ludziom robiona jest krzywda. Oczywiście najbardziej wytrwali i najbardziej ambitni poradzą sobie w każdych warunkach. Dla mnie kluczowe jest jednakże to, czy w ten sposób nie odcinamy dostępu do zawodu osobom bardziej wrażliwym i empatycznym, które powinny mieć swoje miejsca w zawodach zaufania publicznego?

Co do zasady społeczeństwo może albo stwarzać równe szanse wszystkim i umożliwiać awans społeczny, albo też tylko i wyłącznie utrwalać i powielać istniejącą strukturę społeczną. Sytuacja, w której tylko dzieci z dobrze sytuowanych rodzin mogą pozwolić sobie na wykonywanie pewnych zawodów, z całą pewnością nie jest korzystna dla całej populacji. Nie może być to rozpatrywane tylko i wyłącznie w idealistycznym kontekście. Udowodniono, że egalitarystyczne społeczeństwa są o wiele bardziej innowacyjne, kreatywne i nowoczesne, a co za tym idzie bardziej zamożne.

Odpowiedź na pytanie, czy prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach nie jest jednoznaczna. Wydaje mi się, że jednak lepiej być prawnikiem, ze względu na to, że aplikacja trwa tylko trzy lata. Kasia zdąży skończyć aplikację, podczas gdy jej rówieśnik po 6-letnich studiach i 13 miesięcznym stażu, ledwo zdąży rozpocząć rezydenturę. Proces uzyskiwania specjalizacji lekarskiej w teorii trwa do 6 lat, w praktyce zaś nawet dwa razy dłużej.

Prawnicy na aplikacjach mają gorzej niż lekarze na rezydenturach, ale ich sytuacja jest o wiele bardziej przejściowa i krótkotrwała. Na plus bycia lekarzem przemawia to, że w przypadku części specjalizacji lekarskich, papier w ręku to przepustka do lepszego świata. Prawnik po aplikacji jest dopiero na początku długiego procesu wyrabiania sobie nazwiska.

Generalnie uważam, że warto oba te kierunki odradzać młodym ludziom. Są o wiele łatwiejsze sposoby, na udane i satysfakcjonujące życie. Warto już zawczasu tak pokierować swoją karierą, by ustrzec się frustracji i nie musieć stale zmagać się z rozmaitymi przeszkodami. Pasjonaci i ludzie z powołaniem, z prawdziwym poczuciem misji, tak czy owak nie tych ostrzeżeń nie posłuchają. Takich osób też najwięcej potrzeba w obu zawodach.

Comments

comments

Czy na manifestację przyjdzie 100 tysięcy osób?

porozumienie zawodów

W Warszawie 24 września odbędzie się pierwsza w historii manifestacja wszystkich zawodów medycznych. Czy będzie sukcesem? Media już zapowiedziały, że może stawić się nawet 180 000 osób. Dużo prawda?

O co w tym wszystkim chodzi?

Praca w ochronie zdrowia funkcjonuje dzięki wyzyskowi. Regularnie śledzimy ogłoszenia z Lidla i już teraz w wielu miastach na kasie można zarobić więcej niż pracując w szpitalu, np jako lekarz w trakcie specjalizacji. Generalnie to w niewielu zawodach można zarobić mniej niż w ochronie zdrowia. Mam kolegę, który pracuje za grosze w pieczarkarni (zarabia tyle co ratownik medyczny/pielęgniarka), ale uznał, że mu się to opłaca, bo robota jest trzy minuty na pieszo do domu. Musi dziennie przenieść parę ton tych smakowitych grzybów, a następnie wraca, otwiera piwo i może cieszyć się czasem spędzonym z rodziną.

Dlaczego pracownicy ochrony zdrowia się na godzą?

Wiem, że to źle zabrzmi, ale problemem jest to, że większość z nas zwyczajnie lubi swoją pracę. Powołanie to górnolotne słowo. Ujmijmy to więc tak, że szkoda nam trochę czasu poświęconego na nabycie umiejętności, wiedzy, doświadczenia, świadomości posiadania wysokich kwalifikacji, pomagania ludziom. Część z nas zwyczajnie lubi swoje miejsce pracy, lubi swój zespół, czuję więź. Pomaganie innym, fachowe wykonywanie swojej pracy dostarcza olbrzymiej satysfakcji, nadaje życiu głęboki sens.

Fukcjonowanie na wysokich obrotach i związane z nim zmęczenie powoduje jednak, że ciężko jest walczyć o swoje. Swoje dokłada presja ekonomiczna, konieczność przeżycia od pierwszego do pierwszego i związane z tym nadgodziny. Część społeczeństwa uważa, że śpimy na pieniądzach, albo że na dyżurach tylko jemy i pijemy kawę. Politycy umiejętnie rozgrywają te negatywne nastroje społeczne „pielęgniarkom chodzi tylko kasę”. Brak pieniędzy, dobrego zarządzania i dbania o szczegóły, procedury odbija się na nas, na pracowników ochrony zdrowia. Wiele prostych i tanich urządzeń powszechnych w krajach zachodu uratowałyby kręgosłupy pielęgniarek od powolnej zagłady. U nas wszystko niestety dzieję się od wypadku do wypadku. Zarządzamy kryzysem zamiast planować.

Jakie są postulaty?

Każda grupa zawodowa poniesie swoje. Motywem przewodnim łączącym wszystkich pracowników ochrony zdrowia i pacjentów będzie zwiększenie nakładów do 6,8% PKB. Niestety obecnie przeznaczane wydatki stawiają nas na poziomie krajów o niskim stopniu rozwoju. Wszędzie na świecie ochrona zdrowia jest priorytetem. Z pośród wszystkich krajów UE przeznaczamy najmniejsze nakłady na profilaktykę i walkę z chorobami.

Wbrew obiegowym opiniom systemu nie da się uszczelnić, ani lepiej zarządzać obecnymi środkami. Widzimy to na każdym kroku, wystarczy popatrzeć na to jak wygląda część szpitali. Bez zwiększenia nakładów nie ma szans na skrócenie kolejek, przyśpieszenie terminów operacji, na lepsze żywienie w szpitalach, kompleksową rehabilitację, czy też na powoływanie multidyscyplinarnych zespołów.

Dlaczego manifestacja i to w sobotę?!

To jest kolejne ostrzeżenie dla rządu, manifestacja jest łatwiejsza do organizacji niż strajk, nie da się tego szantażować emocjonalnie, „odeszli od łóżek”. Termin, czyli 24 września jest o tyle dobry, że wciąż można liczyć na dobrą pogodę, a pracę nad przyszłorocznym budżetem są ciągle w toku. Studenci wracają z wakacji, nauka się jeszcze nie zaczęła. Sobota jest celową grą o frekwencję. W przypadku Porozumienia Rezydentów to zadziałało, więc liczymy na to, że teraz będzie podobnie.

Będą mówić, że się nie uda i że to nie ma sensu

Oczywiście że będą, bo każdy ma swoją rolę do wypełnienia. To jest tak jak mówił Gandhi:

Naj­pierw cię ig­no­rują. Po­tem śmieją się z ciebie. Później z tobą wal­czą. Później wyg­ry­wasz.

Trzeba pamiętać, że jest to pierwsze wspólne działanie, ryzyko jest duże, wiadomo że nie od razu wszystko się zmieni. Wciąż jednak trwają pracę nad tą nieszczęsną ustawą o płacach minimalnych, a także dotyczące wzrostu finansowania ochrony zdrowia, który przewidziano na następną dekadę. Jeśli nie zareagujemy teraz, pozwolimy żeby to się „przyklepało”, to pretensje powinniśmy mieć tylko do siebie. Demokracja nie polega na tym, że raz na cztery lata idziemy wybierać mniejsze zło, ale wymaga od obywateli walki w obronie tego, co uważają za słuszne. Po wszystkim będziemy wiedzieli, że przynajmniej próbowaliśmy, że mieliśmy odwagę i siłę zaprotestować. Manifestacja jest tylko wstępem do dalszych działań, którym może być ogólnopolski, totalny strajk.

Czy się przejmą tą manifestacją?

To zależy od ilości osób, które przyjdą. Kiedy KOD wyprowadził na ulicę podobną liczbę ludzi (lub nie, w zależności kto liczył) to do komputera posadzono Prezesa żeby odpowiadał na pytania internautów. Było to bezprecedensowe wydarzenie, którego cel był ewidentny, odwrócenie uwagi.

Media nas lubią

Bo racja jest po naszej stronie i to coraz łatwiej pokazać. Mamy w Polsce wzrost gospodarczy, rekordowo niskie bezrobocie, a u nas dalej bieda. Jako Porozumienie Rezydentów odbyliśmy setki rozmów w ciągu ostatniego roku z dziennikarzami, cierpliwie tłumaczyliśmy, opowiadaliśmy o naszej sytuacji, nawiązywaliśmy kontakty. Staraliśmy się mówić też o sytuacji innych zawodów medycznych. To wszystko teraz procentuje, o naszej czerwcowej manifestacji mówiono tylko i wyłącznie dobrze. Tym razem będzie podobnie. Wiele protestów przechodzi bez echa, ale z nami tak nie będzie. Staramy się działać unikając szantażu, przedstawiając racjonalne argumenty. Być może naiwnie wierzymy, że one się obronią, a beton prędzej czy później skruszeje.

Czy zawody medyczne się dogadają?

Tutaj dużo zależy od rozmaitych organizacji, związków zawodowych, charyzmy liderów, zaufania jakim są obdarzeni. 5 sierpnia odbyło się kolejne spotkanie w tej sprawie (następne będzie na początku września) i wszystko pozwala na optymizm. Pomaga to, że motorem są ludzie młodzi i młodzi mentalnie. Porozumienie Rezydentów jako organizacja działa dosyć niestandardowo, jest oparta o zaufanie, inicjatywę, kreatywność, oddolną pracę. Ten schemat warto promować i jeśli Porozumienie Zawodów Medycznych będzie działać tak samo, to jest skazane na sukces. Wobec siły jaką dają media społecznościowe to wszystko pozwala osiągać olbrzymie rezultaty. Chodzi o tworzenie pewnej sieci kontaktów, wzajemne poznawanie się, uczenie się od siebie nawzajem, wychodzenie do siebie na przeciw.

To wszystko zamiast biurokracji, formalności,  niekończących się narad, głosowań. Maksimum działania, efektywności i minimum marnowania czasu. To oczywiście wymaga dużo zaufania i podejmowania pewnego ryzyka, ale jak do tej pory udało nam się unikać potknięć.

Oczywiście taka forma działania na początku może budzić zrozumiały sprzeciw.

No bo kto tym wszystkim zarządza? Kto reprezentuje? Kto jest odpowiedzialny?

Ty sam!!!

Ja, czuję się upoważniony żeby mówić o problemach swojej grupy zawodowej, przy czym całym sercem będę wspierał działania wszystkich innych pracowników ochrony zdrowia. Ciężko jest zarządzać tak olbrzymim i różnorodnym środowiskiem, dlatego wydaję się, że Porozumienie Zawodów Medycznych powinno być grupą ściśle współpracujących ze sobą organizacji. Jeśli chcecie żeby Wasze organizacje działały lepiej, to po prostu musicie się zaangażować w ich pracę, podobnie jak my staramy się robić w naszym środowisku.

Dlaczego jesteśmy skazani na współpracę? Czy nie lepiej walczyć samemu?

Do współpracy cierpliwie przekonywali nas ministrowie Radziwiłł i Pinkas. Z ojcowską troską upominali, że nie możemy myśleć tylko o sobie, że przecież inni mają gorzej. Karcili za egoizm. Problemy zostaną rozwiązane systemowo i wszystkim się poprawi. Postanowiliśmy posłuchać, choć na razie nic nie wskazuje na to, żeby gorzej sytuowanym od lekarzy miało się na lepsze.

W każdym razie w starciu z taką retoryką nie mieliśmy szans. Według Prawa i Sprawiedliwości zarobki mają być spłaszczane, dlatego niskie dochody innych grup zawodowych są dla lekarzy naturalna barierą. W moim egoistycznym interesie jest to, żeby np. pielęgniarka zarabiała jak najwięcej. Podobnie innym grupom zawodowym powinno zależeć na tym, żeby lekarz zarabiał możliwie dużo, bo wiadomo, że to będzie zawsze punkt odniesienia. Wiem, że ta logika może wydawać się trudna i bolesna, wobec wielu zaszłości, ale musimy skoncentrować się na przyszłości.

Przecież dla wszystkich nie starczy pieniędzy?

Do tej pory każdy myślał tylko o sobie i jesteśmy tu gdzie jesteśmy, czyli sami wiecie gdzie. Pieniądze nie są największym problemem, gorsza jest świadomość ludzi i polityków. Wszystko jest tylko i wyłącznie kwestią priorytetów, które należy zmieniać. Tutaj mamy olbrzymie pole do popisu. Musimy stworzyć nową hieriarchie ważności, w której pacjent jest priorytetem.

Czy na manifestację przyjdzie 100 000 osób?

Jestem pewien, że tak. Nikt za bardzo w to nie wierzył, ale sami rezydenci zmobilizowali 10 tysięcy osób. W ochronie zdrowia w Polsce pracuję około 700 000 ludzi. Tak naprawdę jeśli na manifestacji będzie „tylko” 30 000 osób, to i tak gwarantuje Wam, że jest to tak niewyobrażalny tłum, że to zrobi wrażenie. Nawet jeśli nie jesteście przekonani co do tego, czy uda nam się coś zmienić, to warto po prostu być. Moi znajomi byli bardzo zadowoleni z tego, że wzięli udział, to świetna sprawa, móc wykrzyczeć swój sprzeciw. Nie oszukujmy się, ta manifestacja to dopiero początek całej historii, początek wszystkich starań.

Świat można zmienić!!!

Comments

comments

Początki Porozumienia Rezydentów – spotkanie z prof. Zembalą

Manifestacja, źródło: Polityka Zdrowotna

Manifestacja była wielkim sukcesem, ale nie łatwo było do niej doprowadzić. Początki były trudne, ale też bardzo zabawne. Z perspektywy czasu dostrzegam swoją olbrzymią naiwność, ale też idealizm. Może te cechy są niezbędne do kruszenia głową betonu?

Nie miałem ochoty zakładać żadnej organizacji, odczuwałem głęboką niechęć towarzyszącą wszelkim strukturom. Być może dlatego bardzo się staram żeby Porozumienie Rezydentów było inne, żeby każdy mógł maksymalnie wykorzystać swój potencjał i kreatywność bez oglądania się na regulaminy i statuty.

Po prostu chciałem coś zmienić, odczuwałem dyskomfort związany z sytuacją lekarzy w Polsce. To się nasilało, zwłaszcza, że prawie wszyscy moi znajomi to lekarze i wyglądało na to, że liczne problemy to nasze wspólne doświadczenie pokoleniowe. Nie wiedziałem tylko jak się do tego zabrać i zastanawiałem się nad tym, dlaczego nikt inny tego nie zrobił.

Bezpośrednim bodźcem była wizyta profesora Zembali w moim byłym miejscu pracy. Napisałem krótki list zawierający najważniejsze problemy, kupiłem ładną teczkę i poprosiłem o zgodę na udział w spotkaniu. Naiwnie wymyśliłem sobie, że nikt nie wie jaka jest sytuacja młodych lekarzy, że jak ją przedstawię, to wszystko szybko się zmieni. Teraz już wiem, że to myślenie w stylu „Stalin jest dobry, ale urzędnicy wypaczają jego wizję, gdyby tylko wiedział, to by pomógł”. Większość społeczeństwa i mediów nie orientowała się w naszej sytuacji, lecz rząd wiedział, że jedynym warunkiem funkcjonowania ochrony zdrowia są niewolnicze stawki za pracę. Dodatkowego smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że znacząca część mojego środowiska zamienia biały fartuch na mównicę sejmową.

Profesor Zembala przyjechał, a z nim tabuny dziennikarzy. Niestety była tu uroczystość w starym stylu. Podziękowaniom, gratulacjom, ukłonom, uśmiechom, uściskom ręki nie było końca. Nie wiem czy pamiętacie jeszcze szkolne uroczystości w podstawówce. To było kilka razy dłuższe i o wiele gorsze.

Cierpiałem, uwięziony przez wiele godzin w pierwszym rzędzie, w drewnianej ławce przypominającej to co jest w kościele, z tym na nogi do klęczenia. Wypatrywałem chwili przerwy, w której będę mógł podejść i po prostu wręczyć teczkę. Przez moment profesor Zembala szedł w moim kierunku, jeszcze trzy kroki, dwa, jeden… byłem jak sprężyna, gotowy do szybkiego wstania i wręczenia teczki, ale… zawrócił.

Czas mijał i wykruszali się kolejni profesorowie. Rozczarowani:

szpitale dziecięce mają tyle problemów, a ja słucham o grubych dzieciach, dopalaczach i o podziękowaniach dla harcerzy. Wiem, że to ważne problemy, ale co to ma do funkcjonowania Instytutu?

Opóźnienie rosło, narastała ciemność na zewnątrz, a wraz z nią mój stres. Czy to wszystko na marne? Nagle skończyło się, zaczęły się ponowne uściski ręki, ruszyłem w kierunku mównicy, zręcznie przepychając się między ważnymi ludźmi. Zestresowany coś wydukałem w kierunku profesora:

yyy, jestem młodym lekarzem, yyy mam taki list

Zobaczyłem konsternację, już byłem blisko, już wizualizowałem sobie, że oddaje teczkę, której ciężar rósł z minuty na minutę, po czym zostałem wyminięty z niebywałą gracją, a wcześniej usłyszałem:

nie teraz

Orszak ruszył do sali na konferencję prasową. Błąkałem się załamany po foyer pełnym olbrzymich roślin niczym z Parku Jurajskiego. Nie chciałem się jeszcze poddawać. Zastanawiałem się nad czekaniem przy drzwiach samochodu. Na plus trzeba im oddać tanie państwo, cztery osoby przyjechały kilkuletnią Skodą.

Wydawało mi się to jednak głupie, więc zdecydowałem się na jeszcze głupszy ruch. Postanowiłem czekać przy drzwiach wyjściowych, tak żeby je trochę zastawić niczym Rejtan. Warunki fizyczne są moim atutem (teraz nawet jeszcze większym, bo waga urosła), trudno jest udawać, że się mnie nie dostrzega. Ilekroć obserwowałem takie desperackie próby pośród ludzi, to dostarczało mi to olbrzymią porcję radości. Minister Zembala nie miał szans, szedł w moim kierunku, pozostało tylko czekać…

Nasze spojrzenia skrzyżowały się, Profesor pomimo zmęczenia, uśmiechnął się do mnie, wziął teczkę, powiedział, że jest zbudowany moją postawą i że na pewno do mnie zadzwoni. Tego samego wieczora nagrał się na moją pocztę głosową, mówiąc że to co napisałem, ma sens i że na pewno trzeba się spotkać, powołać jakiś zespół do spraw młodych lekarzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Filip Dąbrowski i Komisja Młodych Lekarzy Naczelnej Rady Lekarskiej (wiem, długa nazwa) bezskutecznie walczyła z betonem, od długiego, długiego czasu. Krótkie rządy ministra Zembali rozbudziły jednak nadzieję na zmiany.

Następnego dnia po odprawie w radosnej atmosferze odsłuchaliśmy nagranie w pokoju lekarskim. Tego samego dnia do mojej poprzedniej ksywki w pracy „most perspective”, dołączyła nowa „minister”. Czas mijał, a do spotkania nie dochodziło. Od czasu do czasu wymieniałem jakieś smsy z Panem Ministrem, ale wszystko co dobre, szybko się kończy, nadchodziły wybory.

Szanowny Panie Ministrze rozumiem, że jest Pan bardzo zajęty, spotkanie nie jest konieczne, w piśmie jakie przekazałem zawarte są nasze postulaty, jeśli spełnienie ich będzie zbyt trudne organizacyjnie to proszę po prostu dać nam podwyżki, bo one są bardzo potrzebne.

Trzeba wiedzieć, że profesor Zembala jest bardzo władczym, silnym i charyzmatycznym człowiekiem. Taka też była odpowiedź. Na szczęście nie mogliśmy się zgrać czasowo i było to kolejne nagranie na skrzynkę głosową. Usłyszałem, że jestem bezczelny i że powinienem się wstydzić, że tak po prostu proszę o pieniądze i że asystenci pana profesora jak piszą granty to zarabiają nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Tak skończyła się moja przygoda z ministrem Zembalą, którego oceniam bardzo pozytywnie. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zdołał zmienić wieloletnią zasadę zarządzania opieką zdrowotną przez PO, żadnych podwyżek w ochronie zdrowia. Wzrost wynagrodzenia dla pielęgniarek nie spełnił ich oczekiwań i był za niski, lecz poczynił pierwszy wyłom w systemie i dał szanse i nadzieję innym grupom zawodowym na walkę.

Były minister powiedział mi jeszcze ciekawą rzecz:

Pana autentyczność uwiarygadnia Pana, to wszystko wydaje się być szczere.

Pełen gniewu i determinacji czułem olbrzymi stres związany z kolejnymi spotkaniami. Dopiero zdobywałem niezbędne doświadczenie i pewną ogładę, która pozwala rozmawiać z ważnymi ludźmi jak równy z równym. Starałem się pamiętać o słowach profesora Zembali i po prostu być sobą. Czas pokazał, że było to najlepsze co mogłem zrobić.

Tytułowe zdjęcie pochodzi z manifestacji, która odbyła się 18 czerwca i zgromadziła ponad 10 000 lekarzy, (według niektórych źródeł mniej). Za udostępnienie dziękuję portalowi Polityka Zdrowotna.

Comments

comments

Udane wakacje = ubezpieczenie

wakacje za granica

Nie warto ponosić niepotrzebnego ryzyka. Nawet jeśli jesteś okazem zdrowia i bez zadyszki rozpalasz grilla, to licho nie śpi. Brak szczęścia może sprawić, że wymarzone wakacje wpędzą Cię w długi i uniemożliwią powrót do kraju.

W poprzednim artykule pisałem o Panu Marku. Pobyt na intensywnej terapii go nie zrujnował, ponieważ miał dobre ubezpieczenie. Dzięki temu mógł dokończyć leczenie w otoczeniu rodziny i został przetransportowany do kraju samolotem. W Internecie znalazłem informacje, że koszt takiego transportu to cena dobrego auta.

NFZ teoretycznie może zapłacić za taki powrót, ale tylko pod wieloma warunkami. Pierwszym z nich jest posiadanie karty EKUZ (europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego). Informacje zawarte na stronie NFZ są napisane mało zrozumiałym językiem. W skrócie: jest ona bezpłatna, wyrobienie stosunkowo proste, wniosek można złożyć przez internet. Działa ona na terenie UE, a także na Islandii, w Liechtensteinie, Norwegii i Szwajcarii. Drugim warunkiem jest to, że cena transportu i leczenia w Polsce jest mniejsza niż koszt dalszej terapii za granicą.

Karta EKUZ nie zapewnia bezpłatnego leczenia, ale daje prawo do korzystania z ochrony zdrowia na takich samych warunkach, jakie mają obywatele danego kraju. W wielu państwach istnieje bowiem współpłacenie za usługi. Nie są to kwoty, które zrujnują Twój budżet, lecz mogą być dokuczliwe. Korzystanie z ochrony zdrowia może dotyczyć tylko nagłych przypadków, nie zaś planowanego leczenia. Dostęp do takiego leczenia za granicą ciągle jest administracyjnie utrudniany i zapewne uzyskanie zgody będzie biurokratyczną drogą przez mękę.

Teoretycznie ta karta zabezpieczy nas przed bankructwem w przypadku nagłego zachorowania, ale moim zdaniem warto zaopatrzyć się w dodatkowe ubezpieczenie. Dzięki niemu możemy też uniknąć kontaktu z polską biurokracją. Oferuje je większość biur podróży i firm ubezpieczeniowych i jest dostępne w różnych wariantach. Jeśli planujemy wycieczkę na inny kontynent, to staje się ono koniecznością. Zasada jest prosta: im wyższa kwota gwarantowana i im szerszy zakres świadczeń, tym lepiej. Bolący ząb nie zagrozi Twojemu życiu, lecz może skutecznie zniszczyć wakacje życia na Malediwach.

Oczywiście nawet najdroższe ubezpieczenie może nie pokryć pewnych zdarzeń. Mój kolega podczas urlopu w Tajlandii ze względu na niedoskonałość mechaniczną lateksu zmuszony był zasięgnąć pomocy lekarskiej i brać leki zapobiegające rozwinięciu się pewnego wirusa.

Co się stanie jeśli jednak postanowimy zaryzykować?

Naprawdę nie warto. Ostatnio głośna była historia Polaka, który nie może opuścić Meksyku, dopóki nie odda szpitalowi 800 tysięcy złotych. Według statystyk pewnego biura podróży około 80% Polaków nie wykupuje dodatkowego ubezpieczenia, którego koszt w tym wypadku wynosił 90 złotych.

Jesteś młody i zdrowy i teoretycznie nic Ci nie grozi. Długo zastanawiałem się nad przykładem, który pokaże Ci, że ciągle ryzykujesz. Niestety będzie brutalnie. Masz pecha i powodujesz wypadek komunikacyjny i OC sprawcy nie pokryje kosztów. Sprawa jest na tyle poważna, że kończy się pobytem na oddziale intensywnej terapii, czyli najdroższym miejscu w szpitalu. Bez ubezpieczenia jedyną szansą na powrót do kraju będzie dla Ciebie bohaterska ucieczka ze szpitala i następnie przeszczep twarzy i zmiana tożsamości. Niestety takie usługi też kosztują. Koło się zamyka.

Trzeba się było ubezpieczać

Powiedział w 1997 roku premier Cimoszewicz. Powiedzenie prawdy ofiarom powodzi kosztowało go utratę popularności i naraziło na powszechną krytykę. Od tego czasu politycy starają się unikać szczerych rozmów na temat rzeczywistości, bo to zbyt wiele kosztuje.

You only live twice to nie jest piosenka o Tobie. YOLO, żyjesz tylko raz i dlatego nie możesz pozwolić sobie na błędy, więc pamiętaj o ubezpieczeniu.

Comments

comments