Archiwa tagu: Porozumienie Rezydentów

Spotkanie z Ojcem Rydzykiem

spotkanie z ojcem

Przy okazji porządkowania archiwum Porozumienia Rezydentów natrafiłem na taką perełkę. W jaki sposób doszło do spotkania, które wywarło bardzo duży wpływ na nasza działalność?

Poczyniliśmy pewne założenia.  Po pierwsze chcieliśmy wszystko zrobić inaczej niż do tej pory. Zależało nam na totalnym dialogu, na próbie osiągnięcia celu poprzez merytoryczne przygotowanie, otwieranie się na jak największą liczbę środowisk. Oczywiście, że najprościej jest rozmawiać z tymi, którzy się z nami zgadzają, trudniej zaryzykować się i wyjść do ludzi, którzy są nam nie znani.

Nasza najbardziej spektakularna akcja, to jest adopcja posłów, była przejawem praktycznego podejścia do rzeczywistości. Zostało to później bardzo docenione. Poparcie opozycji, chociaż potrzebne nie może prowadzić do wprowadzenia zmian. Opozycja dochodząc do władzy często zapomina o tym, o co walczyła. Chcieliśmy porozumieć się w rządzącą partią, przekonać ją do wprowadzenia zmian w życie, mówić jej językiem, przemawiać do jej elektoratu. Oczywiście było to trudniejsze niż uzyskanie poparcia mediów nastawionych raczej opozycyjnie.

Zaczęliśmy więc szukać możliwości dotarcia do ludzi decyzyjnych poprzez kanały informacyjne, które są dla nich istotne, a dla nas były totalnie nieznane. Nasz Dziennik, Gazeta Polska, wszędzie tam spotkaliśmy się z bardzo dobrym przyjęciem, problemy zostały opisane merytorycznie i fachowo. Podjęliśmy starania o możliwość wystąpienia w Radiu Maryja i Tv Trwam. Nie jest to najłatwiejsza rzecz. Potrzebowaliśmy polecenia zaufanej osoby. Podobnie jak my nie znaliśmy toruńskiego środowiska, podobnie oni nie znali nas.

W końcu nadszedł ten dzień. W czwórkę spotkaliśmy się w dużym budynku nagraniowym. Po chwili podjechał Ojciec Grzegorz Moj, który miał dzisiaj z nami rozmawiać. (osoby prowadzące Rozmowy Niedokończone zmieniają się). Nie przypominał standardowego zakonnika, energiczny, ze słuchawką w uchu, przez którą cały czas prowadził rozmowy. Krótka rozmowa przed wejściem na antenie dała nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z przygotowanym rozmówcą.

Wydawało mi się wtedy, że jako przewodniczący powinienem brać na siebie jak najwięcej. Podobnie jak w amerykańskiej armii oficer pierwszy biegnie z plecakiem, stąd wzięło się wyśmiewane przez znajomych „pozwoli Ojciec, że ja zacznę”. Nie czułem specjalnego stresu, w studiu był jeden telewizor, który pokazywał nam co widzą ludzie przed telewizorami. Jak się później dowiedziałem, to nie było bardzo dokładne urządzenie, stąd czasem kamera pokazywała jak bujałem się na boki.

W teorii niewiele osób ogląda Tv Trwam, w praktyce duża część rodziny i znajomych z uśmiechem odnotowywała „o Damianek w telewizji” i następnie szybko przekazywała te informacje dalej. Czułem pewien dyskomfort, bo wydawało mi się, że jestem za długi, nie wiedziałem co zrobić z nogami, jako postawę ciała przybrać. Na szczęście Ojciec Moj starał się nam pomagać, nie przerywał, naprowadzał, nie atakował, był bardzo przyjazny.

W późniejszym czasie miałem okazję kilkakrotnie rozmawiać z Ojcem Mojem. Najbardziej utkwił mi w pamięci ten fragment, kiedy rozmawialiśmy przez telefon i słyszałem jak przekonuje swoich kolegów z redakcji, żeby nagrali jakiś materiał o nas.

– To są młodzi lekarze, walczą o to, w co wierzą. Trzeba im pomóc, my też walczymy o różne rzeczy i dlatego powinniśmy to rozumieć.
-No nie wiem, nie znam ich…
-Im naprawdę warto pomóc…

Wszystkie media i redakcje działają w bardzo zbliżony sposób. Bardzo istotny jest czynnik ludzki, to jest osobiste przekonania osoby, która danego dnia ma np dyżur. To jest odpowiedź na to, dlaczego nie wszystkie nasze materiały są wysyłane dalej. My wykonaliśmy tytaniczną pracę polegającą na rozmawianiu z dziennikarzami, tłumaczeniu im na czym polega nasza sytuacja. To wszystko przyniosło efekty, teraz już jest o wiele, wiele łatwiej.

W studiu starałem się dawać szansę swoim koleżankom i kolegom, ale średnio mi to wychodziło. Spotkało się to oczywiście z łagodnymi drwinami ze strony Ojca Moja w przerwie pomiędzy nagraniem w telewizji, a nagraniem w radiu. Poza tym wolny czas przeznaczyliśmy na rozmowę i wspólny posiłek. Nic wystawnego, zwykła zapiekanka, ale bardzo smaczna. Dowiedzieliśmy się jak wygląda zarządzanie tym wszystkim od kuchni. Dużo pracy, mało czasu na sen, trochę tak jak u nas.
Wszystko odbywało się w bardzo sympatycznej, rodzinnej atmosferze, Ojciec Moj tłumaczył to w ten sposób, że jesteśmy gośćmi i że on też chciałby nas jak najlepiej poznać.

Opowiadał o swojej codzienności, która sprowadzała się do tego, że jednoosobowo pełnił rolę kierownika produkcji. Dużo, dużo, żmudnej pracy, jak jeżdżenie po Polsce i znajdowanie miejsc na maszty przekaźnikowe, nocne rozmowy z kierowcami ciężarówek na antenie radia, praca nad samym sobą. Poza tym olbrzymie poczucie misji, co pozwala zrozumieć czemu Radio Maryja ma najlepszy zasięg w Polsce. Po prostu ma silnie zmotywowanych pracowników.

Duży nacisk Ojciec Moj kładł też na coraz modniejszy patriotyzm gospodarczy. Niektóre spostrzeżenia były ciekawe, jak choćby to, że powszechnie stawiane w Polsce wiatraki nie dają nam za dużo korzyści, produkowane w Niemczech, na niemieckich patentach nie rozwijają naszej gospodarki.

Po przerwie udaliśmy się do radiowego studia. Tam było już o wiele luźniej, w radiu czuję się swobodniej. W czasie rozmowy na kartkach pisaliśmy sobie różne rzeczy, w przerwie wymienialiśmy się opiniami. Mogliśmy nawet posłuchać świetnej piosenki w wykonaniu Jadzi Zareckiej:

Czas szybko leciał, ludzie dzwonili do studia, staraliśmy się jak najgrzeczniej im odpowiadać. Pamiętam jak bardzo byłem zmęczony przed rozpoczęciem nagrania, cały dzień w pracy, szybka podróż do studia. Adrenalina robiła jednak swoje, ale przede wszystkim pomagało nam to, że czuliśmy się swobodnie, byliśmy szczerzy i autentyczni.

Zresztą sami zobaczcie, jak wypadliśmy. Zbieraliśmy się już do wyjścia, kiedy to nagle pojawił się Ojciec Rydzyk i zaprosił nas na krótką rozmowę. Od pewnego czasu ze względu na wiek Ojciec Rydzyk nie prowadzi już Rozmów Niedokończonych, które są jego oczkiem w głowie. Niemniej jednak cały czas bacznie śledzi przebieg rozmów. Powiedział, że przekonaliśmy go do siebie i że chętnie z nami chwilę porozmawia.

W gabinecie chwilę pobawiliśmy się modelem maybacha leżącym na biurku. Jaki jest Ojciec Rydzyk w bezpośrednim kontakcie? Sprawiał wrażenie pewnej siebie, inteligentnej osoby, która w pewien sposób bawi się swoim wizerunkiem, ale też ma pewną skłonność do autoironii, czego dowodzi trzymanie wspomnianej zabawki. Generalnie to ani w radiu, ani w telewizji nie widać było przepychu, wszystko urządzone było skromnie i chyba oszczędzali na ogrzewaniu, bo trochę zmarzłem. Ojciec Rydzyk pokazywał nam zgromadzone przez wiele, wiele lat rozmaite relikwie. Zadeklarował pomoc dla nas, stwierdził że nie podoba mu się to jak działa ochrona zdrowia w Polsce.

Dotrzymał słowa, poprosił polityków PISu o spotkania z nami i o pomoc dla nas. Później kilka razy dzwonił do mnie przez telefon i pytał się, czy mamy jakieś widoki na poprawę sytuacji. (nie znaczy to jednak, że mam nr telefonu do szefa toruńskich mediów, numery były zastrzeżone). Stał się naszym najbardziej nieoczekiwanym sojusznikiem. Z czasem dzięki ciężkiej pracy zyskaliśmy poparcie praktycznie wszystkich środowisk. Wtedy nie wiedzieliśmy jednak, że uda nam się przekonać tak wielu ludzi, że należy zmienić naszą sytuację.

Jaka była cena poparcia? Stosunkowo niewysoka, Ojciec Rydzyk zapytał nas czy przypadkiem nie jesteśmy lewakami, bo nie darzy szacunkiem tej ideologii. Następnego dnia po nagraniu o godzinie 9 rano Ministerstwo Zdrowia wydało pierwszy komunikat w naszej sprawie. Po raz pierwszy rządzący zaczynali rozumieć, że powinni traktować nas poważnie, choć tak naprawdę uświadomili to sobie dopiero po manifestacji. Teraz od czasu do czasu rozmawiam z agencją informacyjną Radia Maryja, podobnie jak dzieje się to z innymi stacjami.

Kiedy w zeszłym miesiącu spotkaliśmy się z Partią Razem to zasugerowałem Adrianowi Zandbergowi podjęcie starań o wizytę w Toruniu. Zostało to odebrane jako dobry żart, niemniej jednak mówiłem poważnie. Młodzi, ideowi, sympatyczni ludzie na pewno zrobiliby dobre wrażenie i pokazali, że możliwy jest dialog, który wydaje się być ekstremalny.

Nam udało się pokazać przez ostatni rok, że nic nie jest dla nas niemożliwe i że jesteśmy w stanie porozmawiać z każdym niezależnie od naszych własnych przekonań. W toku pracy nad Porozumieniem Rezydentów udało pozbyć mi się zresztą przywiązania do pewnych etykietek, jakich ludzie używają do definiowania siebie.

Ciężko pracowałem nad tym, żeby po każdej stronie starać się po prostu znajdować właściwych ludzi, widzieć w nich dobro i potencjał do wspólnej zmiany rzeczywistości. Wiem, że to wszystko może wydawać się bardzo naiwne i idealistycznie, nie mniej jednak ciągle wierze, że w ten sposób można odnieść sukces. Są tylko dwa sposoby na to żeby wygrać:

1) Robić to samo co inni, tylko mocniej, bardziej agresywnie, z większą determinacją
2) Zakwestionować dotychczasowe reguły gry i spróbować narzucić swoje, to drugie wydaje się być o wiele ciekawsze.

Na zakończenie filmik dla tych, którzy ciągle potrzebują motywacji do działania:

Proszę o udostępnianie treści:

„Teraz ze mną na solo nie wygrasz…

w aucie

Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i będę k… jak brzytwa.” Słowa te zostały wypowiedziane kilka lat temu i do tej pory jestem zaskoczony ich trafnością. Czytanie książek pozwala zyskać bardzo dużą przewagę nad innymi i o tym będzie ten post.

Wie o tym Prezes PIS, którego domowa biblioteka jest dosyć obszerna. Tematy po które sięga pozwoliłby mu na bezproblemową dyskusję z hipsterami z Placu Zbawiciela. Nic tak nie pasuje do sojowego latte jak Kapitał w XXI wieku Pikettego. Książka ta wywołała bardzo duży ferment intelektualny na świecie, podczas gdy u nas przeszła niemal niezauważona. Ciężka cegła, pełna wzorów i analiz (poddałem się 100 stron przed końcem) mówiąca o tym, że praca coraz mniej popłaca.

To tylko przykład, który ma pokazać skąd bierze się przewagą jednych ludzi nad drugimi. Taka, która pozornie wydawać się może nieuchwytna. Bez głębszego wejścia w problem, czyli posiadania wiedzy, trenowania inteligencji, skazujemy się na powierzchowną wizję świata. Ostatnio opowiedziano mi anegdotę, która to dobitnie potwierdza.

Podczas kampanii wyborczej partia A nie miała budżetu, lecz miała ciekawe pomysły, interesujące treści i sztab kreatywnych ludzi. Dzięki temu dosłownie wymiotła w internecie. Partia B dysponując olbrzymią ilością gotówki i wynajętą profesjonalną firmą osiągała dużo gorsze rezultaty w sieci, nie udawały się im wirale. Bardzo Droga Agencja PRowska (w skrócie BDAP) stwierdziła, że od partii A należy skopiować rozmiar publikowanych przez nich memów. Pewnie domyślacie się rezultatu.

Niesie to pocieszenie dla wszystkich, którzy myślą, że to niewłaściwy rozmiar jest przyczyną porażek. Nie, tym ludziom nie wychodzi, dlatego, że są głupi, a są głupi, dlatego, że nie czytają książek. Tyrion z Gry o Tron wie co jest najważniejsze. Staram się brać z niego przykład. Jeden z mądrzejszych lekarzy jakich poznałem uważa, że każdy doktor powinien poświęcać pół godziny dziennie na aktualizowanie swojej wiedzy. Niby nie jest to dużo, ale w praktyce wymaga to żelaznej samodyscypliny. Takie jest zresztą też uzasadnienie jedynego przywileju zawodowego lekarzy.

Nie mam żadnych mitycznych dodatków, jeśli o nich słyszycie to jest to zwyczajna manipulacja rządzących i wielki spisek. Mój dzień pracy jest o 25 minut krótszy, co znaczy, że pracuje siedem godzin i trzydzieści pięć minut. Zaoszczędzony czas powinienem przeznaczyć na doskonalenie swojej wiedzy.

Nie jest to łatwe zadanie. Pierwszą barierą są media społecznościowe, a zwłaszcza facebook, które wpływają na to jak działa ludzki umysł, utrudniając koncentracje. Drugim problemem jest to, że wiedza medyczna jest coraz mniej definitywna. Nauka w liceum, czy na studiach była fajna, bo wystarczyło pewnych rzeczy się nauczyć, zapamiętać i już. Twarda dupa i cierpliwość. Teraz poprzeczka się podniosła wyżej. Czytam o leczeniu ludzi w ciężkim stanie i autor nie chce mi podać jednego, optymalnego sposobu.

Problem jest taki, że w niektórych sytuacjach on po prostu nie istnieje, albo nie udało się tego jeszcze zbadać, udowodnić. Dowiaduje się, że mogę zrobić to i to, ale te wszystkie rzeczy nie wpływają na końcowy efekt. Może w takim razie nie warto podejmować tych działań? Ponieważ aktualnie mam przerwę w karierze zawodowej, to wszystko to są teoretyczne rozważania dla mnie.

Intuicyjnie większość osób będzie skłaniać się ku działaniom, zwłaszcza jeśli one w wyraźny sposób nie szkodzą. Wydaje się, że tego oczekują też sami pacjenci i ich rodziny. Sam tego bym oczekiwał jako pacjent, miałbym gdzieś wszystkie badania naukowe i prawdopodobieństwo. Jedno jest pewne. To wszystko jest bardzo zajmujące intelektualnie, to prawie tak dobra zabawa jaką miałby dr House, gdyby istniał.

Współczesna medycyna idzie w kierunku udowadniania wszystkiego i weryfikowania. To ma głęboki sens. Najłatwiej to pokazać na przykładzie motoryzacyjnym. W laboratorium udowodniono, że dodatek do paliwa A poprawia pracę silnika, co wywołało olbrzymią radość producenta. Udało się zarobić na nim olbrzymie pieniądze. Niestety długoletnie badania pokazały, że ta substancja pomimo tego, że miała poprawiać pracę silnika, to nie zwiększa jego mocy, nie wydłuża czasu pracy, ani nie zmniejsza zapotrzebowania na paliwo. Efekt końcowy wydaje się być wielce rozczarowujący. Ponieważ dodatek do paliwa jest na rynku już długo, to i tak większość osób wierzy w jego dobroczynne działania.

Do tego wszystkiego niezbędna jest wiedza, która pozwala na uzyskanie właściwej perspektywy, podejmowanie najlepszych decyzji. Koncepcja Porozumienia Rezydentów odniosła sukces, ponieważ przeczytałem kilka książek za dużo i chciałem sprawdzić w praktyce, czy pewne rzeczy są możliwe. Udało się stworzyć pewne ramy do działania, pewną przestrzeń, którą później ludzie wypełnili treścią. Pewien kłopot na początku miałem z tym, że poza mną to nikt tych książek nie znał, ciężko było wytłumaczyć o co mi chodzi. Trochę jak w tym filmie:

-czytałem Twoją książkę
-to jest nas dwóch

Oczywiście może być tak, że Porozumienie Rezydentów poza sukcesem organizacyjnym nie odniesie żadnego innego. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystko zależy od nas. Niemniej jednak sukces organizacyjny i stworzenie organizacji, która razem z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Lekarzy zorganizowała manifestacje na 10 000 osób, może być upatrywane za coś konstruktywnego.

Zanim Porozumienie Rezydentów powstało przez długi czas zastanawiałem się nad tym, dlaczego tego nie ma. Jakie są bariery? Największą przeszkody znajdują się w umysłach ludzi, ponieważ często są one zamknięte.

Książki pozwalają pozbyć się tych ograniczeń

 

Proszę o udostępnianie treści:

Czy na manifestację przyjdzie 100 tysięcy osób?

porozumienie zawodów

W Warszawie 24 września odbędzie się pierwsza w historii manifestacja wszystkich zawodów medycznych. Czy będzie sukcesem? Media już zapowiedziały, że może stawić się nawet 180 000 osób. Dużo prawda?

O co w tym wszystkim chodzi?

Praca w ochronie zdrowia funkcjonuje dzięki wyzyskowi. Regularnie śledzimy ogłoszenia z Lidla i już teraz w wielu miastach na kasie można zarobić więcej niż pracując w szpitalu, np jako lekarz w trakcie specjalizacji. Generalnie to w niewielu zawodach można zarobić mniej niż w ochronie zdrowia. Mam kolegę, który pracuje za grosze w pieczarkarni (zarabia tyle co ratownik medyczny/pielęgniarka), ale uznał, że mu się to opłaca, bo robota jest trzy minuty na pieszo do domu. Musi dziennie przenieść parę ton tych smakowitych grzybów, a następnie wraca, otwiera piwo i może cieszyć się czasem spędzonym z rodziną.

Dlaczego pracownicy ochrony zdrowia się na godzą?

Wiem, że to źle zabrzmi, ale problemem jest to, że większość z nas zwyczajnie lubi swoją pracę. Powołanie to górnolotne słowo. Ujmijmy to więc tak, że szkoda nam trochę czasu poświęconego na nabycie umiejętności, wiedzy, doświadczenia, świadomości posiadania wysokich kwalifikacji, pomagania ludziom. Część z nas zwyczajnie lubi swoje miejsce pracy, lubi swój zespół, czuję więź. Pomaganie innym, fachowe wykonywanie swojej pracy dostarcza olbrzymiej satysfakcji, nadaje życiu głęboki sens.

Fukcjonowanie na wysokich obrotach i związane z nim zmęczenie powoduje jednak, że ciężko jest walczyć o swoje. Swoje dokłada presja ekonomiczna, konieczność przeżycia od pierwszego do pierwszego i związane z tym nadgodziny. Część społeczeństwa uważa, że śpimy na pieniądzach, albo że na dyżurach tylko jemy i pijemy kawę. Politycy umiejętnie rozgrywają te negatywne nastroje społeczne „pielęgniarkom chodzi tylko kasę”. Brak pieniędzy, dobrego zarządzania i dbania o szczegóły, procedury odbija się na nas, na pracowników ochrony zdrowia. Wiele prostych i tanich urządzeń powszechnych w krajach zachodu uratowałyby kręgosłupy pielęgniarek od powolnej zagłady. U nas wszystko niestety dzieję się od wypadku do wypadku. Zarządzamy kryzysem zamiast planować.

Jakie są postulaty?

Każda grupa zawodowa poniesie swoje. Motywem przewodnim łączącym wszystkich pracowników ochrony zdrowia i pacjentów będzie zwiększenie nakładów do 6,8% PKB. Niestety obecnie przeznaczane wydatki stawiają nas na poziomie krajów o niskim stopniu rozwoju. Wszędzie na świecie ochrona zdrowia jest priorytetem. Z pośród wszystkich krajów UE przeznaczamy najmniejsze nakłady na profilaktykę i walkę z chorobami.

Wbrew obiegowym opiniom systemu nie da się uszczelnić, ani lepiej zarządzać obecnymi środkami. Widzimy to na każdym kroku, wystarczy popatrzeć na to jak wygląda część szpitali. Bez zwiększenia nakładów nie ma szans na skrócenie kolejek, przyśpieszenie terminów operacji, na lepsze żywienie w szpitalach, kompleksową rehabilitację, czy też na powoływanie multidyscyplinarnych zespołów.

Dlaczego manifestacja i to w sobotę?!

To jest kolejne ostrzeżenie dla rządu, manifestacja jest łatwiejsza do organizacji niż strajk, nie da się tego szantażować emocjonalnie, „odeszli od łóżek”. Termin, czyli 24 września jest o tyle dobry, że wciąż można liczyć na dobrą pogodę, a pracę nad przyszłorocznym budżetem są ciągle w toku. Studenci wracają z wakacji, nauka się jeszcze nie zaczęła. Sobota jest celową grą o frekwencję. W przypadku Porozumienia Rezydentów to zadziałało, więc liczymy na to, że teraz będzie podobnie.

Będą mówić, że się nie uda i że to nie ma sensu

Oczywiście że będą, bo każdy ma swoją rolę do wypełnienia. To jest tak jak mówił Gandhi:

Naj­pierw cię ig­no­rują. Po­tem śmieją się z ciebie. Później z tobą wal­czą. Później wyg­ry­wasz.

Trzeba pamiętać, że jest to pierwsze wspólne działanie, ryzyko jest duże, wiadomo że nie od razu wszystko się zmieni. Wciąż jednak trwają pracę nad tą nieszczęsną ustawą o płacach minimalnych, a także dotyczące wzrostu finansowania ochrony zdrowia, który przewidziano na następną dekadę. Jeśli nie zareagujemy teraz, pozwolimy żeby to się „przyklepało”, to pretensje powinniśmy mieć tylko do siebie. Demokracja nie polega na tym, że raz na cztery lata idziemy wybierać mniejsze zło, ale wymaga od obywateli walki w obronie tego, co uważają za słuszne. Po wszystkim będziemy wiedzieli, że przynajmniej próbowaliśmy, że mieliśmy odwagę i siłę zaprotestować. Manifestacja jest tylko wstępem do dalszych działań, którym może być ogólnopolski, totalny strajk.

Czy się przejmą tą manifestacją?

To zależy od ilości osób, które przyjdą. Kiedy KOD wyprowadził na ulicę podobną liczbę ludzi (lub nie, w zależności kto liczył) to do komputera posadzono Prezesa żeby odpowiadał na pytania internautów. Było to bezprecedensowe wydarzenie, którego cel był ewidentny, odwrócenie uwagi.

Media nas lubią

Bo racja jest po naszej stronie i to coraz łatwiej pokazać. Mamy w Polsce wzrost gospodarczy, rekordowo niskie bezrobocie, a u nas dalej bieda. Jako Porozumienie Rezydentów odbyliśmy setki rozmów w ciągu ostatniego roku z dziennikarzami, cierpliwie tłumaczyliśmy, opowiadaliśmy o naszej sytuacji, nawiązywaliśmy kontakty. Staraliśmy się mówić też o sytuacji innych zawodów medycznych. To wszystko teraz procentuje, o naszej czerwcowej manifestacji mówiono tylko i wyłącznie dobrze. Tym razem będzie podobnie. Wiele protestów przechodzi bez echa, ale z nami tak nie będzie. Staramy się działać unikając szantażu, przedstawiając racjonalne argumenty. Być może naiwnie wierzymy, że one się obronią, a beton prędzej czy później skruszeje.

Czy zawody medyczne się dogadają?

Tutaj dużo zależy od rozmaitych organizacji, związków zawodowych, charyzmy liderów, zaufania jakim są obdarzeni. 5 sierpnia odbyło się kolejne spotkanie w tej sprawie (następne będzie na początku września) i wszystko pozwala na optymizm. Pomaga to, że motorem są ludzie młodzi i młodzi mentalnie. Porozumienie Rezydentów jako organizacja działa dosyć niestandardowo, jest oparta o zaufanie, inicjatywę, kreatywność, oddolną pracę. Ten schemat warto promować i jeśli Porozumienie Zawodów Medycznych będzie działać tak samo, to jest skazane na sukces. Wobec siły jaką dają media społecznościowe to wszystko pozwala osiągać olbrzymie rezultaty. Chodzi o tworzenie pewnej sieci kontaktów, wzajemne poznawanie się, uczenie się od siebie nawzajem, wychodzenie do siebie na przeciw.

To wszystko zamiast biurokracji, formalności,  niekończących się narad, głosowań. Maksimum działania, efektywności i minimum marnowania czasu. To oczywiście wymaga dużo zaufania i podejmowania pewnego ryzyka, ale jak do tej pory udało nam się unikać potknięć.

Oczywiście taka forma działania na początku może budzić zrozumiały sprzeciw.

No bo kto tym wszystkim zarządza? Kto reprezentuje? Kto jest odpowiedzialny?

Ty sam!!!

Ja, czuję się upoważniony żeby mówić o problemach swojej grupy zawodowej, przy czym całym sercem będę wspierał działania wszystkich innych pracowników ochrony zdrowia. Ciężko jest zarządzać tak olbrzymim i różnorodnym środowiskiem, dlatego wydaję się, że Porozumienie Zawodów Medycznych powinno być grupą ściśle współpracujących ze sobą organizacji. Jeśli chcecie żeby Wasze organizacje działały lepiej, to po prostu musicie się zaangażować w ich pracę, podobnie jak my staramy się robić w naszym środowisku.

Dlaczego jesteśmy skazani na współpracę? Czy nie lepiej walczyć samemu?

Do współpracy cierpliwie przekonywali nas ministrowie Radziwiłł i Pinkas. Z ojcowską troską upominali, że nie możemy myśleć tylko o sobie, że przecież inni mają gorzej. Karcili za egoizm. Problemy zostaną rozwiązane systemowo i wszystkim się poprawi. Postanowiliśmy posłuchać, choć na razie nic nie wskazuje na to, żeby gorzej sytuowanym od lekarzy miało się na lepsze.

W każdym razie w starciu z taką retoryką nie mieliśmy szans. Według Prawa i Sprawiedliwości zarobki mają być spłaszczane, dlatego niskie dochody innych grup zawodowych są dla lekarzy naturalna barierą. W moim egoistycznym interesie jest to, żeby np. pielęgniarka zarabiała jak najwięcej. Podobnie innym grupom zawodowym powinno zależeć na tym, żeby lekarz zarabiał możliwie dużo, bo wiadomo, że to będzie zawsze punkt odniesienia. Wiem, że ta logika może wydawać się trudna i bolesna, wobec wielu zaszłości, ale musimy skoncentrować się na przyszłości.

Przecież dla wszystkich nie starczy pieniędzy?

Do tej pory każdy myślał tylko o sobie i jesteśmy tu gdzie jesteśmy, czyli sami wiecie gdzie. Pieniądze nie są największym problemem, gorsza jest świadomość ludzi i polityków. Wszystko jest tylko i wyłącznie kwestią priorytetów, które należy zmieniać. Tutaj mamy olbrzymie pole do popisu. Musimy stworzyć nową hieriarchie ważności, w której pacjent jest priorytetem.

Czy na manifestację przyjdzie 100 000 osób?

Jestem pewien, że tak. Nikt za bardzo w to nie wierzył, ale sami rezydenci zmobilizowali 10 tysięcy osób. W ochronie zdrowia w Polsce pracuję około 700 000 ludzi. Tak naprawdę jeśli na manifestacji będzie „tylko” 30 000 osób, to i tak gwarantuje Wam, że jest to tak niewyobrażalny tłum, że to zrobi wrażenie. Nawet jeśli nie jesteście przekonani co do tego, czy uda nam się coś zmienić, to warto po prostu być. Moi znajomi byli bardzo zadowoleni z tego, że wzięli udział, to świetna sprawa, móc wykrzyczeć swój sprzeciw. Nie oszukujmy się, ta manifestacja to dopiero początek całej historii, początek wszystkich starań.

Świat można zmienić!!!

Proszę o udostępnianie treści:

Początki Porozumienia Rezydentów – spotkanie z prof. Zembalą

Manifestacja, źródło: Polityka Zdrowotna

Manifestacja była wielkim sukcesem, ale nie łatwo było do niej doprowadzić. Początki były trudne, ale też bardzo zabawne. Z perspektywy czasu dostrzegam swoją olbrzymią naiwność, ale też idealizm. Może te cechy są niezbędne do kruszenia głową betonu?

Nie miałem ochoty zakładać żadnej organizacji, odczuwałem głęboką niechęć towarzyszącą wszelkim strukturom. Być może dlatego bardzo się staram żeby Porozumienie Rezydentów było inne, żeby każdy mógł maksymalnie wykorzystać swój potencjał i kreatywność bez oglądania się na regulaminy i statuty.

Po prostu chciałem coś zmienić, odczuwałem dyskomfort związany z sytuacją lekarzy w Polsce. To się nasilało, zwłaszcza, że prawie wszyscy moi znajomi to lekarze i wyglądało na to, że liczne problemy to nasze wspólne doświadczenie pokoleniowe. Nie wiedziałem tylko jak się do tego zabrać i zastanawiałem się nad tym, dlaczego nikt inny tego nie zrobił.

Bezpośrednim bodźcem była wizyta profesora Zembali w moim byłym miejscu pracy. Napisałem krótki list zawierający najważniejsze problemy, kupiłem ładną teczkę i poprosiłem o zgodę na udział w spotkaniu. Naiwnie wymyśliłem sobie, że nikt nie wie jaka jest sytuacja młodych lekarzy, że jak ją przedstawię, to wszystko szybko się zmieni. Teraz już wiem, że to myślenie w stylu „Stalin jest dobry, ale urzędnicy wypaczają jego wizję, gdyby tylko wiedział, to by pomógł”. Większość społeczeństwa i mediów nie orientowała się w naszej sytuacji, lecz rząd wiedział, że jedynym warunkiem funkcjonowania ochrony zdrowia są niewolnicze stawki za pracę. Dodatkowego smaczku tej sytuacji dodaje fakt, że znacząca część mojego środowiska zamienia biały fartuch na mównicę sejmową.

Profesor Zembala przyjechał, a z nim tabuny dziennikarzy. Niestety była tu uroczystość w starym stylu. Podziękowaniom, gratulacjom, ukłonom, uśmiechom, uściskom ręki nie było końca. Nie wiem czy pamiętacie jeszcze szkolne uroczystości w podstawówce. To było kilka razy dłuższe i o wiele gorsze.

Cierpiałem, uwięziony przez wiele godzin w pierwszym rzędzie, w drewnianej ławce przypominającej to co jest w kościele, z tym na nogi do klęczenia. Wypatrywałem chwili przerwy, w której będę mógł podejść i po prostu wręczyć teczkę. Przez moment profesor Zembala szedł w moim kierunku, jeszcze trzy kroki, dwa, jeden… byłem jak sprężyna, gotowy do szybkiego wstania i wręczenia teczki, ale… zawrócił.

Czas mijał i wykruszali się kolejni profesorowie. Rozczarowani:

szpitale dziecięce mają tyle problemów, a ja słucham o grubych dzieciach, dopalaczach i o podziękowaniach dla harcerzy. Wiem, że to ważne problemy, ale co to ma do funkcjonowania Instytutu?

Opóźnienie rosło, narastała ciemność na zewnątrz, a wraz z nią mój stres. Czy to wszystko na marne? Nagle skończyło się, zaczęły się ponowne uściski ręki, ruszyłem w kierunku mównicy, zręcznie przepychając się między ważnymi ludźmi. Zestresowany coś wydukałem w kierunku profesora:

yyy, jestem młodym lekarzem, yyy mam taki list

Zobaczyłem konsternację, już byłem blisko, już wizualizowałem sobie, że oddaje teczkę, której ciężar rósł z minuty na minutę, po czym zostałem wyminięty z niebywałą gracją, a wcześniej usłyszałem:

nie teraz

Orszak ruszył do sali na konferencję prasową. Błąkałem się załamany po foyer pełnym olbrzymich roślin niczym z Parku Jurajskiego. Nie chciałem się jeszcze poddawać. Zastanawiałem się nad czekaniem przy drzwiach samochodu. Na plus trzeba im oddać tanie państwo, cztery osoby przyjechały kilkuletnią Skodą.

Wydawało mi się to jednak głupie, więc zdecydowałem się na jeszcze głupszy ruch. Postanowiłem czekać przy drzwiach wyjściowych, tak żeby je trochę zastawić niczym Rejtan. Warunki fizyczne są moim atutem (teraz nawet jeszcze większym, bo waga urosła), trudno jest udawać, że się mnie nie dostrzega. Ilekroć obserwowałem takie desperackie próby pośród ludzi, to dostarczało mi to olbrzymią porcję radości. Minister Zembala nie miał szans, szedł w moim kierunku, pozostało tylko czekać…

Nasze spojrzenia skrzyżowały się, Profesor pomimo zmęczenia, uśmiechnął się do mnie, wziął teczkę, powiedział, że jest zbudowany moją postawą i że na pewno do mnie zadzwoni. Tego samego wieczora nagrał się na moją pocztę głosową, mówiąc że to co napisałem, ma sens i że na pewno trzeba się spotkać, powołać jakiś zespół do spraw młodych lekarzy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Filip Dąbrowski i Komisja Młodych Lekarzy Naczelnej Rady Lekarskiej (wiem, długa nazwa) bezskutecznie walczyła z betonem, od długiego, długiego czasu. Krótkie rządy ministra Zembali rozbudziły jednak nadzieję na zmiany.

Następnego dnia po odprawie w radosnej atmosferze odsłuchaliśmy nagranie w pokoju lekarskim. Tego samego dnia do mojej poprzedniej ksywki w pracy „most perspective”, dołączyła nowa „minister”. Czas mijał, a do spotkania nie dochodziło. Od czasu do czasu wymieniałem jakieś smsy z Panem Ministrem, ale wszystko co dobre, szybko się kończy, nadchodziły wybory.

Szanowny Panie Ministrze rozumiem, że jest Pan bardzo zajęty, spotkanie nie jest konieczne, w piśmie jakie przekazałem zawarte są nasze postulaty, jeśli spełnienie ich będzie zbyt trudne organizacyjnie to proszę po prostu dać nam podwyżki, bo one są bardzo potrzebne.

Trzeba wiedzieć, że profesor Zembala jest bardzo władczym, silnym i charyzmatycznym człowiekiem. Taka też była odpowiedź. Na szczęście nie mogliśmy się zgrać czasowo i było to kolejne nagranie na skrzynkę głosową. Usłyszałem, że jestem bezczelny i że powinienem się wstydzić, że tak po prostu proszę o pieniądze i że asystenci pana profesora jak piszą granty to zarabiają nawet kilka tysięcy złotych miesięcznie.

Tak skończyła się moja przygoda z ministrem Zembalą, którego oceniam bardzo pozytywnie. W ciągu zaledwie trzech miesięcy zdołał zmienić wieloletnią zasadę zarządzania opieką zdrowotną przez PO, żadnych podwyżek w ochronie zdrowia. Wzrost wynagrodzenia dla pielęgniarek nie spełnił ich oczekiwań i był za niski, lecz poczynił pierwszy wyłom w systemie i dał szanse i nadzieję innym grupom zawodowym na walkę.

Były minister powiedział mi jeszcze ciekawą rzecz:

Pana autentyczność uwiarygadnia Pana, to wszystko wydaje się być szczere.

Pełen gniewu i determinacji czułem olbrzymi stres związany z kolejnymi spotkaniami. Dopiero zdobywałem niezbędne doświadczenie i pewną ogładę, która pozwala rozmawiać z ważnymi ludźmi jak równy z równym. Starałem się pamiętać o słowach profesora Zembali i po prostu być sobą. Czas pokazał, że było to najlepsze co mogłem zrobić.

Tytułowe zdjęcie pochodzi z manifestacji, która odbyła się 18 czerwca i zgromadziła ponad 10 000 lekarzy, (według niektórych źródeł mniej). Za udostępnienie dziękuję portalowi Polityka Zdrowotna.

Proszę o udostępnianie treści: